Adam Kszczot: Kompromitujący poziom, fatalna obsługa, brak jedzenia, lekkoatletyczna druga liga...

- Startowaliśmy w zawodach w Pcimiu Dolnym, nie obrażając Pcimia, czy na Drużynowych Mistrzostwach Europy w poważnym kraju? Organizacyjnie to nie była lekkoatletyczna ekstraklasa, tylko druga liga - mówi Adam Kszczot, jeden z najlepszych średniodystansowców na świecie i członek grupy Orlen.

Podczas drużynowych Mistrzostw Europy w Lille Adam Kszczot wygrał bieg na 800 metrów, ale został zdyskwalifikowany przez sędziów. Arbitrzy uznali, że Polak złamał przepisy wyprzedzając po wewnętrznej. To pierwsza dyskwalifikacja w karierze wicemistrza świata.

Damian Bąbol: Pogodziłeś się już z dyskwalifikacją podczas DME?

Adam Kszczot: To kuriozalna sytuacja. Mnie to się przytrafiło pierwszy raz, ale inni zawodnicy w wyniku protestów składanych przez Brytyjczyków lub Francuzów najczęściej są na straconej pozycji.

Dlaczego?

- Tamte kraje mają bardzo dobry lobbing. Mają swoich działaczy, którzy dodatkowo nagrywają przebieg rywalizacji. Ja posiłkowałem się nagraniem, które zostało udostępnione w internecie przez realizatora transmisji. Inne kraje dysponują na gorąco swoimi materiałami. Gdybyśmy my mieli takie nagranie, to byłoby widać, jak Francuz mnie odpycha, co jest niedozwolone. Wtedy prawdopodobnie to wszystko by się inaczej potoczyło. Prawda jest taka, że sędziowie podjęli decyzję na podstawie wglądu do wideo, które było dla mnie niekorzystne.

„Jak zobaczyłem, co Kszczot planuje zrobić - czyli wyprzedzać po wewnętrznej stronie, gdy ma 40 cm miejsca - to od razu miałem przeczucie, że skończy się to dla niego źle. Bieg odbywał się po bieżni, a Adam ułatwił sobie sprawę i zbiegł z bieżni aby wyprzedzić m.in. Francuza. Jakby nie biegł po trawie, to musiałby zwolnić i obiegać wszystkich po 3, 4 torze i by nadrobił pewnie z 4-5 metrów. I raczej by nie wygrał” - to słowa Jarosława Żóławskiego, licencjonowanego sędziego PZLA.

- Rozumiem, ale nie wiem czy odpowiednio wnikliwie obejrzał nagranie z tego biegu. Cała sytuacja zaczęła się od tego, że ktoś ustawił na bieżni pudło startowe przed biegiem na 1500 m kobiet, który następował po nas. Panowie z obsługi w ogóle nie zauważyli, że biegniemy. W ostatnim momencie zeszli z bieżni. Jeden coś próbował z tym wózkiem zrobić, w końcu zostawił i omal nie wpadłem na tę dziwną przeszkodę. Protestowaliśmy, ale arbitrzy odpowiedzieli później, że warunki na bieżni - pomimo wystającego pudła - były takie same dla wszystkich. Otóż nie. Nie były takie same.

To znaczy?

- Biegłem na pierwszym torze, więc musiałem ominąć przeszkodę. Ci, którzy biegli mi na ramieniu, mieli łatwiej. Krótko po ominięciu pudła, po pierwszych przepychankach zrobiła się dziura na torze i spróbowałem wszystkich wyprzedzać po kolei. Przyspieszyłem i nadarzyła się ostatnia szansa na wyprzedzenie Francuza. Uważałem, żeby go nie potrącić. Wiedziałem, że to zawodnik gospodarzy i zdawałem sobie sprawę, że dotknięcie dłonią będzie równoznaczne z dyskwalifikacją. Zaczął machać łokciem, ja zasłaniałem się swoim. Myślałem, że się przecisnę i go wyprzedzę, ale kiedy zagarnął mnie dłonią do tyłu, to niestety zostałem wypchnięty na zewnątrz. W dodatku miałem niefortunną pozycję. Gdybym był podparty lewą nogą, to prawdopodobnie bym nie wypadł. W tym momencie byłem na prawej nodze, niekorzystnej, bo środek ciężkości znajdował się pod dużym palcem. Szanse na obronę przed takim szturchnięciem są zerowe. Po wypadnięciu na trawę pierwsze, co myślałem, to żeby kostek nie skręcić przez wysoki i śliski próg, który oddziela bieżnię. Gdy wróciłem na bieżnię, to może faktycznie mogłem uzyskać jakąś przewagę rywalem, ale przecież nie wybiegłem celowo, żeby go wyprzedzić, tylko zostałem wypchnięty. To jest podstawa do nie uznania zasadności protestu Francuzów. Sędziowie uznali jednak, że zrobiłem to specjalnie. 

Po przekroczeniu mety na pierwszym miejscu myślałeś, że mogą być z tego problemy?

- Nie. Byłem święcie przekonany, że przez to pudło, wyraźny błąd organizatorski, który poprzedzał kolejne zajścia nie będzie w ogóle żadnej rozmowy, sędziowie przyznają się do swojego niedopatrzenia. Stało się odwrotnie. Pamiętajmy, że byliśmy bezpośrednimi rywalami Francuzów i ten lobbing dał o sobie znać.

Za mało mamy przedstawicieli w lekkoatletycznych władzach?

- Mamy mało sędziów międzynarodowych i ludzi, którzy znajdują się w strukturach europejskiej lub światowej federacji. To są nieliczne jednostki i musiałoby zaistnieć wiele zbiegów okoliczności, żeby pojawili się na zawodach we Francji. Wtedy byłaby szansa, żeby ktoś bardziej obiektywnie spojrzał na moją sytuację. Niestety, jesteśmy dużą federacją, ale jeżeli chodzi o struktury, to trochę leżymy i nie mamy siły przebicia. Nasi działacze zrobili, co mogli. Gdy wyszedłem z kontroli antydopingowej, kończyli pisać kontrprotest. Byli takiego samego zdania jak ja. Co mogę więcej powiedzieć? Czujemy się trochę oszukani. Gdyby tego pudła nie było bieżni, nie byłoby tej sytuacji.

To były najgorsze zawody, w których brałeś udział?

- Zdecydowanie tak. Nawet na poprzednich DME w Rosji w Czeboksarach była lepsza atmosfera i organizacja. Kolejny problem był natury lingwistycznej. Francuscy sędziowie i obsługa nie potrafiła porozumieć się z nami po angielsku. Wielu zawodników z innych krajów też zwracało na to uwagę. Tyczkarze musieli pokazywać na palcach, jak mają być ustawione stojaki. Kulomioci nie mogli się dogadać, że potrzebują wody. Był upał, 28 stopni Celsjusza, a przy rzutni brakowało parasola, nie było się gdzie schować. W końcu przyjechaliśmy na zawody do Pcimia Dolnego, nie obrażając Pcimia, czy na Drużynowe Mistrzostwa Europy do poważnego kraju? Organizacyjnie to nie była lekkoatletyczna ekstraklasa, tylko druga liga. Kolejna sprawa to fatalne zaopatrzenie w naszym hotelu. Brakowało jedzenia. To było... Po prostu niesamowite.

Jak to wyglądało?

- Byliśmy zakwaterowani w 4-gwiazdkowym hotelu Mercury. W części jadalnej pięciometrowy stół. Na nim ciepła woda, kawa. Jedna malutka, owalna taca, przypominająca bardziej półmisek dla maksymalnie czterech osób. Kilka plasterków sera, jakaś szynka. Bagietki do pokrojenia, miód, dżem, ale jakieś syntetyki w małych pojemnikach. Wszystko było raczej daleko od naturalnych produktów. Croissanty tylko wzrokiem odprowadziłem. Usłyszałem, że więcej nie będzie.

Chodziłeś głodny?

- Bez przesady. Zapychałem się tym, co było. Ale wyobraź sobie, że jesteś zawodnikiem, trzymasz dietę i co masz w takiej sytuacji zrobić? Po starcie i wyjściu ze stadionu wiedziałem, że w hotelu będzie to samo, więc musiałem ratować się fast foodem. Zamówiłem podwójne fryty, popiłem colą. Wróciłem do hotelu, zjadłem to, co było, czyli niejadalne mięso z jakimś ryżem. Akurat ryż był w porządku. Ogólnie kompromitacja. Jak można w ten sposób organizować tak ważne zawody?

Przed tobą ciężka praca do sierpniowych mistrzostw świata. Wizualizujesz już to sobie, co będzie się działo w Londynie?

- Na razie wizualizuję sobie treningi w Zakopanem, po których będę wymiotował. Szykuję się na harówę, ale... lubię to. Lubię się przykatować. Ostatnio nie miałem łatwego okresu, ciągłe podróże, ale wróciłem do wysokiej dyspozycji. Mimo tych wszystkich perturbacji bieg w Lille też oceniam bardzo dobrze. Wystartowałem z pełnego treningu, więc jestem optymistą.

Jak taki katorżniczy trening wygląda?

- W ciągu miesiąca przebiegnę blisko 400 km. Zasadnicza cześć treningu, podczas którego cierpię najbardziej, trwa niespełna 20 minut. W tym czasie potrafię zmęczyć organizm do wymiotów. W tym samym treningu, dla przykładu muszę wykonać 3 serie po 500 metrów. Pierwszy odcinek biegnę nieco wolniej niż w tempie startowym na 800 m. Kolejne 500 metrów zdarza się, że pokonuję w tempie, gdy biegnę na życiówkę. A ostatni serię kończę tak szybko, że większość 400-metrowców nie ma takiej „życiówki”.

Adam Kszczot w "Sam na Sam z Wilkowiczem": Ciężko jest przebić się przez szum wokół piłki nożnej