Ewa Swoboda odpoczywa od hejtu. "Część społeczeństwa inności nie toleruje i szuka okazji, żeby ją atakować"

- Dla mnie człowiek może mieć tatuaże na twarzy, może być łysy albo mieć różowe włosy - mówi Ewa Swoboda. Z najlepszą polską sprinterką, mistrzynią Europy na 60 m, rozmawiamy o hejcie, ale też o marzeniach. - Medal olimpijski, nawet brązowy, to byłoby coś trochę nie do uwierzenia. No bo jak? Taka dziewczyna z Polski, z Żor, może zakręcić się koło podium i coś wielkiego zdobyć? - mówi 23-latka.

Łukasz Jachimiak: Odpoczęłaś?

Ewa Swoboda: Od czego?

Choćby od chamskiego hejtu.

- Tak, nie ma startów i tego też nie ma. Wiele razy się przekonałam, że są tacy ludzie, którzy tylko czekają, żeby komuś się coś nie udało i wtedy robią z człowieka frajera, kogoś bez wartości, najgorszego. A już szczególnie dzieje się tak wtedy, gdy ktoś się czymś wyróżnia, na przykład tatuażami. Niestety, część naszego społeczeństwa inności nie toleruje i szuka okazji, żeby ją atakować. Nie rozumiem tego i trudno mi to zaakceptować. Dla mnie człowiek może mieć tatuaże na twarzy, może być łysy albo mieć różowe włosy, ale przecież najważniejsze jest to, jaką jest osobą i co ma w środku.

Ty aż tak bardzo odjechana nie jesteś, ale czujesz, że nie mieścisz się w widełkach szarej "normalności"?

- Czuję, zdecydowanie. Dla młodych ludzi to jest normalne, że ktoś ma swój styl, że się wyróżnia wyglądem. Inaczej podchodzi do tego starsze pokolenie, ale nie ma się czemu dziwić, wychowywali się w innych czasach. Trzeba to uszanować. Dla mnie liczy się jednak to, że akceptują mnie najważniejsi przedstawiciele tego starszego pokolenia, czyli moi rodzice. Wsparcie najbliższych znaczy bardzo dużo.

Zobacz wideo Sportowa rozmowa dnia - Piotr Lisek

Jak Ci się w ogóle żyje w erze epidemii koronawirusa?

- Na początku epidemii było trudno. Obowiązywało mnóstwo obostrzeń, nie można było wyjść pobiegać ani na stadion, ani do lasu, a trenować jakoś trzeba było. W domu średnio to się dało zrobić. Fajnie, że teraz już i stadiony są dostępne, i siłownie, że wszystko powoli wraca do normalności. Dzięki temu już się tak bardzo o koronawirusie nie myśli. Chociaż wiadomo, że on cały czas powoduje ograniczenia.

Normalnie o tej porze budowałabyś formę i zarabiała pieniądze na mityngach, a teraz pewnie tworzysz kalendarz jakichkolwiek startów na ten dziwny sezon?

- Rzeczywiście, startów nie będzie za wiele, ale wiem, że na pewno pobiegnę co najmniej cztery razy. Plan zakłada mój udział w mistrzostwach Polski, Memoriale Ireny Szewińskiej, Memoriale Kamili Skolimowskiej i Memoriale Kusocińskiego.

I już? Na żaden zagraniczny mityng się nie wybierasz, nawet Ostrawa to opcja zbyt daleka, niebezpieczna?

- Nie planujemy jeździć po świecie, bo to by było nieodpowiedzialne, ale nad Ostrawą się z trenerką zastanawiałyśmy. I jeszcze nad jakimś startem w Niemczech. Ale to na razie nic pewnego. Już mam swoje pewne cztery starty, więc wiem po co się przygotowuję. To w takim dziwnym czasie też jest dużo. Przecież na początku zamieszania z koronawirusem trenowaliśmy, ale nie było wiadomo po co. Motywacji trochę brakowało. A teraz już wiadomo do czego dążymy.

Motywacja pewnie siadła zwłaszcza gdy się okazało, że nie będzie w tym roku igrzysk?

- Szczerze mówiąc, na początku było mi bardzo smutno. Ale w końcu zaczęłam myśleć, że to lepiej. Rok jest bardzo niespokojny, nie wiadomo co się jeszcze z koronawirusem będzie działo, więc faktycznie nie można było ryzykować. A poza tym będę mogła jeszcze lepiej potrenować. W tym roku nie startowałam w hali i było mi przykro, bo halę lubię. Ale w następnym sezonie na pewno hali nie odpuścimy. Będą mistrzostwa Europy w Toruniu, będzie trzeba się fajnie przygotować.

O odpoczywaniu w pandemii już trochę mówiliśmy - Ty w ostatnich latach dużo biegałaś, bo łączyłaś starty juniorskie z seniorskimi. Długa przerwa teraz pewnie Ci nie szkodzi?

- To prawda, że biegałam dużo, ale jednak fajnie by było nie być bez startów od października. Po raz ostatni biegłam w zawodach na mistrzostwach świata w Dausze. Strasznie dawno temu. Trenowanie bez startów jest trudne, człowiek czuje, że trochę nie wiadomo po co to wszystko. W ogóle dziwnie to się potoczyło. Gdybyśmy wiedziały z trenerką, że tak będzie z koronawirusem, to zimą w hali na pewno bym startowała. A tak, mam najdłuższą przerwę w karierze w roku, który miał być najważniejszy, najmocniejszy. Życie się dziwnie układa.

Co sobie myślałaś, planując Tokio? Marzyłaś, że pobiegniesz tam w finale, że zejdziesz poniżej 11 sekund?

- Olimpijski finał to moje marzenie. Rok 2019 był super i myślałam, że w 2020 znów wszystko pójdzie do przodu i że znowu będzie super. Nie wiem czy już w tym roku byłabym gotowa złamać 11 sekund [życiówka Ewy to 11,07 s z 2019 roku] i czy zrobię to w Tokio za rok. Z jednej strony bardzo bym chciała, z drugiej nie mogę się napalać, bo jak się nie uda, to będzie mi przykro i bardzo się będę zamęczać tym, że nie udało mi się zrealizować celu, na którym mi zaczęło bardzo zależeć. Czyli o Tokio myślę tak: chcę być w finale. A kiedyś może uda mi się też pobić rekord Polski [10,93 s Ewy Kasprzyk z 1986 roku].

Olimpijski finał to by było dla Ciebie coś więcej niż złoto i srebro halowych mistrzostw Europy? Coś ważniejszego niż wszystko, co już osiągnęłaś?

- Złoto z Glasgow to było wielkie wow! Cieszyłam się strasznie, że się udało, że ciężka praca popłaciła. Ale finał olimpijski? Mogłabym być czwarta, piąta, szósta, siódma czy ósma, nie musiałabym mieć medalu, a i tak to by było wielkie wydarzenie. Finał olimpijski to chyba jednak byłoby coś ważniejszego od tych rzeczy, które już zrobiłam.

Mówisz, że Glasgow to wielkie wow, że Ci się udało, ale czy byłaś zaskoczona swoim zwycięstwem?

- Tak.

Dlaczego? Przecież byłaś faworytką, miałaś bardzo dobry sezon, już wcześniej pokonałaś bardziej utytułowaną Dafne Schippers, a w finale mistrzostw potwierdziłaś swoją moc.

- No niby tak, ale nigdy nie można sobie zakładać, że się będzie najlepszym. Ja naprawdę podchodzę do wszystkiego chłodno, realistycznie. Wszystko się może zdarzyć - mogę się rozchorować, źle się poczuć, może mi start nie wyjść, a jak na 60 metrów start nie wyjdzie, to już koniec, na dystansie nie nadrobisz. Mogło być różnie, szczerze mówię, że złota się nie spodziewałam.

Może zaskoczyło Cię, że po raz pierwszy pokazałaś, że już wytrzymujesz presję, że będąc faworytką umiesz się w tej roli odnaleźć?

- Myślę, że o to też chodzi, że i to mnie trochę zaskoczyło. Na pewno nie wolno słuchać, kiedy wszyscy mówią "będziesz pierwsza". Trzeba brać wszystko na zimno i zrobić swoje.

I mówisz to Ty, dziewczyna bardzo emocjonalna?

- To prawda, strasznie emocjonalna jestem. Ale zazwyczaj już po startach. Czy się uda, czy się nie uda, wtedy wyrzucam z siebie wszystko. A przed startem staram się za dużo nie myśleć i próbuję to ugryźć na zimno. Wtedy bardzo się pilnuję, żeby się nie podpalać. Po co mam samą siebie rozczarować? Ja wiem, że mogę być najlepsza, wiem, że nie mogę w siebie zwątpić. Ale też nie mogę się niepotrzebnie spalać.

Kiedy mówiłaś o czwartym, piątym, szóstym, siódmym i ósmym miejscu na igrzyskach, to myślałem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić Polkę na podium w sprincie. Ale może Ty to sobie wyobrażasz? Nie mówię, że już w Tokio, ale może czujesz, że kiedyś będziesz na to gotowa?

- Oczywiście, że to mi się marzy. Ale wiem, że muszę jeszcze troszeczkę na to popracować. A nawet dużo, a nie troszeczkę. Jeszcze najlepszym nie dorównałam. Nie będzie to łatwe. Ale medal olimpijski, nawet brązowy, to po prostu byłoby coś największego, coś trochę nie do uwierzenia. No bo jak? Taka dziewczyna z Polski, z Żor może zakręcić się koło podium i coś wielkiego zdobyć? Myślę, że o to powalczę. Ale trzeba jeszcze kilku lat.

Czyli Tokio to jeszcze nie ma być Twój szczyt? Raczej celujesz w Paryż 2024?

- W Tokio będę miała 24 lata, to w Paryżu 28 - już troszkę dużo.

W trakcie igrzysk Paryż 2024 będziesz miała 27 lat. Przez przesunięcie Tokio olimpijska matematyka się skomplikowała.

- Faktycznie! To trochę lepiej.

Jesteś w sporcie, bo jako mała dziewczynka sobie wymarzyłaś wielkie rzeczy, z tym olimpijskim medalem włącznie?

- Nie, to nie moja historia. W szkole to ja miałam jeszcze inne rzeczy w głowie, a nie bieganie. Ale jak już zaczęłam tak poważniej biegać, jak zdobyłam pierwszy medal na międzynarodowych zawodach, to uznałam, że dlaczego miałabym nie marzyć? Poczułam, że wszystko jest do zrobienia, że wystarczy tylko bardzo chcieć, zaprzeć się i dążyć do swojego celu.

Jak bardzo musisz się zaprzeć, żeby z topowego poziomu europejskiego wejść na topowy poziom na świecie? Wiesz, co konkretnie musisz zrobić?

- Na to wygląda. Z trenerką pracujemy tak, że z roku na rok robię postęp.

Jak wygląda ta praca, a może już orka? Opowiesz, jak dużo biegasz, jak wielkie ciężary dźwigasz?

- Jakie tam wielkie ciężary! Biorę 90 kg na półprzysiad, 35 kg na wyciskanie i 30 na zarzut i rwanie. Rezerwy siłowe są duże. Na tym przykładzie widać, że moja trenerka tak wszystko rozplanowała, żebym z każdym rokiem robiła progres.

A biegasz już tak jak Adam Kszczot, który wiele razy opowiadał, że wymioty po treningu są trochę jak nagroda, bo potwierdzają przełamanie jakiejś bariery?

- O matko! Wiem, że tak bywa, ale ja tak nie umiem. Oczywiście nie raz mi się chciało, ale się powstrzymałam. To by już chyba był dla mnie koniec dnia, już nie wróciłabym do dobrego samopoczucia.

Jakie miałaś sposoby, żeby nie zwariować w najtrudniejszych tygodniach pandemii?

- Dużo grałam w Simsy. Tam zawsze jest coś do roboty. Starałam się też zająć fotografią, chociaż tu się denerwowałam i nadal się denerwuję, bo zdjęcia mi nie wychodzą tak, jakbym chciała.

Musisz być w tym tak dobra jak w sporcie? Pewnie kupiłaś jakiś dobry sprzęt?

- Kupiłam sobie na początek niezłego canona, ale postanowiłam, że nie będę szaleć, bo może mi się to nie spodoba i wtedy szkoda by było pieniędzy. Kiedy można było wychodzić do lasu, to dużo spacerowaliśmy z psami i wtedy próbowałam złapać dobre ujęcia. Staram się fotografować naturę, bo to mi się najbardziej podoba. I już czekam aż będę miała trochę wolnego, żeby pojechać w góry i tam spróbuję zrobić ładne zdjęcia.

Ile masz psów? Pytam, bo pamiętam, jak w Dausze opowiadałaś, że przez sport przegapiłaś czas dorastania jednego z nich.

- Wtedy mówiłam o trzecim psie, którego kupiliśmy w 2019 roku. Brakowało mi go, bo ciągle miałam wyjazdy, starty. On rósł, a ja tego nie widziałam. A teraz cieszę się całym swoim zwierzyńcem, czyli trzema psami i kotem.

Jak jeden kot żyje z trzema psami?

- Jakoś się dogadują. Dwa psy są duże, bo to labrador i polski gończy, ale kot jest mocny, więc sobie radzi i z nimi, a nie tylko z jamnikiem miniaturką. Co prawda kotka ma tylko trzy łapki, ale jak drapnie, to psy wiedzą, że już jej mają nie denerwować. Łapkę straciła gdy była bardzo młoda i przejechało ją auto. Na szczęście przeżyła i jest już z nami siedem lat.

Czyli Ty jesteś i psia mama i kocia mama.

- Oj tak. Gdybym mogła, to chyba każde zwierzę bym chciała mieć. I jakbym miała okazję pogłaskać jakiegoś dzikiego kota czy wilka, to na pewno bym pogłaskała, bo ja głaszczę wszystko, co tylko spotykam. Tata tego nie chce słuchać, zawsze mi powtarza, że jestem niepoważna i uświadamia, że gdybym pogłaskała lwa, to on by mnie tak urządził, że już nie miałabym czym głaskać. Ale naprawdę strasznie mnie do zwierząt ciągnie.

To może po igrzyskach nie w Tokio, ale po Paryżu albo po Los Angeles rzucisz sport i zaopiekujesz się dzikimi zwierzętami w jakimś ogrodzie zoologicznym?

- Nie, nie, odpada! Szkoda mi zwierząt, które mieszkają w zoo. Mogłabym pracować w jakimś rezerwacie gdzieś w świecie. Albo mieć farmę. To by były fajne opcje.

Więcej o: