Lekkoatletyczne MŚ. Ten młot ma polecieć po złoto

- Trzy tygodnie męki przeżywałem - mówi Paweł Fajdek, który od soboty w Pekinie broni tytułu mistrza świata w rzucie młotem. Męką było oczekiwanie, bo Polak jest tak dobry, że sam musi sobie szukać wyzwań.

Fajdek, elegancko wystrzyżony, z modną czupryną, zrobionymi maszynką przedziałkami, kolczykiem i w kolorowych okularach, pojawił się w Ptasim Gnieździe w południe. Obejrzał sobie koło rzutni i pokazał kciukiem znak OK. Coś w Fajdku jest takiego, że człowiek nie ma obaw, że w dniu finału zje go trema, przyciśnie presja do ziemi, dozna nagle zatrucia żołądkowego albo zaatakuje go globus. Nawet jeśli powtarza: - Sezon się nie liczy, faworytów nie ma, i to jest piękno sportu. Już niejednego widziałem, który odpadł.

Czy miał siebie na myśli z igrzysk w Londynie przed trzema laty? Wtedy mógł się spodziewać fajnego wyniku, a skończyło się na trzech spalonych próbach w eliminacjach. Do tej pory jest to zadra i źródło dodatkowej motywacji. Każdy go o Londyn pyta, sam też zapytałem, gdy byłem w Spale na obozie przed mistrzostwami. Bardzo rozsądnie mówił o tym, że był młokosem porywającym się na wielkie wyzwanie, spanikowanym po pierwszym nieudanym rzucie. Doświadczenie wzmocniło go jeszcze, tak jak wzmacnia się charakter człowieka krańcowymi przeżyciami.

Teraz ciśnienie jest innego rodzaju: Fajdek może się stać trzecim młociarzem, który obroni tytuł mistrza świata po Siergieju Litwinowie i Andrieju Abduwalijewie z dawnych czasów, przed 30 i 20 laty. Obaj wychowani byli na miotaczy w czasach ZSRR, wiedzieli doskonale, skąd się bierze siłę. Może być też drugim po Szymonie Ziółkowskim podwójnym polskim mistrzem świata. Ziółkowski miał nieszczęście walczyć w Helsinkach w 2005 r. z dwoma Białorusinami i zdobył brąz. Ale u obu ulubieńców prezydenta Aleksandra Łukaszenki, po ponownym sprawdzeniu próbek z tamtych mistrzostw, wykryto doping. Jednego już zdyskwalifikowano, drugi czeka na decyzję, która powinna być tylko formalnością.

Czyli ciśnienie jakieś się pojawi. Fajdek sam je na siebie nakłada. 10 lat przed igrzyskami w Londynie powiedział sobie, że musi w nich wystąpić - to jest już legenda Fajdka. Teraz twierdzi, że przez siedem lat od zdobycia złota mistrzostw świata jako najmłodszy miotacz młotem w historii, do igrzysk w Tokio w 2020 r. zdobędzie 10 medali najważniejszych zawodów: igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata i Europy. Dwa już ma - oprócz złota w Moskwie, którego teraz broni, również srebro mistrzostw Europy, przy czym trzeba pamiętać, że czołówkę światową w jego konkurencji tworzy Europa. - Jak coś postanowi, to się sprawdza. To siła słów. Żałuję tylko, że gdy myślał o Londynie, nie wymarzył medalu, tylko awans do mistrzostw - mówi trenerka Jolanta Kumor, która przejęła opiekę nad miotaczem po nieszczęśliwym wypadku podczas zajęć, wykluczającym z pracy długoletniego szkoleniowca Czesława Cybulskiego.

Wypadek zwiększył motywację Fajdka, aby nie dać się mimo pecha. - Postanowiłem więcej startować, aby mniej myśleć, że nie ma ze mną trenera Cybulskiego - mówi Paweł.

Ale nic się nie zmieniło. Fajdek rzuca coraz dalej. Pobił rekord Polski (83,93 m). Miał w tym sezonie dziewięć najlepszych, wygrywających konkurs rzutów, ale gdyby liczyć poszczególne próby, to było aż 20 lepszych niż najgroźniejszy rywal, Węgier Krisztian Pars (jedyny zawodnik, z którym Fajdek przegrał w tym roku - zimą, w Hiszpanii). Nic dziwnego, że szuka wyzwania w sobie. Choć startuje jako jeden z pierwszych z 50-osobowej polskiej reprezentacji, nie wziął udziału w zgrupowaniu aklimatyzacyjnym w Japonii. Wylądował w środę, i tyle.

W sobotę, od 3.30 czasu polskiego, wystartuje w eliminacjach, w niedzielę - jak poleci młot, a raczej poleci już w pierwszym rzucie - finał (od 12.30).

Pamięć to dobra rzecz, czasami. Fajdek pamięta, co się z nim stało w Londynie, i to mu służy, a Marcin Lewandowski zupełnie nie pamięta, co zdarzyło się w jego olimpijskim debiucie na tym samym pekińskim stadionie w 2008 r., i też mu to służy. Czarna dziura, szara maść, może tylko to zostało, że złoty medalista Wilfred Bungei zaprosił Polaka do Kenii i tak zaczął się afrykański epizod w jego życiu - co roku trenuje tam lub w Etiopii przez miesiąc.

Przypomnijmy tylko: Marcin jako 21-latek odpadł w Ptasim Gnieździe w półfinale. Bieg był za wolny jak dla niego, on lubi ostre tempo, choć bez przesady. Normalnie Lewandowski powinien pamiętać każdy centymetr tartanu. Pewnie, tego tartanu już nie ma, zmieniono na nowy w zeszłym sezonie. Ale był to dla Marcina taki stres, że nie pamięta ani chwili biegu. Żeby była jasność - przeżywający renesans formy (rekord życiowy siedem lat po olimpijskim debiucie) 28-letni Lewandowski to ktoś, kto jest gotów przywołać nazwiska i wyniki rywali sprzed kilku lat albo nazwiska dziesiątek Kenijczyków lub Etiopczyków, z którymi się ścigał lub trenował w Afryce. On, rekordzista Polski Adam Kszczot i Artur Kuciapski w sobotę zaczęli eliminacje, w niedzielę będzie półfinał i - to jego słowa - "jak Bóg dopomoże", we wtorek finał.

Więcej o: