Lekkoatletyka. Marek Plawgo: Anita Włodarczyk i Konrad Bukowiecki jak dzieci w piaskownicy, a nie mistrzowie

- Piaskownica, a nie międzynarodowe areny - mówi Marek Plawgo o konflikcie Konrada Bukowieckiego i Anity Włodarczyk. Przez złą relację kulomiota i młociarki rekordzistka świata zrezygnowała ze startu w zawodach poświęconych pamięci Kamili Skolimowskiej. - To co zrobił Bukowiecki to absolutna prowokacja. Ale Anita w każdym wywiadzie przypomina, że Kamila była jej bliska, a teraz nie daje świadectwa swoim słowom - komentuje Plawgo, ekspert TVP, w przeszłości medalista MŚ i ME w biegach na 400 m i 400 m przez płotki

W poniedziałek w rozmowie ze Sport.pl Robert Skolimowski ujawnił powody zaskakującej nieobecności Anity Włodarczyk na niedzielnym mityngu w Cetniewie. - Anita zadzwoniła i powiedziała, że to jest zachowanie działające na szkodę zawodów i pamięci Kamili. Powiedziała, że nie wystartuje, chyba że zgody na start od nas nie dostanie Bukowiecki – mówił i przedstawiał przykrą historię, która rozegrała się pod koniec minionego tygodnia.

>> Anita Włodarczyk nie wystartowała, bo obraziła się na Konrada Bukowieckiego

Po naszej publikacji Włodarczyk potwierdziła w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że doszło do takiej sytuacji. - To mnie zabolało i faktycznie postawiłam organizatorom ultimatum, że albo ja wystąpię, albo Konrad. Uraziło mnie, że nie zachował standardów etycznych i nawet za to nie przeprosił. Ma wprawdzie już dowód osobisty i niezłe wyniki sportowe, ale jego postawa na razie dojrzała nie jest – stwierdziła.

Łukasz Jachimiak: Widzę, że na Twitterze komentuje Pan aferę związaną z wycofaniem się Anity Włodarczyk z niedzielnego Festiwalu Rzutów Kamili Skolimowskiej w Cetniewie.

Marek Plawgo: Ale lakonicznie. Nie chciałbym się rozwodzić nad tym. Sprawa jest bardzo przykra dla naszej dyscypliny. Chodzi przecież o bardzo duże nazwiska. Mogę powiedzieć krótko: sposób rozwiązywania konfliktów, jaki tu oglądamy, jest godny piaskownicy, a nie międzynarodowych aren. I to chyba wszystko z mojej strony.

Przedszkole, dziecinada, piaskownica – innymi określeniami rzeczywiście trudno się posługiwać, opisując tę historię.

- Niestety. Nie chcę urazić żadnej ze stron. Jest mi bardzo niezręcznie, że coś takiego się dzieje w lekkoatletyce, którą za chwilę będę komentował przy okazji mistrzostw Europy [na początku sierpnia w Berlinie]. Niestety, te wydarzenia przyćmiewają to, co jest najważniejsze, czyli wyniki. A one na zawodach w Cetniewie były naprawdę światowej klasy. Tymczasem mu musimy mówić o czymś, o czym zupełnie się nie spodziewałem, że można mówić w kontekście tak wielkich nazwisk.

Ale trzeba mówić. I widzę, że Pan też tak uważa, bo na Twitterze nie zgadza się Pan z reporterem TVP Alkiem Dzięciołowskim, który twierdzi, że powinniśmy się skupić na rezultatach Fajdka, Nowickiego i Guby, a nie na tym, że „ktoś się na kogoś obraził”.

- Na pewno należy to wyjaśnić, napiętnować, pokazać, że nie tędy droga. Trzeba też zwracać uwagę na to, co najważniejsze – to były zawody ku pamięci Kamili Skolimowskiej. O ile Konrad jest z młodego pokolenia i nie znał jej tak dobrze, tak blisko, to Anita w każdym wywiadzie przypomina, że Kamila była jej bliska. Teraz ona nie daje świadectwa swoim słowom. A sprawa będzie się za nią ciągnęła w przyszłości, skoro zamierza dalej startować w rękawicy, którą dostała od świętej pamięci Kamili. To wszystko nie licuje z powagą zawodów. Zawodów, które powstały w wyjątkowy sposób, bo oddolnie. Krótko po śmierci Kamili jej kilkoro znajomych zebrało się i postanowiło ją uczcić – taki był początek.

Czyli nie było tak, że ojciec Kamili założył fundację i wymyślił sobie mityngi na cześć córki?

- Nie, nie, nie. Inicjatywa była oddolna, na początku zawody były rozgrywane na stadionie Skry, gdzieś na bocznym boisku. Szybko nabrało to rozpędu, bo przyjaciół Kamili było wielu, ona miała ich nie tylko w rzucie młotem. Kamila była taką osobą, która jednała ludzi wokół siebie, zawsze miała serce na dłoni. Kiedy na mityngu jej poświęconym pojawiły się inne konkurencje niż rzuty i mogłem wystartować na 400 m, to bieg dla Kamili był dla mnie wielkim wydarzeniem. Zwłaszcza, że jeszcze pamięć o Kamili była bardzo żywa. Ona dalej jest żywa, ale wtedy każdemu z nas się jeszcze wydawało, że zaraz się obróci i Kamila będzie stała obok. Jak teraz wchodzimy w takie tematy, które absolutnie nie licują z powagą zawodów, to człowiek się denerwuje. Zwłaszcza, że źle zachowują się osoby, które doskonale Kamilę znały.

Zwrócił Pan uwagę na to, że lepiej Kamilę znała Włodarczyk, ale chyba nie chce Pan bronić Bukowieckiego? Bo co by nie mówić o reakcji Anity, on zachował się głupio, zasłanianie jej wizerunku na plakacie imprezy to była oczywista prowokacja.

- Absolutnie jest to prowokacja, która ma źródło w ich konflikcie trwającym już od jakiegoś czasu. Natomiast jedyne, co działa na jego usprawiedliwienie to fakt, że dla niego zawody w Cetniewie to może był tylko sport. Może on nie poczuł do końca, że to jednak coś więcej, że w świadomości lekkoatletów starszego pokolenia to impreza wyjątkowa.

„Facepalm”, którym skomentował Pan akcję Bukowieckiego i reakcję Włodarczyk wyraża zażenowanie i rozczarowanie?

- Dokładnie tak. Wielki szok. Jak to młodzież mówi, zbierałem szczękę z podłogi, że można znaleźć taki powód konfliktu. I że taki skutek może przynieść taka sytuacja.

Więcej o: