Dramatyczna sytuacja w Polsce. "Cała branża stoi nad przepaścią"

W tym roku odwołano wszystkie wielkie maratony na świecie: Tokio, Berlin, Paryż, Madryt, Londyn, Nowy Jork, Chicago czy Boston, dla którego to pierwszy taki przypadek w 124-letniej historii. Cała branża biegowa stoi nad przepaścią. Nie wiadomo, ile imprez przetrwa i kiedy wrócą. Organizatorzy w Polsce także są w dramatycznej sytuacji i modlą się o pomoc, jak o deszcz na pustyni.

Trudno oszacować skalę strat na całym świecie. Według Running USA w samych Stanach Zjednoczonych wystartowało w 2019 roku około 19 milionów biegaczy. Przyjmując, że średnia opłata wpisowa to ok. 70 dolarów, straty za bieżący rok sięgną 1,5 miliarda dolarów. To nie tylko straty dla organizatorów, ale także dla lokalnych biznesów.

Według CNBC organizacja maratonu nowojorskiego daje zastrzyk finansowy dla miasta w wysokości prawie 500 milionów dolarów, bostońskiego 200 milionów, a w Tokio mogli liczyć na przychody rzędu 250 milionów dolarów. Chodzi oczywiście o wpływy w hotelach, restauracjach, sklepach, atrakcjach turystycznych, itp. W najgorszej sytuacji są jednak organizatorzy, którzy nie tylko nie mogą liczyć na zyski, ale jeszcze muszą zrekompensować wpisowe. I tu zaczynają się poważne problemy. 

Zobacz wideo Pobiegł maraton w ogródku. Wcześniej przebiegł 42 kilometry wokół łóżka

141 milionów dolarów dla Wimbledonu

Pieniądze przeznaczone na organizację wydawane są bowiem przez cały rok. Dla tych największych imprez to kwestia zamówienia, wyprodukowania i dostarczenia 20-40 tys. medali, koszulek, plecaków do tego podpisania zawczasu umów z firmami odpowiadającymi za pomiar czasu, nabór pacemakerów no i oczywiście wszystkie kwestie związane z logistyką w mieście od zamknięcia ulic, po zorganizowanie dróg ewakuacyjnych, otrzymanie zezwoleń, montaż barierek itp. Do tego dochodzi dystrybucja pakietów startowych, czy organizacja noclegów i transportu dla oficjeli, czy VIPów. W zależności od imprezy przychód z pakietów startowych pokrywa od 30 nawet do 70 procent budżetu.

Wszystkie takie imprezy są ubezpieczone od stanu wyjątkowego, klęski żywiołowej, nawet żałoby narodowej, ale nie od stanu pandemii, z którą nikt nie miał do czynienia od 100 lat. Na całym świecie tylko Wimbledon ubezpieczył się na wypadek pandemii, płacąc przez 17 lat w sumie ok. 34 milionów dolarów (uzyskano odszkodowanie w wysokości 141 mln dolarów, pokrywające mniej więcej połowę strat). Wiadomo już natomiast, że taka polisa na rok 2021 nie wchodzi w grę. 

Tych pieniędzy nie da się odzyskać

Sytuacja w Polsce jest dramatyczna, przyznają organizatorzy biegów. - Zostaliśmy wrzuceni do tego samego worka, co wszystkie imprezy masowe, czyli na przykład koncerty. Specustawa obliguje nas do zwrotu kosztów wpisowego w ciągu 180 dni - tłumaczy Michał Drelich ze Sport Evolution, organizator Ironmenów w Polsce, a także MŚ w półmaratonie w Gdyni. W tej imprezie miało wystartować prawie 30 tys. biegaczy ze słynnym Mo Farahem, multimedalistą olimpijskim, na czele. Zapłacono już za koszulki, plecaki i medale znajdujące się w pakietach startowych. Tych kosztów nie da się odzyskać. Nad organizacją akurat tej imprezy pracowało na stałe, przez cały rok, kilkanaście osób.

Organizatorzy próbują ratować się wirtualną rywalizacją (na razie zgłosiły się 3 tysiące osób), ale to nie rozwiązuje problemu. Podobnie jak voucher na udział w imprezie za rok. Po pierwsze nie ma żadnej gwarancji, że za rok taka impreza się odbędzie. Po drugie organizatorzy wydali już większość pieniędzy na organizację tegorocznej imprezy, za co mieliby więc zorganizować podobną, w innym terminie. - W dodatku w świetle obecnych przepisów zawody może odwołać, nawet na dzień przed startem, wojewoda lub sanepid. To stwarza sytuacje ogromnej niepewności i ryzyka ponoszenia niepotrzebnych kosztów - wyjaśnia Michał Drelich. Potrzebne są rozwiązania systemowe, a tych brakuje. 

Kilkaset milionów w skali roku

- Jaka jest skala problemu? - pytam Marka Troninę, dyrektora Maratonu Warszawskiego. - To samo pytanie padło podczas spotkania w Ministerstwie Zdrowia, na którym byliśmy razem z Michałem Drelichem (obaj są w zarządzie nowo założonego Związku Organizatorów Sportu Masowego). - Odpowiedzieliśmy, że to biznes dający w skali roku obroty w wysokości kilkuset milionów złotych. Nie chcieli nam wierzyć, ale imprezy organizowane tylko przez nas dwóch, to mniej więcej 20 milionów złotych - tłumaczy Tronina.

Co roku w Polsce odbywa się kilka tysięcy mniejszych lub większych imprez sportowych. Samych biegaczy jest w kraju 1,9 mln, a do tego dochodzą imprezy rowerowe, triathlonowe oraz narciarskie. Obecne przepisy pozwalają na start maksymalnie 250 osób. Na takiej zasadzie wystartuje Maraton Warszawski, ale wyłącznie po to, by podtrzymać ponad 40-letnią tradycję. Pojawią się więc cztery grupy, po 250 osób, startujących w odpowiednich odstępach czasowych. 

Niech biegają w lesie

Prawdopodobnie istoty problemu dotknął na spotkaniu ze Związkiem Organizatorów Sportu Masowego Tomasz Majewski, dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, wiceprezes PZLA. - Rozumiemy, dlaczego macie tak małą siłę przebicia i dlaczego nikt się za wami nie ujmuje. Sport wyczynowy nie może istnieć bez rywalizacji, nie miałby sensu. Czy może istnieć sport amatorski bez rywalizacji? Właśnie może. To jest dość kontrowersyjne, ale taka jest niestety prawda. Bardzo dużo ludzi stojących z boku, tak na to patrzy. Jeśli nie będzie biegów dla amatorów, to ci amatorzy pójdą biegać gdzieś sami do lasu. Stąd może się brać niezrozumienie problemów tej branży, bo to nie jest niezbędna działalność dla funkcjonowania w społeczeństwie. 

Jest plan, nie ma odpowiedzi

Marek Tronina ze smutkiem zgadza się z tymi słowami, ale trudno mu zaakceptować taki stan rzeczy. - Idąc tym tropem myślenia, powiedzmy ludziom, że nie muszą kupować chleba w sklepach, mogą go wypiekać sami. Chodzi o tysiące osób, które zostały na lodzie, choć w niczym nie zawiniły. Największym problemem dla nas jest to, że nikt nie chce podjąć w tej sprawie decyzji i nie wiemy już do kogo zwrócić się w tej kwestii - podsumowuje Tronina.

- Chcielibyśmy zwykłej, merytorycznej dyskusji. Przedstawiliśmy wiele sensownych argumentów, na które nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi - dodaje Drelich. Organizatorzy masowych imprez sportowych nie oczekują cudów. Byli na spotkaniach w Ministerstwie Sportu i Ministerstwie Zdrowia. Przedstawili szczegółowy, liczący ponad 30 stron, plan powrotu zawodów dla amatorów, z zachowaniem reżimu sanitarnego od początku do końca imprezy. Nie rozumieją, co stoi na przeszkodzie, by rozgrywać takie zawody. Kibice na trasach? Nigdy nie ma przesadnego tłoku, a poza tym, jaka jest różnica między nimi a tysiącami fanów w halach i na stadionach. Reżim sanitarny przed i po? To żaden problem. Styczność na trasie? Grupy można przerzedzić, a poza tym czym różni się taki bieg od sytuacji, z jaką mamy do czynienia na ulicach, deptakach, czy na plażach? 

Dawno minęły czasy, kiedy sportem amatorskim zajmowała się grupa pozytywnie zakręconych animatorów. To coraz większa branża, mocno wyspecjalizowana i sprofesjonalizowana, zatrudniająca na stałe tysiące osób. To także dziesiątki tysięcy podwykonawców: od firm produkujących puchary, po agencje eventowe, fotografów, firmy ochroniarskie, czy też specjalistów od pomiaru czasu. Nikt nie potrafi oszacować, ile dokładnie osób zaangażowanych jest we wszystkie, tego typu imprezy. Wiadomo natomiast, że jeśli nie otrzymają szybko sensownej odpowiedzi, po prostu zbankrutują. 

Przeczytaj też: