Nieludzka decyzja sędziów podczas chodu na MŚ! Igrali ze zdrowiem Polaka. "To skandal"

- Sędziowie zmusili mnie do pokonania jeszcze dwóch kilometrów na krytycznym tętnie. Igrano z moim zdrowiem. Przez to praktycznie zniesiono mnie do namiotu medycznego - mówi Rafał Augustyn, 13. zawodnik chodu na 50 km na mistrzostwach świata w Dausze. - Ja chyba też przez pomyłkę sędziów pokonałem dodatkową pętlę - twierdzi 28. na mecie Rafał Sikora. A 22. Artur Brzozowski w ostatniej chwili z takiej dodatkowej rundy został zawrócony. Przez biegnącego za nim i przyznającego się do pomyłki sędziego. - Nigdy nie widziałem takiego bałaganu. To skandal - ocenia Robert Korzeniowski. Złoty medal zdobył Japończyk Yusuke Suzuki.
Zobacz wideo

Start o godzinie 23.30 czasu lokalnego. Temperatura powietrza dochodząca do 30 stopni, a odczuwalna o 10 stopni wyższa, za sprawą 70-procentowej wilgotności. Chód sportowy po promenadzie przy Zatoce Perskiej zapowiadał się ekstremalnie. A przez karygodne pomyłki sędziów było jeszcze gorzej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Mistrz olimpijski: Obiecałem, że wrócę do domu cały i zdrowy. Żeby dotrzymać słowa, musiałem zrezygnować

Czas zwycięzcy - cztery godziny, cztery minuty i 20 sekund - jest aż o 31 minut gorszy od rezultatu zwycięzcy z poprzednich MŚ, z 2017 roku. Na trasie w Dausze poddali się i mistrz z Londynu i aktualny mistrz olimpijski, z 2016 roku z Rio de Janeiro.

- Dałem z siebie wszystko, co miałem, ale już po 16 kilometrach moje nogi nie odpowiadały - mówi pierwszy z nich, Yohann Diniz z Francji. - Obiecałem rodzinie, że wrócę do domu cały i zdrowy. Żeby dotrzymać słowa musiałem zrezygnować. Podziwiam wszystkich, którzy ukończyli ten wyścig - mówi drugi z mistrzów, Matej Toth ze Słowacji.

Ci, którzy rywalizację ukończyli, z trasy rzadko schodzili o własnych siłach. Raczej byli zwożeni na wózkach inwalidzkich albo wynoszeni przez ludzi ze swoich drużyn.

Augustyn: Igrano z moim zdrowiem

Z drugiej opcji skorzystał najlepszy z Polaków. Rafał Augustyn pokonał 50 km i szedł dalej, bo kazali mu sędziowie. Próbował im tłumaczyć, że się mylą, ale nie słuchali. Fizjoterapeuci naszej kadry przybiegli do dziennikarzy, szukając w wynikach potwierdzenia, że sportowiec może już odpocząć, ale zatrzymać go się bali, bo do końca nie wiedzieli, czy mylą się arbitrzy, czy może jednak dostępne w internecie wyniki na żywo.

Efekt był taki:

- To skandal, jak zostałem potraktowany. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Byłem pewny, że pokonałem 50 km, krzyczałem do sędziów, że się mylą, ale oni kazali mi iść dalej. Zmusili mnie do pokonania jeszcze dwóch kilometrów na krytycznym tętnie. Igrano z moim zdrowiem. Bardzo słono za to zapłaciłem, praktycznie zniesiono mnie do namiotu medycznego i bardzo długo dochodziłem do siebie - mówił Augustyn około 4.30 rano. Dobre pół godziny po tym, jak lekarz i fizjoterapeuci zaczęli stawiać go na nogi.

- Nie rozumiem tej pomyłki, przecież mamy na butach czipy - dziwi się Polak.

Sikora: 50 minut gorzej od życiówki. To nienormalne

Okazuje się, że w Dausze zdarzyła się nie tylko Augustynowi.

- Nie wiem, jak to wytłumaczyć, nie umiem zrozumieć takich pomyłek. Może sędziowie też byli zmęczeni pogodą? - mówi Rafał Sikora. - W takich warunkach nie powinno się rozgrywać chodu i maratonu. Przecież ja tu poszedłem o jakieś 50 minut gorzej od swojej "życiówki". To jest nienormalne. Już od 18. kilometra moje nogi nie chciały iść. Dotarłem do mety, bo się strasznie zawziąłem, ale kilkadziesiąt razy przystawałem, robiłem sobie po 30 sekund przerwy. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywałem na trasie - dodaje.

Brzozowski: Sędzia za mną biegł i krzyczał

Sikora zajął 28. miejsce, a na 22. pozycji finiszował Artur Brzozowski. Niewiele brakowało, a i on poszedłby jeszcze jedną pętlę. - Pokazywałem sędziom, że to koniec, krzyczałem do nich, że mój gps wskazuje, że pokonałem 50 km, ale oni nie reagowali. Dopiero po chwili jeden z sędziów zaczął za mną biec i dał znać, że jednak mogę już się zatrzymać, że skończyłem - opowiada Brzozowski. - Nigdy więcej nie chciałbym startować w takich warunkach. Zupełnie nie mogłem się odnaleźć, nie było mowy o poukładaniu techniki. To była walka o przetrwanie.

Tę walkę wygrali wszyscy, którzy dotarli do mety. Ostatnim z nich był Sikora. Z 46 startujących zawody ukończyło 28. Czterech chodziarzy zdyskwalifikowano za łamanie przepisów, a 14 nie miało siły, by walczyć na całym dystansie. - Wśród nich znalazły się takie znakomitości jak Diniz czy Toth. To pokazuje, jak było ciężko - mówi Sikora.

Korzeniowski: Bywały jeszcze trudniejsze starty. Ale takiego bałaganu nie widziałem nigdy

- Warunki rzeczywiście były bardzo trudne, choć uważam, że prawie wszyscy za bardzo się ich wystraszyli i poszli asekuracyjnie - zaskakuje Robert Korzeniowski. Czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie jeszcze w trakcie rywalizacji komplementował prowadzącego Yusukę Suzukiego, podkreślając, że akurat on pewnie idzie swoje. - Oj, co on robi? Zatrzymuje się? Przecież teraz idzie jak na spacerze! To nie jest chód sportowy! Gdyby sędziowie byli okrutni, mogliby mu dać ostrzeżenie - dziwił się zachowaniu Japończyka chwilę później, na sześć kilometrów przed metą.

Zwycięzca też miał kryzysy. - Widzę, co się dzieje, wiem jak ciężko jest zawodnikom, ale proszę mi wierzyć, bywały starty w jeszcze trudniejszych warunkach - przekonuje nasz mistrz. - Za to takiego bałaganu nie widziałem nigdy. Wysyłanie zawodnika na niepotrzebne dwa kilometry to jest skandal, jakiego nie było - kończy największa legenda chodu.