Robert Maćkowiak nie pobiegł w finale 400 m

Robert Maćkowiak doznał kontuzji ścięgna Achillesa i nie wystartował w finale biegu na 400 m. Gdyby pobiegł i uzyskał taki sam czas jak w półfinale, miałby srebrny medal.
Trudno było wymarzyć sobie lepszą szansę na medal mistrzostw świata w biegu na 400 m niż ta, jaką miał w Edmonton Robert Maćkowiak. Piąty zawodnik igrzysk w Sydney był w życiowej formie. A z piątki medalistów MŚ w Sewilli biegał tylko Jamajczyk Gregory Haughton (trzeci na igrzyskach). No i przede wszystkim nie było pozostającego od lat poza konkurencją Michaela Johnsona.

Polak mógł zdobyć nawet złoty medal. Reprezentant Bahama Avard Moncur, który został mistrzem, pobiegł 400 m w 44,64 s. Było to zdecydowanie w zasięgu możliwości Maćkowiaka, który w półfinale uzyskał 44,84 s. Ale Maćkowiak nie wystartował.

Polak wyszedł na start. Nie rozgrzewał się. Stanął z kamienną twarzą przy swoim torze. Oczy zakrywały mu ciemne okulary. Potem przyjął pozycję "na miejsca" i po strzale startera zszedł z toru.

- Muszę chyba coś powiedzieć - rzekł 400-metrowiec, gdy znalazł się przy dziennikarzach. - Po biegu półfinałowym poczułem bardzo mocno boł ścięgna Achillesa. Od rana było dobrze. Przyjechałem na rozgrzewkę i wtedy okazało się, że nie mogę biegać. Stanąłem w blokach, żeby mnie dopuścili do sztafety. Jest do niej jeszcze parę dni i mam nadzieję, że zdążę się wyleczyć. Doszliśmy do wniosku z trenerem, że ważniejsza jest noga, zdrowie niż ukończenie za wszelką cenę biegu. Było za późno, żeby coś zrobić. Jedynym wyjściem było zgłosić się na start, wejść w bloki, ale nie pobiec.

Achilles na pewno nie jest zerwany - mówił zdruzgotany biegacz. - Podejrzewam, że to od obuwia, od kolców. Ale to są tylko domysły. Początek rozgrzewki, wszystko OK. Potem założyłem kolce i bach, nie mogę biegać. To nie są nowe buty, startuję w nich cały sezon. One były dobre, na prawdę nie wiem, co się stało.

- Nie chcę płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba żyć dalej, zdrowie jest ważniejsze. Ale była ogromna szansa tu wygrać. Czułem się o 30-40 procent lepiej niż wczoraj. Bo to się czuje na rozgrzewce. Mam nadzieję że uda mi się pobiec w sztafecie. Ale przede wszystkim trzeba zmienić buty - dodał Maćkowiak.

Trener Józef Lisowski nie miał takiego nastroju jak szkoleniowiec Moniki Pyrek. - Kondolencje przyjęte - powiedział, gdy się z nim przywitałem. Potem poprosił, żeby pomóc mu przekonywać po angielsku obsługę medyczną, by Maćkowiakowi zrobiono badania dopingowe. Był w tym nieprzejednany. Wykładał potrzebne na to 200 dolarów.

- Badanie jest potrzebne - upierał się Lisowski. - Taka się wytworzyła teraz atmosfera wokół lekkoatletyki. Więcej się teraz pisze o Krzywańskim i Rajmundzie Kółko. Jeśli we wrocławskiej gazecie ukazuje się artykuł o dopingu, a obok niego jest zdjęcie Roberta Maćkowiaka, a w centralnej prasie sportowej ukazuje się artykuł o dopingu Marka Richardsona ilustrowany zdjęciem Roberta, to wybaczcie. Robię to dla niego.

- Józek, jak ktoś zrobił raz coś tak głupiego to i tak napisze głupoty, chociaż będziesz miał wyniki badania - przekonywał szef wyszkolenia Jerzy Skucha. - Już to, że stanął na starcie uwalnia go z jakichkolwiek podejrzeń. Wylosowany przecież może być każdy, nawet ten, kto nie ukończył biegu.

Do badania jednak nie doszło. - Czy zawodnik pobił rekord kraju? - pytała pani z kontroli antydopingowej. - Nie? Nie ukończył nawet biegu? Niestety, nie możemy badać wszystkich, którzy sobie tego zażyczą - ucięła.

- Wolałbym, żeby zawalił bieg zdrowy niż był kontuzjowany - martwił się Jerzy Skucha, gdy podłamana grupa 400-metrowców poszła do sportowej wioski. - Tutaj nie mamy szans na wnikliwe badania. To jest znana w tym sporcie kontuzja. Robert ma stan zapalny ścięgna i będziemy starali się ze wszystkich sił wyleczyć to zapalenie. Nowe buty będzie miał już jutro.