MŚ w lekkoatletyce 2017. Rogowska i Pyrek: Lisek i Wojciechowski mogą wygrać jak my

Zdobyły po osiem medali wielkich imprez, na MŚ w Berlinie w 2009 roku sprawiły sensację podwójnie wygrywając konkurs, który miał być popisem Jeleny Isinbajewej. Mistrzyni świata Anna Rogowska i wicemistrzyni Monika Pyrek zastanawiają się, na co stać Piotra Liska i Pawła Wojciechowskiego we wtorkowym finale skoku o tyczce na MŚ w Londynie. Relacja na żywo w Sport.pl od godz. 20.20

W 2005 roku Rogowska i Pyrek po raz pierwszy razem wskoczyły na podium wielkiej imprezy. Wtedy pierwsza z wymienionych zdobyła srebro, a druga brąz halowych mistrzostw Europy w Madrycie. Z Polkami wygrała tylko Isinbajewa. Cztery lata później na stadionie w Berlinie rosyjska tyczkarka wszech czasów miała zdobyć swój trzeci z rzędu tytuł mistrzyni świata. Ale „Caryca” nie zaliczyła żadnej wysokości i pozostało jej oklaskiwać Polki, które były najlepsze. Czy Piotr Lisek i Paweł Wojciechowski mogą powtórzyć tamten sukces Rogowskiej i Pyrek? Oddajmy głos naszym byłym mistrzyniom.

Łukasz Jachimiak: Jakich wyników należy się spodziewać po Lisku i Wojciechowskim?

Anna Rogowska:

- Nie jest łatwo być wróżką Anną i wróżyć z fusów, ale spróbuję. Skok o tyczce to bardzo trudna, techniczna konkurencja, wiele czynników ma wpływ na rezultat. Może być hurraoptymistyczna wersja, czyli dwa medale dla Polaków, a może się zakończyć bez medalu. Konkurencja jest duża, a wyniki zawodników z czołówki są do siebie bardzo zbliżone. Medal powinny dać skoki na 5,80-5,85 m. Polacy są w bardzo dobrej formie, Wojciechowski skoczył w tym roku 5,93 m, a Lisek niedawno, na mistrzostwach Polki zaliczył 5,85, a wcześniej, w hali, nawet 6,00. Gdyby swoje najlepsze wyniki powtórzyli, moim zdaniem mieliby pewne medale. Niech tylko trafią z dyspozycją dnia, to będziemy się cieszyć z dwóch medali.

Monika Pyrek:

- Aż się boję wróżyć, bo i Paweł, i Piotrek mają olbrzymie szanse, ale też wiele razy byłam w takiej sytuacji i wiem, że wszystko zależy od dyspozycji dnia. Dużo zależy też od warunków. Pamiętam, że Stadion Olimpijski w Londynie jest wietrzny. I w eliminacjach zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet, i w finale kobiet, było widać, że skoki powinny być ustawione w drugą stronę. Pewnie ze względu na biegi zdecydowano się na takie ustawienie, w którym tyczkarzom wieje w twarz, a to znacznie utrudnia zadanie. Ale jak się ma bardzo dużą pewność siebie i oskakanie, to nic nie przeszkadza. Życzę chłopakom, żeby skakali tak, by mieli z tego przyjemność. To będzie klucz do sięgnięcia po to, co im się należy, a w tym roku obu należą się medale. Oni praktycznie nie mieli gorszego czasu. Nawet jak Lisek na początku sezon nie zaliczał żadnej wysokości, bo brakowało mu pewności i oskakania na nowych tyczkach, to takie występy przeplatał skakaniem 5,70. A teraz pewność ma. Widziałam wszystkie skoki na niedawnych mistrzostwach Polski, w tych Piotrka była fajna pewność siebie, był fajny automatyzm. Jeśli to powtórzy, używając trochę twardszych tyczek, których wtedy nie miał, to będę spokojna o wynik.

Czy jest możliwe, że Polacy zdobędą złoto i srebro?

Anna Rogowska:

- Najlepiej by było, gdyby zdobyli po złotym medalu, ale jeśli powtórzą nasz wynik z Berlina, to też będzie świetnie. Tak naprawdę fajnie by było nawet gdyby powtórzyli to, co zrobili dwa lata temu w Pekinie, kiedy obaj wywalczyli brązowe medale mistrzostw świata. Choć oczywiście życzę im żeby zrobili to, co my z Moniką. Ale który skoczy lepiej, to już nie wiem. Moje serce jest i z jednym, i z drugim.

Monika Pyrek:

- Chciałoby się złota i srebra, ale u chłopaków jest bardzo wyrównana stawka, a u nas akurat wtedy grono aspirujących do podium było węższe. Tutaj może się wszystko zdarzyć: oby spełnił się najlepszy dla nas scenariusz, ale sport nauczył mnie pokory, dlatego wiem, że może być i tak, że nie będzie żadnego medalu. Z Piotrkiem jestem bardzo związana, wierzę, że będzie dobrze, obu życzę, żeby zeszli ze skoczni zadowoleni. Może się zdarzyć nawet tak, że poprawią rekordy życiowe, a poziom będzie najwyższy w historii i zostaną bez medali. Miałam tak w Osace, gdzie skoczyłam 4,75 m, wyrównując „życiówkę”, a byłam czwarta. Chociaż gdyby Piotrek skoczył 6,00 m, to mało realne byłoby, że znajdzie się poza podium. Jeszcze raz: najważniejsze, żeby obaj byli z siebie zadowoleni i żeby nie zdecydowały żadne losowe zdarzenia.

Który rywal Polaków jest najmocniejszy?

Anna Rogowska:

Nie ma żadnego rywala poza zasięgiem Liska i Wojciechowskiego. Ale na pewno w bardzo dobrej dyspozycji jest Sam Kendricks. Skacze stabilnie, równo, choć otarł się o odpadnięcie w eliminacjach, bo taki jest urok tej konkurencji. Na tym samym poziomie co Kendricks i Polacy jest Renaud Lavillenie. O medal może jeszcze powalczyć Armand Duplantis, młody zawodnik, który już w tym sezonie skakał 5,90 i jeszcze Niemiec Raphael Holzdeppe. Z tego grona każdy może zawsze skoczyć 5,80-5,85.

Monika Pyrek:

- To oczywiście Kendricks i Lavillenie, ale też Duplantis, bo jest w takim wieku [w listopadzie skończy 18 lat], że pójdzie albo w jedną, albo w drugą, nic pośrodku się nie może wydarzyć. Jeśli mu fantazja podpowie walkę o wszystko, to tak będzie. Ale ci trzej i wszyscy pozostali boją się naszych chłopaków, bo jeden i drugi jest gotowy na skakanie 5,90, jak nie wyżej.

Jaki wpływ na postawę Polaków może mieć fakt, że w połowie lipca zgubiono ich tyczki, co przez kilkanaście dni utrudniało zawodnikom trening, a już w Londynie tyczki zgubiono jeszcze raz i odnaleziono dopiero na dzień przed eliminacjami?

Anna Rogowska:

Powiem szczerze – brak tyczek to bardzo duży problem. Obaj nie mieli ich przez dwa tygodnie pod koniec przygotowań, a każdy zawodnik ma tylko jeden komplet tyczek „szytych na miarę”. Kolejne wyglądają podobnie, ale mają inną długość, twardość. Od kogoś tyczek nie pożyczysz, bo jesteś inny. Taki Paweł Wojciechowski nie może skakać na tyczkach Piotrka Liska, a na pewno nie tyle, ile mógłby na swoich. Na pewno na Pawle w eliminacjach odbiło się to napięcie, że przez jakiś czas nie miał żadnego sprzętu i nie wiedział czy w ogóle wystartuje. Piotrek jeszcze miał o tyle dobrze, że miał tyczki na wyższe skakanie, wiedział, że jakoś sobie poradzi. A u Pawła to Ola, jego narzeczona, już wsiadła w auto i była w drodze na lotnisko, miała przywieźć zapasowe tyczki. Dobrze, że po takich nerwowych eliminacjach był dzień na oddech. Mam nadzieję, że panowie zdążyli się skoncentrować i będą w stanie w pełni wykorzystać wielką pracę, jaką wykonali w sezonie. Na szczęście obaj są już doświadczeni, już zdobywali medale na najważniejszych imprezach, do Londynu przyjechali po kolejne sukcesy, a nie po naukę. Wiem, że Pawłowi bardzo na medalu zależy, że on się bardzo solidnie przygotowywał, a o Piotrku Lisku wszyscy wiemy, że jest znany ze swojej waleczności, dlatego jestem na 100 procent pewna, że obaj będą walczyć o końca.

Monika Pyrek:

- Nie dziwię się, że Paweł tak się zestresował sytuacją, że w eliminacjach o mało nie odpadł. Pode mną na pewno nogi by się ugięły, gdybym dzień przed startem nie miała tyczek. To sytuacja absurdalna – jesteś gotowy, dochowałeś staranności żeby wszystko było w porządku, wybrałeś bezpośredni lot, jeszcze polskimi liniami, niby masz gwarancję, że ci pomogą, a jednak znów nie masz sprzętu. To może podciąć skrzydła, możesz być załamany. Z drugiej strony wiemy co się wydarzyło u Pawła w Daegu w 2011 roku – zaspał na eliminacje, do finału wszedł psim swędem, z ostatnim wynikiem, a później wygrał, zdobył złoto. Może teraz też zamieszanie wyjdzie mu na dobre? Lubię wierzyć w takie historie.

Inna sprawa, że dziwne historie z tyczkami dzieją się od zawsze. Pamiętam, jak strasznie denerwowała się Fabiana Murer na igrzyskach w Pekinie, gdy organizatorzy ze stadionu rozgrzewkowego nie zabrali jej najważniejszej tyczki na eliminacje. To był ich obowiązek, bo wtedy wymyślili sobie, że niczego nie wolno reklamować, więc nie możemy mieć tyczek w swoich pokrowcach i przekładali je z tych naszych tub do pokrowców, które przygotowali. Zawirowania były straszne, pamiętam, jak rok później w Berlinie jeszcze przed eliminacjami poszliśmy sprawdzić te pokrowce i nie było mojej rozgrzewkowej tyczki. Miałam szczęście, że mój menedżer był jednym z organizatorów, więc poruszył niebo i ziemię i tyczkę znaleziono. Nie rozumiem, dlaczego tych swoich pokrowców nie szyli na tyle dużych, by wkładać do nich tyczki w naszych pokrowcach, bez wyciągania sztuka po sztuce. Na szczęście teraz już dali spokój, za dużo było nerwów i protestów. Ale to też pokazuje, że jednak łatwo zgubić coś, co ma pięć metrów długości. Jak ostatnio interweniowaliśmy w sprawie tyczek Piotrka Liska, to tłumaczono nam, że co tam tyczki, skoro na lotniskach gubią się wielkie na sześć metrów kontenery. Tyczki to się gdzieś za słup postawi nie widać – tak twierdzili.