MŚ w Pekinie 2015. Kszczota bieg życia

Tylko mistrz olimpijski i rekordzista świata David Rudisha był szybszy w biegu na 800 m. Adam Kszczot jest wicemistrzem świata

Było trzech wielkich biegaczy w wyścigu dnia, ale jeden był największy. Kenijczyk David Rudisha jak wcześniej Usain Bolt, mimo kłopotów, mimo słabszej formy niż w 2012 r., pokazał, kto jest królem dwóch okrążeń. Bośniak Amel Tuka, sensacyjny lider światowych rankingów, nie odważył się na porządny atak, taki na całość, czyli narzucenie mocnego tempa. Był trzeci, choć biegał już w tym roku o niemal trzy i pół sekundy szybciej, co jest przepaścią na tym dystansie.

To był zresztą dziwny finał, w którym nikt nie przejawiał chęci do biegu. - Aż tak wolnego się nie spodziewałem. A to, co mnie zaskoczyło najbardziej, to bierność rywali. Wszyscy zdjęli czapki przed Rudishą, tak jakby chcieli powiedzieć: "Spokojnie, David, biegnij przodem, prosimy". Owszem, szacunek należy mu się przed biegiem, ale w czasie biegu trzeba walczyć o swoje. A tutaj bierność była okrutna - mówił Kszczot. - Gdybym tylko miał szansę biegu z nim na zakładkę, obok, na pewno nie pozwoliłbym mu rozgrywać go tak, jak chciał. Przeszkadzałbym mu i byłyby większe szanse na zwycięstwo.

Nie było takiej możliwości. Kszczot przebijał się po wewnętrznej, zawodnik po zawodniku, do przodu. "Przebijał" to właściwe słowo. Dowodziły tego krwawe zadrapania od kolców przeciwników na nogach Polaka. Przebijał się, aż dotarł za plecy prowadzącego Rudishy, giganta wśród 800-metrowców, również ze względu na wzrost.

I dalej ani rusz, bo z boku, od zewnętrznej, blokował go inny Kenijczyk, Ferguson Cheruiyot Rotich. - Jeszcze i przez Davida próbowałem się przebić, ale stanąłem na metalowy próg dzielący bieżnię od murawy, musiałem się wycofać. Szkoda, że nie mogłem go zaatakować na 130 m przed metą, tak jak najbardziej lubię. Wtedy byłaby szansa na bezpośrednią walkę. A tak byłem zamknięty, musiałem czekać, czekać, czekać, aż David ruszy, a to jest zbyt duże opóźnienie przy wielkiej prędkości. W takich sytuacjach, przy wolnym biegu wygrywa ten, kto zaatakuje pierwszy - mówił Polak.

Kszczot był więc jak w klatce do ostatniej prostej. I dopiero tutaj mógł rozpuścić nogi. Dysponuje piorunującym finiszem. - Oczy zamknięte i do końca, do końca, do końca, aby nie oddać ani centymetra. Miałem siłę. Bo ja z formą naprawdę nie kłamałem. To był mój bieg życia - mówił, gdy spotkaliśmy się z nim za metą.

Jest to pierwszy medal Kszczota na światowej imprezie na otwartym stadionie. A to ważne, bo jego konkurencja jest światowa. Widać to było po zainteresowaniu międzynarodowych mediów. Kszczot udzielał za metą wywiadów niemal każdej telewizji. Srebro jest jak cenna pieczęć jakości. Bo choć latem zeszłego roku zdobył złoty medal na mistrzostwach Europy w Zurychu, to rzecz jasna nie biegali Kenijczycy (trzech we wczorajszym finale), inni Afrykanie i Amerykanie.

Ale jak już zdobył medal mistrzostw świata, to od razu przebił Pawła Czapiewskiego, który w tej imprezie jako jedyny Polak przywiózł brąz z Edmonton w 2001 roku.

Do pobicia pozostał rekord Polski Czapiewskiego (1.43,22). I to będzie cel Kszczota w najbliższych dwóch, trzech biegach.

Obydwu polskich medalistów mistrzostw świata przygotowywał trener Zbigniew Król. Teraz układa się między nim a Adamem znakomicie, choć jak mawia Król: "obaj jesteśmy inżynierami, tylko że mamy do spraw różne podejście i czasem dochodzi do spięć". Przed każdym startem rozmawiają długo, analizują przeciwników, planują taktykę, skupiają się na omijaniu błędów. - Bo w tej konkurencji, gdy się uniknie błędów, sukces jest bardzo blisko - mówi Kszczot.

Kiedy odszedł od swojego poprzedniego trenera Stanisława Jaszczaka, szukał doświadczonego szkoleniowca. Kto mógłby być lepszy niż Król, przecież to ten od Czapiewskiego. Ale złe języki podpowiadały Kszczotowi, żeby uważał na Króla. Czy chodziło o to, że za Królem chodziła opinia trenera, którego zawodnicy wpadają w korkociąg kontuzji? Nie wiadomo. Nawet teraz trener uważa, że Adam przyszedł do niego z czystego wyrachowania. - Jest pod tym względem zawodowcem. Od wroga wziąłby, gdyby uznał, że to mu pomoże, a przecież ja nie jestem wrogiem.

- Na początku był bardzo badawczy w stosunku do mnie - mówi trener. - Jak z nim rozmawiałem, nie mogłem nie mieć argumentów, nie mogłem powiedzieć czegoś nieprzemyślanego, boby mnie wypunktował. Tu się zresztą nic nie zmieniło do dziś. Ale kiedyś sprawdzał nawet długość odcinków, po których biegał. Mówię mu, że przebiegł setkę w 11,25 s, a on: "Nieprawda, bo w 11,18 s". Więc bawił się w mierniczego.

Kiedyś trener musiał kupić urządzenie do pomiaru mocy na ćwiczeniach siłowych, aby udowodnić Kszczotowi - a raczej żeby on sam sobie udowodnił - że dźwiganie większych ciężarów niekoniecznie oznacza lepsze efekty. Bo oprócz tego wszystkiego wicemistrz świata należy do tej grupy licznych wybitnych zawodników, którzy uważają, że za mało pracują, i chcą pracować więcej i więcej.

- Dwa plus dwa w lekkoatletyce nie zawsze daje cztery - mówi Król. - Po kilku takich doświadczeniach Adam mi zaufał. Ostatnio już się nawet nie kłóci.

Doszło do tego, że Król przekonał Kszczota nawet do tego, aby zszedł z wagi. Nie wiadomo, jaka jest różnica, ale to, że biegacz w ogóle się do tego dał namówić, jest znaczące. Kszczot uważał bowiem, że mniejsza waga go osłabia, bał się tego, nawet dokładnie to przeanalizował, bo prowadzi bardzo precyzyjne zapiski treningowe. Znów potrzebna była dokładna argumentacja i naukowe dowody. W każdym razie Adam podczas biegu nie czuje się słaby, a waga spadła nieznacznie, głównie przemieściły się masa i moc.

Rozpędza się, widać to wyraźnie. Zna swoją siłę, słychać to w jego głosie. I nie wyhamuje. Na odchodnym rzucił do nas: - Jestem szczęśliwy, że zdobyłem srebrny medal. Ale on oznacza też, że jest co poprawiać. Trzymajcie kciuki, żeby mi starczyło nóg w przygotowaniach do igrzysk w Rio de Janeiro.

Lekkoatletyczne MŚ. Biegaczka zaliczyła spływ z przeszkodami [ZOBACZ]

Więcej o: