ME w lekkiej atletyce. Ile są warte polskie medale w Barcelonie?

Barcelona to piękne miasto, lekkoatletyczne mistrzostwa Europy to piękna impreza i dwa polskie złote medale też pięknie wyglądają. Ale nie da się ukryć, że w większości konkurencji - przede wszystkim na bieżni - Europa jest zaściankiem lekkoatletycznego świata, czego dowodzi choćby to, że w stolicy Katalonii nie pobito ani jednego rekordu globu.
Rekordy, zwłaszcza te, które poruszają wyobraźnię setek milionów kibiców, biją bowiem głównie sportowcy spoza Starego Kontynentu. We wszystkich dziesięciu męskich konkurencjach na bieżni w ścisłej czołówce nie ma żadnego Europejczyka, kibice mityngów Diamentowej Ligi pasjonują się pojedynkami Jamajczyka Usaina Bolta z jego rodakiem Asafą Powellem i Amerykaninem Tysonem Gayem lub czekają na biegacza z Europy, który wbije się między gromadę afrykańskich długodystansowców.

Większość konkurencji technicznych również jest mocno okupowana przez sportowców spoza Europy. Europejczycy królują niepodzielnie tylko w rzutach młotem, dyskiem i oszczepem, czyli w trzech z 24 męskich konkurencji, zaś Europejki w kilku konkurencjach więcej - na 23 rozgrywane. W dwóch pierwszych konkurencjach rzutowych Polacy stanowią niezaprzeczalną światową siłę, dołączyć do nich można także pchnięcie kuli, choć rządy amerykańskich kulomiotów są właściwie dyktatorskie i Tomasz Majewski, zwłaszcza w tegorocznej formie, ma słabe szanse na pokonanie najlepszego Christiana Cantwella choćby raz. Może teraz szanse są odrobinę większe, kiedy tradycyjnie w drugiej części sezonu Amerykanin traci siły, a Polak je odzyskuje.

Miejsce Polski w tej światowej drugiej lidze nie jest więc najbardziej eksponowane. Porównanie obecnej reprezentacji z drużyną z mistrzostw Europy w Budapeszcie w 1966 nie ma nawet sensu. Tam drużyna z Maniakiem, Grędzińskim, Dudziakiem, Badeńskim, Szewińską, Kłobukowską, zdobyła w sumie 15 medali. Siedem złotych w najbardziej widowiskowych konkurencjach!

Sens ma jednak przypomnienie, że w poniedziałek wróciła do Warszawy największa reprezentacja w historii, 71-osobowa grupa, która pobiła zaledwie dwa rekordy Polski - w sztafecie 4x100 kobiet, cenny, bo pobity przez młode sprinterki. Ale smutny, bo to, że Polki pobiegną w olimpijskim finale, byłoby niemal cudem. I w trójskoku kobiet, który jest w Polsce, łagodnie mówiąc, nierozwinięty.

Można na obronę powiedzieć, że 2010 rok to jedyny w sześciolatce 2007-12, w którym nie ma ani igrzysk olimpijskich, ani mistrzostw świata, czyli najważniejszych zawodów w życiu sportowca. To nie sprzyja motywacji. Sportowcy sami jednak mówili mi w Barcelonie, że tego roku nie odpuszczają, bo nawet w luźniejszym sezonie mają starty w komercyjnych mityngach, na których zarabiają na życie. Dlatego wydaje mi się zawstydzające, że w tym wielkim zespole tylko troje zawodników pobiło rekordy życiowe - dwie skoczkinie Anna Jagaciak i Małgorzata Trybańska oraz Kacper Kozłowski w biegu na 400 m.

Polska wciąż nie ma bohatera bieżni, który porwałby tłumy. Czy będzie nim Marcin Lewandowski? Mistrz Europy ma olbrzymi kapitał, intuicyjnie można przewidzieć, że ten uparty i konsekwentny chłopak z Pomorza będzie wielką postacią wspaniałej, widowiskowej konkurencji. Ale tylko intuicyjnie - bo gromada Afrykańczyków wciąż biega na 800 m o dwie sekundy szybciej, i nadciągają kolejni. Już za dwa dni Lewandowski zmierzy się z nimi w Sztokholmie. Wtedy będziemy wiedzieć, ile do Kenijczyków i Sudańczyków brakuje mistrzowi z Barcelony. Czy jest w stanie nawiązać z nimi walkę za rok na mistrzostwach świata i za dwa lata na igrzyskach w Londynie.

Lewandowski jest jeden. I właśnie to jest w barcelońskim sukcesie najbardziej niepokojące.