Więzienie za brak maseczki, sportowcy pod kluczem. "Nie jestem dobrą bizneswomen"

Marcin Lewandowski zrezygnował ze startu i wysokiej premii. - Katar ceni medalistów, a ja rok temu zdobyłem tam medal - mówi w rozmowie ze Sport.pl. Ale na Diamentowej Lidze w Dausze zobaczymy w piątek dwie nasze lekkoatletki. Czy w kraju w którym za brak maseczki można trafić do więzienia, Polki startują dla kasy? - Nie jestem dobrą bizneswoman - śmieje się Angelika Cichocka.

W mającym 2,8 mln mieszkańców Katarze zanotowano już 125 tysięcy przypadków zakażenia koronawirusem. W 38-milionowej Polsce mamy 84 tysiące zachorowań (inna sprawa, że tam zrobiono aż 751 tysięcy testów, a u nas tylko 3,2 mln - "aż" i "tylko" w uwzględnieniu liczby ludności).

W Katarze za niezakrywanie ust i nosa w przestrzeni publicznej grożą nawet trzy lata więzienia. Ale jedno z najbogatszych państw świata nie rezygnuje z okazji, żeby - jak w ubiegłych latach - promować się przez sport.

W piątek w Dausze 27 medalistów igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata spotka się na mityngu Diamentowej Ligi. Wszyscy są na miejscu już od poniedziałku. Taki był wymóg - przylot, test już na lotnisku i trzymanie się restrykcyjnych przepisów, które mają pozwolić gwiazdom wystąpić, zarobić, zachować zdrowie i wrócić do siebie.

Wlot tylko z zaproszeniem. Nie ma zwiedzania

- Sam przylot tu był nie lada wyzwaniem. Potrzebne było specjalne zaproszenie. Trzeba je było pokazywać na każdym kroku: przy zakupie biletu, przy przejściu bramki na lotnisku. Bez tego dokumentu nie dałoby się wlecieć na teren Kataru - mówi nam Cichocka.

Mistrzyni Europy w biegu na 1500 m (Amsterdam 2016) i halowa wicemistrzyni świata na 800 m (Sopot 2014) jest jedną z dwóch Polek, które zaprezentują się na arenie ubiegłorocznych mistrzostw świata. Poza Cichocką (pobiegnie na 800 m) zobaczymy jeszcze Klaudię Wojtunik w biegu na 100 m przez płotki.

- Dla mnie to pierwsza Diamentowa Liga w życiu - mówi nam 21-latka. - Szkoda, że nie ma opcji zwiedzenia miasta i zobaczenia więcej, ale przyjechałam tu po cenne doświadczenie, zobaczyć jak to wszystko się odbywa i cieszę się, że mogę z tak mocną obsadą wystartować. Mam nadzieję na jak najlepsze zakończenie i tak już owocnego dla mnie sezonu - dodaje.

Zdezynfekowani i zamknięci. "Absolutnie nikt się nie wymknie"

W Dausze nie ma nie tylko zwiedzania. Nie ma wychodzenia z hotelu w celu innym niż do busa, który zawiezie na trening.

- Cała nasza aktywność to jest pójście z pokoju na posiłek i z pokoju na autobus, którym jedziemy na stadion. Nie wolno nam się nigdzie indziej poruszać, nie wolno nam wychodzić z hotelu. Absolutnie nikt się nie wymknie - mówi Cichocka.

Skoszarowanie wszystkich uczestników mityngu to część planu Katarczyków. Planu wielodniowego. - Przylecieliśmy w poniedziałek i zaraz po przylocie zostaliśmy zaprowadzeni na test na koronawirusa, który był robiony na lotnisku. Po teście zostaliśmy zawiezieni do hotelu. Było to około godziny trzeciej nad ranem. Poszliśmy spać, a rozdając nam klucze, powiedziano, że wyniki będą w porze lunchu. Do otrzymania negatywnych wyników nie mogliśmy opuścić swoich pokoi. Śniadanie i obiad zostały nam przyniesione do pokoi - opowiada Wojtunik.

- Na dzień dobry dostaliśmy zestawy masek, rękawiczek i żeli antybakteryjnych. W maseczkach poruszamy się wszędzie. Wolno nam je zdejmować na posiłki i dopiero na płycie stadionu, przed rozpoczęciem treningu. Widać tu bardzo restrykcyjne podejście do koronawirusa. Nigdzie się z takim nie spotkałam. W Szwajcarii, w Bellinzonie, też byliśmy pilnowani. Ale nie aż tak - dodaje Cichocka.

- Cały hotel jest bardzo często dezynfekowany. I pojazdy oraz nasze walizki, siedzenia, stoliki, wszystko - opowiada jeszcze Wojtunik. - Ale to nie jest problem. Stresujący był dla mnie tylko test. I czekanie na wynik. Mimo pewności, że czuję się dobrze i że wynik będzie negatywny, pojawiało się pytanie "Co by było, gdyby?" - mówi młodsza z Polek startujących w Dausze.

Jak płacą szejkowie?

Dla Wojtunik to i pierwsza w życiu Diamentowa Liga, i pierwszy test na koronawirusa. Kiedy wiosną robiono je wszystkim sportowcom trenującym w Centralnych Ośrodkach Sportu, ona akurat nie miała tam zgrupowań. Teraz, tak jak Cichocka, nasza młoda płotkarka kończy sezon w egzotycznym i chyba jednak trochę niebezpiecznym obecnie miejscu.

Czy Polki skusiły się na lot do Dauhy, bo oferty od szejków są z gatunku tych nie do odrzucenia?

- Pieniądze są ostatnią rzeczą o jakiej myślę. Nie jestem dobrą bizneswoman - śmieje się Cichocka. - Zazwyczaj najpierw patrzę na to czy potrzebuję tego startu jako elementu w przygotowaniach, czy jest dobra obsada itd. Chcę pobiec ostatni start w sezonie jak najlepiej. Dlatego zdecydowałam się na Diamentową Ligę. W jej przypadku raczej w ciemno można zakładać, że będzie mocna stawka i tak założyłam miesiąc temu, przyjmując zaproszenie - tłumaczy była mistrzyni Europy.

- Mój ostatni bieg, na wynik 13.08 s, miał dużo błędów. Mam nadzieję, że w nogach została szybkość sprzed dwóch tygodni i uda mi się pobiec kolejny rekord życiowy. Marzę o złamaniu 13 sekund. Motywację mam dużą, chcę się pokazać z jak najlepszej strony i oby atmosfera zawodów i stadion oraz warunki pogodowe na to pozwoliły - mówi Wojtunik.

Lewandowski ma Stalową Wolę

No dobrze, a co z tymi pieniędzmi? - Katar zawsze docenia zawodników, szczególnie medalistów. A ja tam zdobyłem medal - mówi Marcin Lewandowski, trzeci zawodnik biegu na 1500 m z MŚ Doha 2019. "Lewy" w Dausze tym razem nie pobiegnie, bo termin Diamentowej Ligi koliduje z charytatywnym biegiem w Stalowej Woli. Multimedalista wielkich imprez wystąpi tam w sobotę. Celem jest zebranie pieniędzy dla trzyipółletniej Aurelki i dwuletniej Rozalki. Siostry chorują na hiperglicynemię nieketotyczną i epilepsję. - Nie chcę mówić o pieniądzach, jakie mogłem zarobić w Katarze. Zostawię to dla siebie. Chcę pomóc dziewczynkom. A fakt, że media o tym piszą, to już mały sukces - mówi Lewandowski.

- Oczywiście Katarczycy mają dobre startowe dla medalistów - mówi nam menedżer wielu naszych gwiazd, Czesław Zapała. Nie on, ale inna osoba znająca realia, szacuje, że "Lewy" mógł mieć zagwarantowane 10 tysięcy euro.

A Zapała mówi jeszcze tak: - Nie powiedziałbym, że Katarczycy są rozrzutni. Wcale nie płacą najwięcej. A już przy biletach lotniczych to tak negocjują, że nawet o 10 euro będą się kłócić. I jak się idzie po odbiór pieniędzy, to pół godziny mija, zanim wypłacą, bo jeden liczy, potem drugi, a na koniec jeszcze trzeci. Trzeba wiedzieć, jak z nimi rozmawiać.

Jak widać, pieniądze to naprawdę nie wszystko.