Anita Włodarczyk patrzy, Joanna Fiodorow rzuca. Czy jej młot doleci do podium?

- Chcę przebukować bilet i jak najszybciej wrócić do domu - mówi Malwina Kopron, 13. zawodniczka eliminacji rzutu młotem. Czyli pierwsza, która odpadła. Pod nieobecność kontuzjowanej Anity Włodarczyk, to ona miała powalczyć o medal dla Polski. Moc ma, w jednej z prób zrobiła dziurę w słupku, na którym wisi siatka okalająca koło. Ale mocy nie poskładała z techniką. Zrobiła to Joanna Fiodorow, trzecia zawodniczka ubiegłorocznych ME i trzecia piątkowych eliminacji. Walka o medale mistrzostw świata w Dausze w sobotę od godziny 18.25. Relacja na żywo na Sport.pl.

Igrzyska są najważniejsze!

Zobacz wideo

W piątek na stadionie Chalifa Fiodorow spędziła tylko chwilę. Już w pierwszym eliminacyjnym rzucie uzyskała odległość o prawie półtora metra lepszą od wymaganych 72 metrów (73,39 m). Dalej młot posłały tylko DeAnna Price i Żalina Petrivskaja. Amerykanka to faworytka, ma w tym roku najlepszy rezultat na świecie. Mołdowianka atakuje z drugiego szeregu. Jak Fiodorow. Petrwiskaja ma 12. wynik, Polka - 11.

"Płakać nie będę"

Kopron rozgrzewkowy rzut miała poza granicę kwalifikacji, a drugi eliminacyjny dałby jej w piątek najlepszy wynik (okolice 75 m), gdyby utrzymała się w kole. - Już pierwszy rzut, był mocny. Ale trafiłam w siatkę. A dokładnie w słupek. Aż młot zrobił w nim dziurę. W drugiej próbie nie utrzymałam się w kole, bardzo mocno mnie wyciągnęło. A trzeci rzut? Nie byłam zestresowana. W hotelu, przed przyjazdem na stadion trochę tak, ale na miejscu już nie. Nie rozmyślałam, że to moja ostatnia szansa. Starałam się wszystko zrobić normalnie, ale nie wyszło. Bardzo mi przykro, bo rzucam teraz rekordy życiowe, jestem w bardzo dobrej dyspozycji i naprawdę mogłam tu walczyć o medal. Boli, ale płakać nie będę. Już myślę, żeby jak najszybciej odpocząć i ruszyć z przygotowaniami do igrzysk w Tokio. Bilet do domu mam na poniedziałek, ale chcę go przebukować i jak najszybciej wrócić - mówi Malwina.

Dominatorka tylko na trybunach

Brązowa medalistka poprzednich MŚ, z 2017 roku, z Londynu, ma w tym roku siódmy wynik na świecie. Jej odpadnięcie to druga największa niespodzianka kwalifikacji. Bardziej zaskakuje tylko 20. miejsce Brooke Anderson, która w sezonie rzucała już 76,46 m, czyli drugi wynik na świecie. Amerykanka w piątek zaliczyła tylko 68,46 m. Kopron skończyła eliminacje z rezultatem 70,46. Żeby znaleźć się w finale trzeba było rzucić co najmniej 71,35 m. Poziom kwalifikacji był bardzo wysoki. To znak, że sobotni konkurs zapowiada się ciekawie. Może nawet tym ciekawiej, że nie wystartuje Włodarczyk. Czterokrotna mistrzyni świata i dwukrotna mistrzyni olimpijska w ostatnich latach zdominowała rywalizację. Teraz jest po artroskopii kolana i tylko z trybun będzie przyglądała się rywalkom.

"Jak ktoś przyszykował formę, to nic mu nie przeszkadza"

Jedną z nich jest Fiodorow. Prywatnie panie za sobą nie przepadają. Ale Anita ocenia, że Joannę stać w Dausze na medal.

- Plan był taki, że przyjeżdżam na stadion, rzucam swoje i wracam na trening, na pobudzenie siłowe. Zrealizowałam wszystko - cieszy się Fiodorow. Pytana, jak się odnajduje w katarskim upale i na klimatyzowanym stadionie, odpowiada krótko: Jak ktoś przyszykował formę, to nic mu nie przeszkadza.

Czy ta forma może wystarczyć na medal? - Na jakie rzuty będę gotowa w finale to pytajcie moją panią trener - śmieje się Fiodorow. - Tak serio, to liczę tu na dobre miejsce i bardzo dobry wynik. Czyli na rekord życiowy - dodaje.

"Życiówka" 30-latki, która w dorobku ma dwa brązy mistrzostw Europy (Zurych 2014 i Berlin 2018) wynosi 75,09 m. Czy jej pobicie wystarczy do podium? Nie wiadomo. Za to wiadomo, że myśleniem o medalach Fiodorow naprawdę nie chce sobie zaszkodzić. - Wiem, że są oczekiwania, że zaraz się otworzy dla nas worek z medalami, bla, bla, bla. Ale ja tu chcę po prostu zrobić swoje - mówi.