Pekin 2015. Agrafka dyskobola, drapieżny charakter Joanny

Gdy tylko Piotr Małachowski będzie miał porządną agrafkę w finale, zdobędzie to, czego jeszcze nigdy nie udało mu się zdobyć - złoto w światowych zawodach. Finał dysku w sobotę o 13.50.

Jak bardzo dysk potrafi być wredny w najmniej pożądanych momentach, pokazały eliminacje.

Małachowski wydawał się zaspany, fakt, więc nie wszystko można zwalić na wredność sprzętu. Dysk latał nisko i blisko. W pierwszej próbie Polak spalił, a w drugiej rzucił tylko 59,08. Był na przedostatniej pozycji. - Tyle padło słów na "k" i "ch"... Jestem sam sobą zdegustowany. Kłułem się agrafką, żeby zacząć myśleć. Kłułem nogi, i nie tylko. Zawsze działało. Teraz też zadziałało, na szczęście - mówił.

Kiedy dysk Małachowskiego spadł wreszcie za linię 65 metrów oznaczającą automatyczną kwalifikację do finału, Polak wydarł się na pół stadionu, wznosząc ręce, po czym zdarł z siebie koszulkę, siadł na ławeczce i z wyraźną ulgą odrzucił głowę do tyłu.

To wszystko przeżył faworyt do złota rzucający w tym sezonie najdalej na świecie i regularnie wygrywający mityngi Diamentowej Ligi.

- Czułem się zbyt pewny siebie i zadziałało to przeciwnie. Zbyt rozluźniony. Głowa nie wytrzymała, bo jak się osiąga na treningach 70 metrów, to 65 metrów wydawało się kwestią zakręcenia i wyrzucenia. Wielu mistrzów odpadało w eliminacjach. Taki stres i adrenalina, że nawet ból pleców przeszedł. Zawsze mnie taka adrenalina uskrzydlała, jak czułem, że trzeba się zebrać, ogarnąć.

Mimo stresu, gdy Małachowski myśli o finale, to jednocześnie też o zdobyciu złota. - Tam powinienem mieć sześć prób. Ból pleców? W finale choćby mi nogę oderwało, to będę rzucał.

W sobotę będą rzucali też Robert Urbanek, wicemistrz Europy sprzed roku, i inni zawodnicy z medalowymi aspiracjami: Estończyk Gerd Kanter (64,78), Niemiec Christoph Harting (64,23) i Belg Philip Milanov (63,85). Odpadło wielu dyskoboli z czołowych pozycji na listach światowych oraz doświadczeni Niemiec Martin Wierig i Węgier Zoltan Kovago. Ale przede wszystkim nie będzie Niemca Roberta Hartinga, mistrza olimpijskiego i trzykrotnego mistrza świata. Małachowski na światowych imprezach był zwykle za nim.

On, Urbanek, Kamila Lićwinko w skoku wzwyż, Joanna Jóźwik w biegu na 800 m, czyli polscy sobotni finaliści, dowodzą różnorodności lekkoatletyki. Małachowski nie ma wzorcowej sylwetki dyskobola, dopracował się potężnego brzucha, ale nogi ma szybkie jak tancerz flamenco. Jego kolega Urbanek nogi ma wolniejsze, ale bary Hulka z komiksów Marvela. I niemal 2 m wzrostu oraz 115 kg wagi. Dyskobole z Europy rywalizują głównie ze sobą.

Jóźwik, brązowa medalistka z mistrzostw Europy w Zurychu, musi w Pekinie walczyć na kolce i łokcie z całym światem, bo 800 m jest taką konkurencją. Jest pierwszą Polką w finale tej prestiżowej konkurencji. To dziewczyna z drapieżnym charakterem - na bieżni. Trener jeszcze go wyostrza, każąc ćwiczyć z grupą chłopaków bieg w tłoku, jak najbliżej siebie. W ich grupie biega m.in. wyśmienity 800-metrowiec Artur Kuciapski, ale pozostali to poziom Jóźwik.

Polka pokazała, że umie wydrapać swoje w półfinale w Pekinie, kiedy pobiła rekord życiowy (1.58,35), pokonując większość dystansu po zbiegnięciu na drugim torze. Jak ocenił jej trener Andrzej Wołkowycki, straciła przez to około czterech metrów. Półfinał był bardzo mocno obsadzony - czego na początku trener nie uważał za korzystne, ale po biegu zmienił zdanie - w związku z tym bieg był bardzo szybki. Polka przybiegła czwarta i awansowała z czwartym czasem dnia.

Według trenera w finale wszystko, co najważniejsze, rozstrzygnie się na ostatnich 130 m szybkiego biegu. Jeśli do tego momentu Jóźwik utrzyma się w grupie, może sprawdzić światową sensację. Na jej niekorzyść przemawia to, że od 10 lat finały biegu na 800 m decydowały się w tempie na razie dla Polki nieosiągalnym - medale zdobywały biegaczki, które na mecie były w czasie poniżej 1.58.

Wołkowycki uważa, że 24-letnia zawodniczka ma mnóstwo rezerw. Łatwo się z nim zgodzić, patrząc na dziewczyny, które z nią biegają, a zwłaszcza na ich umięśnione uda, łydki i ramiona. Polka się od nich odróżnia. - Przyjdzie jeszcze czas, by to zmienić - mówi trener.

I wreszcie Lićwinko, halowa mistrzyni świata z zeszłego roku. Twierdzi, że nie stresuje się startem, a może się okazać, że nawet najmniejszy błąd, jedna zrzutka mogą odebrać jej medal. Przypomina to sytuację z konkursu tyczkarzy, w którym Polacy zdobyli medale dzięki zaliczaniu niższych wysokości w pierwszej próbie. Faworytkami są Rosjanki Maria Kuczina, Anna Cziczerowa, Chorwatka Blanka Vlasić, Hiszpanka Ruth Beitia. I Polka.

Zobacz wideo
Więcej o: