HMŚ Sopot 2014. Kieszonkowa rakieta w Sopocie

Mówią o niej ?Usain Bolt w spódnicy?, choć jest jego przeciwieństwem. Najszybsza kobieta świata, wychowana w najgorszym getcie Jamajki Shelly-Ann Fraser-Pryce będzie największą gwiazdą zaczynających się w piątek halowych mistrzostw świata w Sopocie. Pierwsze zawody już w piątek od 10. Relacje na żywo na Sport.pl

Dziennikarz "Daily Telegraph" tak opisywał imprezę w Jamaica House po MŚ w Berlinie w 2009 r., gdzie Bolt i Fraser-Pryce zdobyli złoto na 100 m: "Na środku parkietu tańczy on, najjaśniejszy punkt na sali, a wokół jak ćmy wirują towarzysze zabawy. Ona siedzi w rogu, skromna, niepozorna, prawie niewidoczna".

Bolt jeździ porsche albo ferrari, zależy którą nogą wstanie z łóżka, na kontraktach sponsorskich zarabia 20 mln dol. rocznie, a w Kingston przesiaduje w nocnym klubie Fiction Lounge, który mieści się tuż obok należących do niego restauracji, baru i studia nagraniowego. W barze można polać stek "sosem Bolta" albo wypić "kawę Bolta".

Fraser-Pryce nigdy nie lubiła takiego rozgłosu. Choć na Jamajce też jest gwiazdą i też ma sześciocyfrowe kontrakty, jej największą ekstrawagancją są różowe buty, które zakłada na zawody.

- Nie czuję, że jestem w cieniu Usaina, zasłużył na swoją sławę i wszystko, co ma. Jestem po prostu kimś innym, łączy nas miłość do biegania - mówi 27-letnia Fraser-Pryce, która swój profil na Twitterze opisała tak: "Chrześcijanka, żona, siostra, przyjaciółka, podwójna mistrzyni olimpijska". Kolejność nie jest przypadkowa. Pastor Winston Jackson z Kościoła Chrystusa w każdym wywiadzie podkreśla, że Shelly-Ann jest najbardziej religijną biegaczką na Jamajce. - Kocha dzieci, uwielbia pomagać, tylko nie lubi się z tym obnosić - zaznacza pastor.

Jamajscy dziennikarze mówią o niej "kieszonkowa rakieta", bo Boltowi zmieściłaby się pod pachą - ma 152 cm. Ale też dlatego, że ma niesłychanie szybką reakcję startową. Świat zobaczył ją po raz pierwszy w 2008 r. na igrzyskach w Pekinie, gdy jako 21-latka zdobyła złoto na 100 m, pierwsze w historii dla Jamajki (Merlene Ottey była najwyżej srebrna). Mało brakowało, żeby w ogóle wtedy nie startowała, bo gdy w eliminacjach na Jamajce odpadła utytułowana rodaczka Veronica Campbell, media domagały się, żeby dokonać zamiany młodej sprinterki na weterankę. Uratowali ją trenerzy. Gdy w 2009 r. zdobyła złoto na MŚ w Berlinie, wiadomo było, że się nie tylko pomylili, ale też, że Shelly-Ann jest wyjątkowym talentem. Została wtedy dopiero drugą po Amerykance Gail Devers sprinterką, która miała w garści jednocześnie tytuły na setkę na igrzyskach i MŚ. Trzy lata później w Londynie obroniła tytuł olimpijski na 100 m, co wcześniej udało się tylko Wyomii Tyus (1964-68) i Devers (1992-96). Na zeszłorocznych MŚ w Moskwie Fraser-Pryce znów przeszła do historii - tym razem jako pierwsza kobieta, która na MŚ wygrała wszystko w sprintach - 100 m, 200 m i sztafetę. Z rekordem życiowym 10,70 s jest czwarta na liście wszech czasów za Marion Jones (10,65), Carmelitą Jeter (10,64) i Florence Griffith-Joyner (10,49).

Najszybsza kobieta świata wychowała się w okrytym złą sławą getcie Waterhouse w Kingston, najbiedniejszej dzielnicy miasta, pełnej przemocy, gdzie widok 15-letniej dziewczyny z własnym dzieckiem nikogo nie dziwi. Jedną z takich dziewczyn była Maxine Fraser, matka Shelly-Ann, uliczna handlarka, która w gimnazjum nieźle się ścigała na bieżni. Maxine z trudem wiązała koniec z końcem, czasem brakowało jej na jedzenie, ale uparła się, że córka wyrwie się z getta. Zapisała ją do szkoły, a potem do sekcji lekkoatletycznej, dokąd na pierwsze treningi szła boso. - Miała talent. Matka nie potrafiła jej dogonić, żeby dać klapsa - opowiadała ciotka sprinterki.

Po złotym medalu w Pekinie Fraser--Pryce zadzwoniła, żeby podziękować matce. - Spójrzcie, z Waterhouse też można iść w świat i coś osiągnąć - mówiła następnego dnia Maxine oblegana przez jamajskie media. Podobno w noc, gdy córka zdobywała złoto w Pekinie, w Waterhouse nie było ani jednego morderstwa czy większego rozboju, nawet gangsterzy oglądali telewizję.

Shelly-Ann lubi mówić o Waterhouse, o pomaganiu dzieciom i dawaniu nadziei. Jedyne, o czym nie lubi rozmawiać, to doping. Sama zaliczyła wpadkę w 2010 r. gdy wykryto u niej oksykodon. Musiała odczekać sześć miesięcy. Utrzymuje, że to było niechcący - bolały ją zęby i wzięła lek od trenera Stephena Francisa, zapomniała sprawdzić etykietę. Niedawne wpadki rodaków - wśród nich Asafy Powella, też zawodnika trenera Francisa, i jednocześnie najlepszego przyjaciela swojego męża Jasona Pryce'a - nazywa "niesprawiedliwą nagonką". Kiedyś, gdy na konferencji padło pytanie o doping na Jamajce, gdzie przez lata nie było porządnego systemu kontroli, wstała i obrażona wyszła z sali.

Więcej o: