Lekkoatletyczne ME. Szymon Ziółkowski chce medalu

Szymon Ziółkowski walczy dziś o mistrzostwo Europy - jedyne ważne trofeum, którego jeszcze nie ma. - Bardzo, bardzo tego chcę - mówi jeden z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletów.
Sport.pl na Facebooku! Sprawdź nas »

34-letni Ziółkowski zdobył medale mistrzostw świata wszystkich kolorów, wywalczył tytuł mistrza olimpijskiego, ale mistrzostwa Europy do tego stopnia były dotąd dla niego nieudane, że we wtorek po raz pierwszy awansował do finału.

Mimo że granica awansu była niska, nie udało się jej pokonać kilku murowanym faworytom, przede wszystkim dwóm Białorusinom. Jednym z nich jest Paweł Krywicki, który wszystkie swoje rekordy życiowe bił wyłącznie na własnej ziemi, podobnie jak większość białoruskich lekkoatletów. A tam, za Bugiem - jak mówił mi jeden z polskich laborantów z komisji antydopingowej, która kontroluje sportowców między zawodami - "lepiej się nie pchać, bo i w mordę można dostać i w areszcie posiedzieć".

Jak to jest rywalizować z zawodnikami, w których kraju doping jest nagminny, więc i walka na rzutni nierówna?

Ziółkowski nieraz mówił o tym wściekły, ale i bezsilny. Mówił z wiedzą doświadczonego zawodnika, miał przecież nawet przez pewien czas białoruskiego trenera Piotra Zajcewa, z którym dość niespodziewanie się rozstał. - Wprawdzie Zajcew nigdy nie zaproponował mi niedozwolonego wspomagania, ale [...], jak zobaczyłem kolejną rozpiskę treningów, zapytałem: "czy ten plan da się wykonać bez koksu?". Zajcew nic nie odpowiedział, tylko głupio się uśmiechnął, i to był koniec współpracy - mówił Ziółkowski. We wtorek w Barcelonie o tym przypomniał.

Brzmiał bezsilnie dlatego, że w jego sporcie do ukarania za doping nie wystarczą nawet surowe przepisy. Ziółkowski jest zbulwersowany przypadkami Wadima Dewiatowskiego i Iwana Tichego, srebrnego i brązowego medalistów olimpijskich. Obaj zostali przyłapani na dopingu w Pekinie, obaj zostali natychmiast ukarani dyskwalifikacją, Dewiatowski za recydywę dożywotnio - poprzednio jego dwuletnia kara zaczęła się dwa dni po rozpoczęciu igrzysk w Sydney! - więc obaj nie mieli prawa wystąpić na igrzyskach już nigdy więcej. Obu zabrano medale olimpijskie, przyznając je Krisztianowi Parsowi i Koji Murofushi.

Ale Białorusini się odwołali i Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy uznał, że w Pekinie popełniono błędy proceduralne. - To jakieś chore przepisy! Całe wyniki antydopingowe można o kant d..y potłuc, bo została źle wpisana godzina badania. I to jest podstawą do tego, by ich uniewinnić?! - mówił oburzony Ziółkowski po kwalifikacjach w Barcelonie, choć w kole byli tylko i wyłącznie dobrzy koledzy dopingowiczów, a nie oni sami.

W Pekinie z niewyjaśnionych powodów zastopowano na chwilę automatyczny proces badania obydwu próbek metodą izotopową, a badanie próbki A i B wykonywał ten sam Chińczyk. To wystarczyło, żeby unieważnić wyrok. Prawnicy Trybunału stwierdzili, że ich decyzja nie oznacza niewinności młociarzy, ale mogą oni dalej rzucać w najlepsze.

- Jak nie zdobędę minimum, będę zdruzgotany, to znaczy, że coś jest nie tak - śmiał się we wtorek Ziółkowski, myśląc głównie o nieuczciwych rywalach.

Ale prawo hiszpańskie jest surowe, ściga doping równie mocno jak francuskie i włoskie. To tu policja i antynarkotykowy oddział Guardia Civil przeprowadziły Operacion Puerto, tropiąc aferę, w którą zamieszanych jest około 200 zawodowych sportowców. Badania znalezionych w gabinecie lekarza dopingowiczów Eufemiano Fuentesa próbek krwi przeprowadziło laboratorium antydopingowe w Barcelonie, rzut młotem od stadionu Montjuic, gdzie od wtorku rywalizują lekkoatleci.

Białorusin Paweł Krywicki, który miał w tym roku drugi wynik na świecie i dwa z trzech najlepszych - oczywiście obydwa rekordowe rzuty wykonane zostały w Brześciu i Grodnie - machnął w Barcelonie zaledwie 72,68, czyli o prawie osiem metrów mniej. Jurij Szajunow siedem metrów mniej niż w Brześciu.

Ziółkowski w pierwszej próbie pobił minimum kwalifikacyjne i odpuścił sobie pozostałe dwie rundy, mimo że dwa rzuty treningowe zakończyły się na siatce ustawionej z wyjątkowo wąskim wylotem rzutni. - Nogi wciąż poruszają się szybciej, góra zostaje z tyłu - narzekał weteran rzutów, mistrz olimpijski sprzed dziesięciu lat, mistrz świata sprzed dziewięciu. - W finale powinno być lepiej, bo wreszcie będę mógł się wyspać. Dziś musiałem wstać o jakiejś nieludzkiej porze, o 6.30. Kto może o tej godzinie dobrze rzucać? Koło oczyszczono, jest OK. Będę więc walczył o medal. Bardzo chciałbym go mieć.

Niemcy zespół w zespół

Trzej polscy czterystumetrowcy zakwalifikowali się do półfinału biegu indywidualnego. W sobotę i niedzielę odbędą się sztafety 4 x 400 metrów. Oprócz trzech Polaków - Kacpra Kozłowskiego, Marcina Marciniszyna i Piotra Klimczaka - do następnej rundy przeszli też trzej Belgowie, trzej Brytyjczycy i trzej Francuzi. W biegu indywidualnym nie wziął udziału żaden Niemiec, ale sztafeta została zgłoszona.

Skok życia

20-letnia Anna Jagaciak pobiła o 7 cm rekord życiowy w skoku w dal (6,67 m) i zakwalifikowała się do finału. Na wyniki drugiej sesji musiała czekać fenomenalna niegdyś szwedzka siedmioboistka Carolina Kluft, która poświęciła się wyłącznie skokowi w dal. Ostatecznie awansowała z ostatnim wynikiem, wygrywając z 13. Szwajcarką Irene Pusterlą jedynie lepszym drugim skokiem. Do finału nie weszła też znakomita skoczkini Tatiana Kotowa, wielokrotna medalistka mistrzostw świata, brązowa medalistka igrzysk w Atenach. Aby zdobyć medal, Polka znów musiałaby pobić rekord życiowy - kilka rywalek finalistek w tym roku skakało dalej, czyli Rosjanki Olga Kucherenko (7,13), Ludmiła Kołczanowa (7,01), Białorusinka Nastasja Mironczyk (6,84) i Portugalka Naide Gomes (6,80). Wszystkie Rosjanki plus nieobecne w Barcelonie Daria Kliszyna i Julia Pidłużnaja (obie lepsze od Jagaciak) oraz Białorusinka startowały niemal wyłącznie w Rosji i na Białorusi.

Jagaciak pobiła młodzieżowy rekord Polski Ireny Szewińskiej z 1968 roku. Może być wkrótce bardziej znana od siostry - supermodelki Moniki z okładek największych magazynów mody i twarzy największych projektantów.

Lekkoatletyczne ME. » Program drugiego dnia i szanse Polaków