Sport.pl

Marcin Lewandowski dla Sport.pl: Są rozmowy. Kilka dni i wszystko się wyjaśni

- Na linii PZLA - Tomek zrobiło się bardzo gorąco i trochę się to na nas przeniosło. My dwaj też odbyliśmy ważną rozmowę - mówi Marcin Lewandowski. Kandydat do medalu olimpijskiego w Tokio wciąż nie wie czy będzie mógł pracować ze swoim bratem i trenerem Tomaszem Lewandowskim. Na niecałe pół roku przed igrzyskami trzeci zawodnik ubiegłorocznych mistrzostw świata trenuje sam.

Brązowy medal Lewandowskiego w biegu na 1500 m był jednym z największych sukcesów polskiej kadry na MŚ 2019 w Dausze. Tomasz Lewandowski przyłożył się też do srebra sztafety 4x400 m, w której biegła Patrycja Wyciszkiewicz. Krótko po mistrzostwach dołączenie do grupy prowadzonej przez Lewandowskiego ogłosił Adam Kszczot, który w Dausze odpadł w półfinale. Dwukrotny wicemistrz świata na 800 m uznał, że praca z tym szkoleniowcem przybliży go do wywalczenia medalu olimpijskiego.

Zobacz wideo

Trenerskiej klasy staszego z braci Lewandowskich nikt nie podważa. Ale w styczniu okazało się, że Polski Związek Lekkiej Atletyki nie jest w stanie spełnić jego oczekiwań. - Sprawa jest ostatecznie zamknięta - twierdził Tomasz Lewandowski. Przyczyn przedstawić nie chciał. - Odszedłem po to, by temat zamknąć, a nie rozpętać na nowo - ucinał.

- W tym momencie sytuacja wygląda tak, że kończymy współpracę z Tomaszem Lewandowskim. Takie jest nasze stanowisko. A jeśli sytuacja będzie się zmieniać, to będziemy reagować - mówił w rozmowie ze Sport.pl wiceprezes PZLA, Tomasz Majewski.

Czy sytuacja może się zmienić?

Łukasz Jachimiak: Biegniesz przez sezon halowy bez trenera. Długo tak dasz radę?

Marcin Lewandowski: Mogę powiedzieć tylko tyle, że coś się dzieje, że trwają rozmowy.

Między Twoim bratem i zarazem trenerem Tomaszem Lewandowskim, a Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki, tak?

- Tak. Dobrze, że są rozmowy. Porozumienie między tymi stronami to najważniejsza sprawa. Moja współpraca z Tomkiem to kwestia otwarta, ale podstawą jest jego dogadanie się z PZLA. Jeśli Tomek i związek dojdą do porozumienia, to o siebie i Tomka się nie martwię.

Między Wami po prawie dwóch dekadach współpracy nie stało się nic tak złego, żebyście nie mogli dalej działać razem?

- Był delikatny konflikt. Na linii PZLA - Tomek zrobiło się bardzo gorąco i trochę się to na nas przeniosło. My dwaj też odbyliśmy ważną rozmowę. Ale obaj jesteśmy dorośli, żaden się na drugiego nie obraził. Pogadaliśmy i teraz czekamy na możliwość działania.

Dlaczego Adam Kszczot w tym całym zamieszaniu komunikuje jasno, że co by się nie działo, jego trenerem będzie Tomasz Lewandowski, a równocześnie Ty mówisz, że nie wiesz co będzie?

- Tak po prostu wyszło. Adam w tym wszystkim nikomu i niczemu nie zaszkodził. Szkody są wyłącznie z tego, że nie ma porozumienia między PZLA, a Tomkiem.

A może trzeba dać znać dużym firmom, że po ostatnich, dużych sukcesach trenerskich Tomasza Lewandowskiego stawki u niego tak urosły, że potrzebny jest ktoś, kto sprosta jego oczekiwaniom?

- Tu nie chodzi o żadne stawki. Rozmowy Tomka i PZLA nie są o pensji Tomka. Poruszane są inne kwestie. Ale zostawmy to, niech się strony dogadają.

W porządku, w takim razie powiedz, jak sobie radzisz, będąc w zawieszeniu. Jest już luty, do igrzysk zostało mniej niż pół roku. Myślisz sobie, że jest już bardzo blisko, a Ty nie robisz w przygotowaniach dokładnie tego, co chciałbyś albo co powinieneś robić?

- Tak naprawdę to ja nawet jeszcze nie wiem kiedy dokładnie będę miał pierwszy bieg w Tokio. Zupełnie nie odliczam, jeszcze jestem spokojny. Zasuwam, znam siebie, swój organizm, więc robię ciężką robotę. Za mną pierwszy start w hali, było nieźle, w kolejnych startach też tak powinno być. A dalej, to już wierzę, że sprawa się rozstrzygnie i wszystko pójdzie tak, jak miało pójść.

Mówisz, że znasz swój organizm i jesteś zajęty ciężką robotą, ale wiele razy mówiłeś też, że nie jesteś typem zawodnika świetnie zorientowanego w układaniu treningu. Zawsze zostawiałeś to bratu, w pełni mu ufając, prawda?

- Tak, naturalnie. Dlatego nie biorę pod uwagę takiej możliwości, że zostanę bez trenera i poprowadzę się sam. To na pewno by się dobrze nie skończyło. To może być dobre tylko na krótki czas.

I to jeszcze taki czas, jak teraz, gdy nie robisz skomplikowanego treningu, tylko wypracowujesz bazę?

- Dokładnie.

Jak sobie rozplanowałeś najbliższe dni?

- W sobotę biegnę w Toruniu na 800 metrów. Moim koronnym dystansem jest 1500 metrów, ale start na 800 m to dla mnie doskonały trening szybkości. Na pewno w Toruniu powalczę o jak najlepszy rezultat, a później, po mityngu, będę promował swoją książkę "Mój bieg". Spotkam się z czytelnikami, na chwilę oderwę się od pracy. Później, 15 lutego, wystartuję w Glasgow na 1500 metrów, 19 lutego zrobię sobie poprawkę na 1500 m we Francji, a 21 lutego pobiegnę ostatnie 800 metrów w hali, w Madrycie.

Nastawiasz się na mocną rywalizację z Adamem Kszczotem w Toruniu czy powiesz mi, że na tym etapie przygotowań do sezonu ona nie jest ważna?

- Pewnie, że będzie rywalizacja. Oczywiście zdrowa. My się z Adamem zawsze ścigamy. A jeszcze będziemy mieli kilku takich zagranicznych przeciwników, że mogą nam wyjść bardzo fajne wyniki.

Koronawirus bardzo popsuł Twoje plany, czy do końca nie wiedziałeś co zrobić z halowymi MŚ w Nankinie wyznaczonymi na połowę marca, a w końcu przełożonymi na marzec 2021 roku?

- Cały czas nie wiedziałem czy w tych mistrzostwach wystartuję. Raczej bym pojechał, ale nie było opcji na wielkie szykowanie się do tego startu.

Czyli 21 lutego wystartujesz w hali po raz ostatni i później co? Od razu wyjazd do jakiegoś ciepłego kraju na zgrupowanie?

- Tak, praktycznie od razu jadę zasuwać do Stanów, na wysokość, do ciepełka.

Wyobrażasz sobie, że wtedy, czyli za około trzy tygodnie, nadal nie będziesz wiedział czy możesz trenować z bratem? Wtedy chyba byłoby już bardzo nerwowo?

- To niemożliwe. Kwestia kilku dni i wszystko się wyjaśni. Wierzę w to.

Wspomniałeś o książce - dlaczego wydałeś ją przed olimpijskim medalem, a nie po?

- Po medalu wydam drugą część! A mówiąc poważnie, to skąd wiemy, kiedy jest dobry czas? Może już minął, może dopiero będzie, a może właśnie teraz jest idealny? Nad tą książką pracowałem prawie dwa lata. Bez ciśnienia, żeby ją skończyć w jakimś konkretnym terminie. Jak miałem czas, to powstawała, a bywało, że przez dwa miesiące nie poświęciłem jej nawet chwili. Aż w końcu udało się ją skończyć. A skoro tak, to trzeba było zrobić premierę.

O czym opowiadasz w tej książce?

- O pięknie sportu. Nawet pierwotnie chciałem, żeby miała tytuł "Piękno sportu". To nie jest biografia. U mnie nie przeczytacie o biedzie, o jakiejś tragedii, o wychodzeniu z czegoś takiego. Za to amator, fan sportu spojrzy na mój świat moimi oczami. Opisałem mnóstwo przygód, rzeczy, które zobaczyłem, ludzi, których poznałem.

Daj próbkę.

- Nie ma sprawy. Jest rok 2013, mistrzostwa świata odbywają się w Moskwie. Polska reprezentacja poleciała już do Rosji z Warszawy, a ja wyruszam do niej z Sankt Moritz. Przebywałem tam na zgrupowaniu. Do końca siedziałem na wysokości. Tak jak w ubiegłym roku przed Dauhą. Tak lubię, to mi się sprawdza. Na dwa dni przed startem ruszyłem na lotnisko. Z biletem, z wizą rosyjską, z paszportem. Poszedłem się odprawić i usłyszałem od pani, która pomagała załatwiać formalności, że nie wylecę, bo mam gdzieś przetarty, naderwany paszport. Zaczęła się walka. Rozmawiałem z innymi pracownikami, z menedżerem lotniska i wszędzie dostawałem tę samą odpowiedź. Samolot mi uciekł, kupiłem drugi bilet. Walczyłem, ale ciągle słyszałem, że nie wylecę do Moskwy. Telefonicznie połączyłem się z organizatorem mistrzostw w Moskwie, usłyszałem, że mam się niczym nie martwić, że on wszystko załatwi. Kupiłem trzeci bilet, ale okazało się, że i pomoc grubej ryby na nic się zdała. Po pięciu godzinach walki i trzech zmarnowanych biletach siadłem pod słupem, poddałem się. Zadzwoniłem do trenera, żeby mu przekazać, że wracam do Polski. Od niego usłyszalem, że nie mogę się załamać i mam walczyć dalej. Tak zrobiłem. Poszedłem do hotelu, przespałem się, wstałem o świcie i o szóstej rano pojechałem do Berna, do ambasady, walczyć o nowy paszport. Powinienem czekać dwa tygodnie, ale do startu w mistrzostwach został mi jeden dzień. Ty wiesz jak się wszystko skończyło, a czytelników zachęcam, żeby koniec historii poznali z książki.

Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że byłoby fajnie, gdyby Lewy zakumplował się z Lewym. Miałeś okazję pogadać dłużej z Robertem po tym jak obaj odbieraliście nagrody w styczniu na Gali Mistrzów Sportu?

- Nie do końca. Szkoda, bo wcześniej też już się umawialiśmy przez Anię, ale nie wyszło. Na gali się spotkaliśmy, przybiliśmy piątkę, ale nie pogadaliśmy, bo widziałem, że gościu bardzo rozchwytywany. Kiedy mógł spędzić pięć minut z Anią i znajomymi przy stoliku, to już nie chciałem przeszkadzać. Wiem jak to jest, też często musiałem zostawiać żonę, rodzinę, żeby z kimś porozmawiać, zrobić sobie zdjęcia, coś nagrać. A Robert miał to na wielką skalę. Okazja do naszego spotkania jeszcze się nadarzy.

Na takiej gali też? Za rok masz zamiar znów być w czołówce plebiscytu?

- Taki jest cel!

Widzisz siebie na olimpijskim podium w Tokio?

- Nie spodziewam się wyższego poziomu niż był na MŚ w Dausze. To był chyba najszybszy bieg w historii MŚ na 1500 m. Poziom był kosmiczny, moim zdaniem nie ma szans, żeby na igrzyskach był jeszcze wyższy. A skoro potrafiłem wziąć medal w Katarze, to jestem dobrej myśli. Muszę zrobić coś, co już robiłem. Oczywiście ważna będzie kwestia dnia, samopoczucia, dyspozycji w danej chwili. Ale formę taką jak na Dauhę zbuduję.

Więcej o: