MŚ Londyn 2017. Adam Kszczot: Do złota zabrakło trochę finezji, ale hej, jestem wicemistrzem świata!

- Depnąłem, włączyłem turbodoładowanie i leciałem jak szalony. Na ostatniej prostej mijałem ich jak furmanki. Szkoda, że tylko jeden wagonik zachował się z przodu - opowiada Adam Kszczot, srebrny medalista mistrzostw świata na 800 m.

Do tzw. strefy mieszanej na Stadionie Olimpijskim, w którym można przeprowadzać wywiady z zawodnikami, Adam Kszczot wszedł z biało-czerwoną flagę. Chwilę wcześniej zawodnik RKS Łódź robił z nią rundę honorową i szalał z radości razem z kibicami. Euforia nie opuszczała go również w „mixed zonie”. Żartobliwe rzucił do dziennikarzy: „Podobało się? Denerwowaliście? Pampersy zmienione?”. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem i mogliśmy przejść do zadawania pytań.

Obroniłeś wicemistrzostwo świat z Pekinu. Finałowy bieg dostarczył niesamowitych emocji pewnie nie tylko nam i kibicom, ale pewnie i Tobie?

Adam Kszczot: - To było trudne wyzwanie. Widziałem na zegarze, że pierwsze 200 m jest szalenie szybkie. 300 metrów też w zabójczym tempie. Po 400 m pomyślałem: „Oho, powoli zaczyna chłopaków ścinać”. Takie sytuacje dają bardzo dużo do myślenia. W głowie przewijają się setki myśli: „Już teraz przyspieszać, czy może nie i zachować więcej sił. Jedyne czego żałuję, że nie byłem bliżej czołówki, w szczególności na  200 m przed metą. Grupa się rozerwała, nie zauważyłam tego i nie zdążyłem skontrować. Wtedy prawdopodobnie powalczyłbym o złoty medal, ale hej... Jestem dwukrotnym medalistą mistrzostw świata. Niewielu sportowców powtarza to osiągnięcie. Najczęściej pierwszy jest ostatnim krążkiem. Nie w moim przypadku. Piękne uczucie.

Pierwsze 200 metrów przebiegliście w nieco ponad 24 sekund. Złapaliśmy się za głowy.

- Cholernie szybkie tempo. Takie rozpoczęcie musiało wiele kosztować. Od 150 m walczyli o to kto będzie wiódł prym za plecami Briana McBrida, który poleciał jak wariat i to go zniszczyło.

Przed mistrzostwami medal pewnie bralibyśmy w ciemno, ale po świetnym półfinale apetyty niesamowicie wzrosły.

- Do złota nie było daleko. Zabrakło może trochę finezji, może za dużo było wyrachowania. Wiedziałem co robię, że będzie ich ścinać. Nie zauważyłem, że Pierre Bosse tam trochę się mnie przepychał i lepiej odnalazł w grupie. Właśnie w tym momencie przegrałem złoty medal, ale tak jak powiedziałem. To dla mnie ogromny sukces. Nie da się tego opisać, co teraz czuję.

Jesteś zaskoczony zwycięstwem Bossa?

- Tak. Nie spodziewałem się, że po półfinale jeszcze coś pokaże. Nie doceniłem go. Myślałem, że wszystkich „pościna” w tych przepychankach, a jego gdzieś nie dojrzałem.

Finisz w twoim wykonaniu z pewnością przejdzie do historii. Szkoda, że meta nie była 20 metrów dalej. Francuz już czuł twój oddech.

- Szkoda, że nie zaatakowałem na 180 m do mety. Teraz jednak łatwo mówić. Wyczekiwałem najbardziej dogodnego momentu, przygotowywałem się na jeden bardzo solidny atak. Zacząłem się rozpędzać 30 metrów później. Był taki moment, że wychodziłem na zewnętrzną. Depnąłem, włączyłem turbodoładowanie i leciałem jak szalony. Na ostatniej prostej mijałem ich jak furmanki. Szkoda, że tylko jeden wagonik zachował się z przodu. 

Wydawało się, że najgroźniejszym rywalem będzie Nijel Amos. Zajął dopiero piąte miejsce.

- Widziałem co robi na bieżni. Walczył, szarpał się. Podczas szybkiego biegu nie wolno takich rzeczy robić. Trzeba biec ekonomicznie. Jak w automatycznej skrzyni biegów wrzucić „N” i lecieć oraz czekać na jedną niepowtarzalną okazję do ataku.

Twój wynik 1:44.95 to Twój najlepszy czas w tym sezonie. Dwa lata temu w Pekinie do srebrnego medalu wystarczyło 1:46.

- Zgadza się, ale stać mnie zdecydowanie szybsze bieganie. To nie jest mój maksymalny poziom w tej chwili. Jejku jak się cieszę. Ja tylko sobie wyobrażam, jak ten bieg wyglądał w telewizji. Snujący się gdzieś na końcu stawki Polak i nagle odpala petardę. Wierzyłem w mocną końcówkę. Jeżeli widać, że w przodzie się kotłują i jest bardzo mocne tempo przez pierwsze 300 m, a ja oszczędzam energię przez większą część dystansu, to efekt musi być taki, że ja będę na ostatnich metrach najszybszy.

Mało brakowało, a byłoby całe europejskie podium. Brytyjczyk Kyle Langford stracił do trzeciego Kipyegona Betta niecałe pół sekundy. Biegacze ze Starego Kontynentu zaczynają dominować na tym dystansie?

- Europa, ale w ogóle biali zawodnicy zawsze byli przy głosie na 800 metrów. Amerykanin Nick Symmonds zdobył srebrny medal. Dwa lata później ja byłem drugi. Teraz dwa pierwsze miejsce Europejczycy. To jest dystans, w którym można naprawdę powalczyć z Afrykanami.

Jest szansa, że w najbliższym czasie zaatakujesz rekord Polski Pawła Czapiewskiego (1:43.22)?

- Nie mogę tego obiecać. W przygotowaniach do mistrzostw świata były pewne komplikacje. O tym się nie mówiło, a pewne kłopoty były. Teraz jestem srebrnym medalistą mistrzostw świata i chcę się tym teraz cieszyć.

Odczarowałeś Londyn. Pięć lat temu na igrzyskach odpadłeś w pófinale igrzysk olimpijskich...

- Aj, przestańcie. Nie wspominajcie tamtego pófinału. Wspominamy tylko dobre rzeczy.

Atmosfera na stadionie była rewelacyjna. Robiąc rundę honorową z biało-czerwoną flagą świetnie bawiłeś się z kibicami.

- Brytyjczycy kochają lekką atletykę. Pod tym względem są super. Świetnie współpracują. Macham na raz, na dwa, na trzy, a oni na trzy robią głośne „woooooow!”. Rewelacja!

Komu dedykujesz ten medal?

- Oczywiście, że mojej ciężarnej żonce Renacie. To już końcówka, siódmy miesiąc. Mamy już imię dla synka. Będzie Ignacy.

Kiedy wracasz do żony?

- W czwartek. Położę się na swojej kanapie ze swoimi kotami. Położę rękę na brzuchu, czekając aż poczuję kopnięcie brzdąca. Wiecie, rutyna dnia (śmiech). Oprócz tego czeka mnie jeszcze miesiąc startów, treningów. Zobaczymy, będziemy to oceniali na bieżąco oceniali. Na pewno wynik sezonu zostanie poprawiony. Oby to pozwalało na jakieś fajne miejsca w Diamentowej Lidze i kolejnych startach.