Halowe MŚ 2018. Polska sztafeta 4x400 m pobiła rekord świata. Piotr Długosielski: Po chudszych latach trener Lisowski wraca z sukcesem

- Jak znam trenera Lisowskiego, to znajdzie jakieś błędy. Ale pięć minut po biegu wyglądał, jakby zupełnie do niego nie dotarło, co się stało - mówi po złotym medalu halowych MŚ i rekordzie świata polskiej sztafety 4x400 m Piotr Długosielski. Złoty medalista MŚ 1999 i brązowy z MŚ 2001 oraz wicemistrz Europy w tej konkurencji z roku 1998 sukcesy osiągał jako zawodnik Józefa Lisowskiego. Teraz szkoleniowiec do wielkiego sukcesu poprowadził kolejne pokolenie naszych zawodników. A Długosielski jest obecnie dyrektorem PZLA ds. międzynarodowych
Jakub Krzewina, Karol Zalewski, Rafal Omelko i Lukasz Krawczuk Jakub Krzewina, Karol Zalewski, Rafal Omelko i Lukasz Krawczuk ALASTAIR GRANT/AP

Łukasz Jachimiak: Sztafeta 4x400 m w składzie Karol Zalewski, Rafał Omelko, Łukasz Krawczuk i Jakub Krzewina zdobyła mistrzostwo świata w hali i pobiła rekord świata - powtarza pan to sobie, żeby uwierzyć? Jest pan w szoku?
Piotr Długosielski: Może to nie szok, bo bieg oglądaliśmy wspólnie z Piotrkiem Haczkiem i on powiedział, że jeżeli wszystko się idealnie ułoży, czyli jeśli nie będzie perturbacji na zmianach, to liczy, że chłopaki są w stanie pobić rekord świata.

Chyba jako jedyny myślał o takim wyczynie.
- Ja też chłopaków znam bardzo dobrze, a jeszcze lepiej trenera Józefa Lisowskiego. Znamy się od dobrych 30 lat. I najbardziej się cieszę z tego, że on osiągnął tak wielki sukces. Oczywiście to jest osiągnięcie wspólne, całej sztafety. Ale trener czekał bardzo długo. Już nasza sztafeta z końcówki lat 90., miała wielkie plany i robiła podchody pod rekord świata. Był plan, żeby go pobić w Maebashi [halowe MŚ 1999], chcieliśmy to zrobić w eliminacjach, ale się nie udało [później w finale rekord pobili Amerykanie, a Polacy zdobyli srebro, tracąc do zwycięzców 0,18 s i bijąc rekord Europy]. W Birmingham bieg ułożył się idealnie. Po zawodach rozmawiałem z jedną z członkiń rady IAAF i ona nie miała wątpliwości, że to była wisienka na torcie całych mistrzostw. Brytyjczycy docenili rekord chłopaków aplauzem, bili brawa na stojąco. To było wydarzenie imprezy.

Karol Zalewski, Rafal Omelko, Lukasz Krawczuk i Jakub Krzewina Karol Zalewski, Rafal Omelko, Lukasz Krawczuk i Jakub Krzewina ALASTAIR GRANT/AP

Jak trener Lisowski przeżywa ten rekord? On rzadko pojawia się w mediach, teraz też zostanie w cieniu?
- Rozmawialiśmy dosłownie pięć minut po biegu i wyglądał jakby zupełnie do niego nie dotarło, co się stało. Musi się z tym przespać. Cieszył się tylko, że plan, który założył został zrealizowany. Chociaż jak znam trenera Lisowskiego, to znajdzie jakieś błędy, uzna, że coś można było zrobić lepiej. To prawda, że trener nie ma parcia na szkło. Ale uważam, że w tej chwili media powinny i tak postawić go na piedestale, wyeksponować jego osiągnięcie. To przecież nie jest młoda konkurencja lekkoatletyczna i nie będę wymieniał młodych konkurencji, ale podkreślę, że sztafeta 4x400 to jest klasyka, więc tu szczególnie trudno o wielkie wyniki. A pokonać Amerykanów i pobić rekord świata to jest coś naprawdę wielkiego. Dlatego ogromne brawa dla pana trenera Lisowskiego. I chociaż ściskałem się z chłopakami i im gratulowałem, to najbardziej jestem szczęśliwy z tego powodu, że pan trener po chudszych latach osiągnął megasukces.

Z czego wynikały te chudsze lata? Długo nie było tak utalentowanej grupy jak ta, którą trener prowadzi teraz?
- Szczerze mówiąc jak spojrzymy na ostatnich pięć, a może nawet osiem lat, to zobaczymy, że tu grupa się wiele nie zmieniła jeżeli chodzi o skład osobowy. Ale wcześniej ciężko chłopcom było podążać w tym samym kierunku i realizować ten sam cel. W końcu zawodnicy zrozumieli, że jeżeli będą grali do jednej bramki i skoncentrują wszystkie swoje siły na sztafecie, to będą w stanie osiągać wielkie sukcesy. Indywidualnie taki Karol Zalewski nie zaistnieje w sprincie na skalę światową, chociaż mu tego serdecznie życzę. A tutaj perfekcyjnie pobiegł i w eliminacjach, i w finale. Trenerowi udało się stworzyć odpowiednią atmosferę i to jest ważniejsze niż trafienie z formą. Od dawna w tej sztafecie nie było takiego ducha zespołu jak teraz. W końcu udało się wszystko poskładać.

Józef Lisowski Józef Lisowski Fot. youtube.com

Czyli trener sprawił, że indywidualne cele zawodników zeszły na drugi plan wobec tego, co są w stanie zrobić razem w sztafecie?
- Tak mi się wydaje.

Było też tak, że chłopakom trudno było się dogadać, ale wreszcie znaleźli wspólny język, że się dotarli jeśli chodzi o funkcjonowanie grupy poza bieżnią?
- Oni są po ponad 300 dni w roku razem na obozach. Jak my kiedyś. Tarcia są w takich okolicznościach normalną rzeczą. Najważniejsze, żeby iść w jednym kierunku, a wtedy przeszkody, które pojawiają się po drodze są mało istotne.

Jest złoto MŚ i rekord świata w hali, a co będzie dalej? Pójdą za tym kolejne sukcesy? Nie będzie tak, że za ileś będziemy wspominali następne pokolenie z wielkimi możliwościami, ale bez olimpijskiego medalu? Pewnie powie mi pan, że o Tokio jeszcze nie można myśleć, bo do igrzysk daleko, ponad dwa lata?
- Jak najbardziej trzeba już myśleć o igrzyskach, bo wcale nie zostało do nich dużo czasu. Uważam że wynik, jaki chłopcy osiągnęli w Birmingham daje podstawy do poważnego myślenia o nowym rekordzie Polski na stadionie. On wynosi 2:58.00 i został ustanowiony w 1998 roku, czyli ma 20 lat. Taki wynik praktycznie zawsze daje medal olimpijski. A takiego medalu trener Lisowski w swojej karierze jeszcze nie. Mocno trzymam kciuki, żeby sztafeta w takim kształcie dotrwała do Tokio i żeby sukces z Birmingham był dla niej motywacją do osiągnięcia jeszcze czegoś więcej. Medal igrzysk olimpijskich to kolejny realny krok dla tej ekipy.

Złamanie czasu 2:58.00 to realny cel już na najbliższe lato, na mistrzostwa Europy?
- Może być z tym problem, bo trzeba tak ustawić rozwój tej sztafety, żeby z optymalną formą trafić jednak na 2020 rok. Ale oczywiście jeśli forma na mistrzostwa Europy będzie tak wysoka jak w Birmingham, to rekord może paść. Chociaż podkreślam, że już wynik poniżej 2:59.00 byłby bardzo dobry i byłby kolejnym krokiem tych chłopaków do biegania po medal igrzysk.

Trener wspomina czasem straconą szansę z igrzysk w Sydney w 2000 roku?
- To do dzisiaj jest w nas i pewnie z tym się nie pogodzimy do końca życia. Tam mieliśmy bardzo realną szansę na medal olimpijski. Pan trener jest w takiej sytuacji, że ma kolejną szansę na taki sukces, z nowym pokoleniem. My, zawodnicy, już jej nie mamy. Ale trzymamy kciuki za chłopaków, żeby osiągnęli to, co nam się nie udało. Z przyczyn może nie do końca wynikających z formy, tylko z błędu jednego z nas.

I chyba organizatorów, bo zdaje się, że częściowo na Waszym torze stało pudło, przez które w finale przewrócił się Robert Maćkowiak [przez to Polska zajęła dopiero siódme miejsce]?
- Ono stało poza linią toru. To było analizowane, można przyjąć, że to była nasza wina. Oczywiście lepiej by było, gdyby to pudło stało dalej od linii, ale one nawet nie było styczne z linią.

Jakub Krzewina, Karol Zalewski, Rafal Omelko i Lukasz Krawczuk Jakub Krzewina, Karol Zalewski, Rafal Omelko i Lukasz Krawczuk ALASTAIR GRANT/AP

Dla pana, Maćkowiaka, Haczka czy Piotra Rysiukiewicza Sydney to była już końcówka wielkiego biegania, a trener Lisowski 18 lat później znów jest na topie. Jak to możliwe? Co takiego ma ten szkoleniowiec, że osiąga wielki sukces z kolejną grupą?
- Trener Lisowski to po pierwsze ogromna wiedza, a po drugie wielkie doświadczenie. Na nim wielkie imprezy mistrzowskie nie robią żadnego wrażenia. Zawsze jest przygotowany na każdą okoliczność, ma rozpisanego każdego przeciwnika. W Birmingham też analizował, kto w jakim ustawieniu pobiegnie, w jakiej kolejności i pod to ustawiał naszych chłopaków. Do tego dochodzi chęć ciągłego rozwoju. I skromność. Tak jak pan zauważył, trener nigdy nie był gwiazdorem. Pół życia albo i więcej poświęcił sztafecie 4x400 m. To jest pasja.

Lisowski to dla zawodników bardziej dobry ojciec czy zły policjant?
- To zależy od zawodnika. Trener dokładnie wie, jak z kim postępować, ma indywidualne podejście do ludzi. Jest bardzo elastyczny, każdy się z nim dogada, jeżeli okaże się trochę dobrej woli, to trener jest niegroźny. A elastyczne podejście prezentuje i w treningu, i w relacjach międzyludzkich.