Małachowski: Jak za rok zdobędę medal, to napiszę do pani Dominiki Kulczyk. Wiem, że się zgodzi

- Jak za rok zdobędę medal, to napiszę do pani Dominiki Kulczyk, że może sobie kolekcję uzupełnić - mówi Piotr Małachowski w rozmowie ze Sport.pl. Gdyby nie pandemia koronawirusa, w niedzielę w Chorzowie mistrz dysku skończyłby karierę. - Uświadomiłem to sobie i pojawiła się łezka w oku - mówi dwukrotny wicemistrz olimpijski, mistrz świata i mistrz Europy.

11. Memoriale Kamili Skolimowskiej Małachowski rzucił 63,42 m i zajął szóste miejsce. Nieźle, skoro 37-latek poświęcił ten sezon na naprawę kolana. Operację przeszedł w kwietniu. W wielkiej formie - po raz kolejny i już ostatni - chce być na igrzyskach w Tokio przełożonych na 2021 rok.

Zobacz wideo Justyna Święty-Ersetic: Sezon na wariackich papierach. Dopiero się zaczął i już się kończy

Łukasz Jachimiak: Gdyby nie koronawirus, w niedzielę na Memoriale Kamili Skolimowskiej skończyłbyś karierę. Byłyby łzy wzruszenia?

Piotr Małachowski: W sobotę, dzień przed startem, uświadomiłem sobie, że to byłby koniec. I już na tę myśl pojawiła się łezka w oku. Kurczę, kończyłaby się moja przygoda ze sportem, czyli coś, co bardzo kocham. Powiedziałbym "stop" i już nigdy by nie było rywalizacji, ciężkiej pracy. Trzeba by się było przestawić, zmienić życie. Ale mam jeszcze rok. I dobrze. Trzeba jeszcze popracować, wy się musicie ze mną jeszcze pomęczyć, a na wzruszenia przyjdzie czas na przyszłorocznym Memoriale.

Jesteś w gronie nielicznych, którzy na pandemii skorzystali? Pamiętam, że kiedy ogłoszono decyzję o przełożeniu igrzysk, byłeś zadowolony i nie wahałeś się, czy mimo 37 lat na karku przedłużyć karierę.

- Tak było, bo dużo wcześniej wiedziałem, że igrzyska zostaną przełożone.

Skąd wiedziałeś?

- Byłem przekonany, że innej decyzji nie będzie, że nie ma możliwości, żeby robić igrzyska w pandemii. I już przed oficjalnym ogłoszeniem tego przez MKOl podjąłem decyzję, że idę na operację kolana, że nie ma na co czekać, trzeba jak najszybciej zrobić porządek i później zająć się już tylko treningiem. Szczerze? "Super" - tak sobie pomyślałem, kiedy dostałem potwierdzenie, że Tokio przesuwa się o rok. To egoistyczne, ale dla mnie sytuacja naprawdę super się potoczyła.

Wróćmy jeszcze do łez - Tobie się zdarza płakać? Był na przykład jakiś "Mazurek Dąbrowskiego", przy którym się rozkleiłeś?

- Nie, po zwycięstwach nigdy, ale z wkurzenia łzy się pojawiły. To było w Katarze, rok temu. Bo spokojnie powinienem tam powalczyć o medal mistrzostw świata, a nie wszedłem do finału.

Pamiętam, jak przyszedłeś do grupy polskich dziennikarzy i wyrzuciłeś z siebie, że to wstyd i że szkoda na ciebie pieniędzy podatników.

- Byłem okropnie wkurzony, bo naprawdę przygotowałem formę. Okazało się, że Daniel Stahl zdobył złoto, rzucając 67,59 m, a ja na ostatnim sprawdzianie przed wyjazdem do Kataru rzuciłem 67,80.

Wtedy mówiłeś, że w Turcji Twój dysk latał daleko, ale nie mówiłeś, że aż tak.

- No widzisz. Było bardzo dobrze, mogłem być mistrzem świata. A zawiodłem.

Skoro po roku pracy z Gerdem Kanterem rzucałeś 67,80, to jaki jest pułap Twoich możliwości? Jesteś w stanie zaskoczyć nawet 70 metrami?

- Ha, ha, poproszę następne pytanie.

No dobrze - jaki jest Twój realny cel na igrzyska, jeśli chodzi o metry?

- 67-68 metrów jestem w stanie rzucić.

I to może dać medal, mimo że młodsi rywale przekraczają 70 m?

- Oczywiście, że to może być medal. Igrzyska są najtrudniejsze. Tam trzeba mieć najmocniejszą głowę.

W Dausze właśnie na swoją głowę bardzo narzekałeś, a wkrótce przyszły wojskowe igrzyska w Wuhan i znów spaliłeś wszystkie rzuty w eliminacjach.

- Nie, nie, w Wuhan to było śliskie koło. I była we mnie duża złość po Katarze. Wtedy się zastanawiałem czy jeszcze dalej startować, czy skończyć ze sportem. To był czas walki ze wszystkim, a nie skupiania się na starcie.

Chcesz powiedzieć, że nie wpadłeś w wir nieradzenia sobie z presją eliminacji, nawet jeśli do Dauhy i Wuhan dodamy podobny przypadek z mistrzostw Europy w Berlinie w 2018 roku?

- Nie wydaje mi się, żebym miał problem. Mam nadzieję, że to już za mną.

A propos Wuhan - to był październik 2019 roku i są tacy, którzy twierdzą, że już wtedy widzieli tam koronawirusa. Ty coś widziałeś?

- Ja słyszałem te wszystkie teorie spiskowe - że ktoś celowo wypuścił wirusa na zawodników-żołnierzy z całego świata, żebyśmy to roznieśli.

Gdy wybuchła pandemia, to francuscy i włoscy uczestnicy igrzysk wspominali, jak w Wuhan i zaraz po powrocie zapadali na choroby płuc inne od wszystkich wcześniejszych chorób.

- Ale w naszej ekipie nic nikt nie widział i nie wiedział o żadnym koronawirusie.

Po raz kolejny zaangażowałeś się w zbieranie pieniędzy na operację dla chorego dziecka. Ilu dzieciakom już pomogłeś?

- Nie liczę tego, chcę pomagać i robię to, jak tylko mogę. To wielka frajda widzieć jak dzieciaki zdrowieją i jak się z tego cieszą ich rodzice. Jak można pomóc, to trzeba. Tak myślę.

A został Ci jeszcze jakiś medal z tych, które wywalczyłeś na wielkich imprezach?

- Tak, mam srebro z igrzysk olimpijskich z Pekinu z 2008 roku. Drugie srebro, z Rio, zostało zlicytowane. Kupili je Dominika i Sebastian Kulczykowie. Jak za rok zdobędę medal, to napiszę do pani Dominiki, że może sobie kolekcję uzupełnić. I znając ją, wiem, że na pewno się zgodzi.

Ten medal dał kilkaset tysięcy złotych na operację ratującą oko małego chłopca, więc nie można umniejszać jego wartości. Ale - patrząc wyłącznie sportowo - nie wkurza Cię, że to było tylko srebro, a nie złoto? Prowadziłeś przecież od pierwszej do ostatniej kolejki i nagle przerzucił Cię Christoph Harting. Gdyby nie wyszedł mu rzut życia, miałbyś w dorobku złota ze wszystkich imprez mistrzowskich.

- Wtedy w trakcie konkursu mnie to nie ruszyło, naprawdę. Ale po zawodach już tak. Za dzień-dwa poczułem duże wkurzenie. Naprawdę duże.

Bardziej na to, że nie rzuciłeś jeszcze dalej czy że jemu ten jeden rzut wyszedł?

- Już prawie nie miałem czasu, żeby odpowiedzieć, więc na to, że jemu aż tak wyszło. Ale to jest właśnie piękno sportu. Dzisiaj każdy tamten konkurs pamięta. Wspomina się dramaturgię i moje srebro to jest jeden z niewielu niezłotych medali, które ludzie pamiętają.

Medal kupiony przez Kulczyków osiągnął najwyższą kwotę ze wszystkich, jakie wystawiłeś na licytacje?

- Nie lubię mówić o kwotach, ale tak.

A ile Ty wydałeś na własne trofea?

- To prawda, że je licytuję. Bo jak wystawiam statuetkę, którą odebrałem na Balu Mistrzów Sportu albo jak oddaję diament za wygranie Diamentowej Ligi, to chcę, żeby te pamiątki osiągnęły dobre ceny i żeby mocno pomogły dzieciakom.

Ile wydałeś na taki diament?

- Nie wchodźmy w szczegóły, ale kilkadziesiąt tysięcy.

Zacząłeś pomagać chyba jeszcze zanim problemy zdrowotne miał Twój siedmioletni dziś syn?

- Tak, wcześniej, bo ludzie do mnie dzwonili i pisali w różnych trudnych sprawach. Sportowcy na coś takiego odpowiadają. Wszyscy sportowcy pomagają.

Nie wszyscy.

- No dobrze, ale jest nas dużo. A jak mój syn urodził się z wadą, jak miał problemy z nerkami, jak po kilku miesiącach trzeba było przeprowadzić operację, a później z drugą, to jeszcze lepiej zrozumiałem, jaką bezsilność czują rodzice chorych dzieciaków. Pamiętam, jak nie wiedziałem, czy Henia da się wyleczyć. Okazało się, że świetna ekipa lekarzy i innych zaangażowanych ludzi to zrobiła. Udało się, wszystko jest fajnie, a ja wtedy zaangażowałem się w pomaganie już na całego. Mam kontakt z tymi dzieciakami, którym pomogłem. Czasem do mnie zadzwonią, niedawno byli na zawodach w Spale. Olek latał zdrowy, Tymek też, a teraz chcemy pomóc 19-miesięcznemu Kubusiowi, który jedną nogę od drugiej ma krótszą o osiem centymetrów. Pomaganie to jest świetna sprawa. A oddawać mi medale jest tym łatwiej, że nigdy nie byłem gadżeciarzem. Gdybyś przyszedł do mnie do domu, to nie zobaczyłbyś żadnego medalu i żadnego pucharu.

Czyli muzeum raczej nigdy sobie nie otworzysz?

- Może na stare lata, kiedy uznam, że pora powspominać dobre czasy. Trochę pamiątek leży o mojej mamy, trochę się popsuło przy przeprowadzkach. A najcenniejsze poszły na pomoc dzieciakom. I chcę jeszcze coś na ten cel dorzucić.