Javier Sotomayor specjalnie dla Gazety

To nie mój problem, że zawodnicy nie skaczą już tak wysoko. Dzięki temu nadal jestem rekordzistą świata - mówi Javier Sotomayor, od kilkunastu lat najlepszy skoczek wzwyż świata
Mr. High Jump, Saltomayor albo po prostu Soto przeszło 300 razy pokonał poprzeczkę zawieszoną na wysokości 2,30 m, a 21 razy przefrunął nad 2,40. Gdy ustanawiał swój ostatni rekord świata (2,45 m), sędziowie, by zawiesić poprzeczkę na stojakach, musieli wchodzić na krzesła.

To dzięki skokowi wzwyż Sotoma- yor jest znanym i bogatym człowiekiem. Soto żyje komfortowo w swoim domu w Miramar, a na podwórku stoi rzecz niespotykana na Kubie: czerwony mercedes - nagroda IAAF za złoty medal mistrzostw świata w Stuttgarcie.

Ale i skok wzwyż ma Kubańczykowi wiele do zawdzięczenia. To on jest wizytówką tej konkurencji, to on w ostatnich latach napędzał koniunkturę.

Jego kariera jest niezwykła. Zaczął trenować w wieku 9 lat, w wieku lat 15 po raz pierwszy pokonał 2 m. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. W 1988 roku po raz pierwszy poprawił rekord świata (2,43 m). Rok później skoczył 2,44, a trzeci i ostatni rekord (2,45) ustanowił w 1993 roku w Salamance.

Był mistrzem olimpijskim, dwukrotnym mistrzem i wicemistrzem świata na otwartym stadionie. Ile razy wygrał w prestiżowych mityngach, nie pamięta pewnie on sam. Wielu chciało go pokonać, udało się nielicznym. Artur Partyka uczynił to zaledwie kilka razy i do dziś twierdzi, że gdy Soto był zdrowy, było to właściwie niemożliwe. Inni, jak Jugosłowianin Dragutin Topić i Norweg Steinar Hoen, próbowali wygrać z mistrzem w słownych pyskówkach. Topić pytany, kto pierwszy pokona wysokość 2,50 m, odpowiedział: Ja! Przez następne dwa sezony miał problemy z przeskoczeniem 2,20. Hoen w 1994 roku skoczył 2,35 i został mistrzem Europy. - To koniec ery Sotomayora! - zapowiedział buńczucznie i... już nigdy potem nie stanął na podium światowej imprezy.

Kariera Sotomayora ma też cienie. Na początku sierpnia 1999 roku światowe agencje podały, że podczas igrzysk panamerykańskich w kanadyjskim Winnipeg w organizmie Kubańczyka wykryto kokainę. Sotomayor został zdyskwalifikowany na dwa lata, potem karę skrócono mu do roku. To największy skandal dopingowy od czasów Bena Johnsona - grzmiały media.

- Sotomayor trwa i trwa, jest najlepszy od tylu lat - mówił wtedy Partyka, któremu Kubańczyk odebrał kilka złotych medali na największych imprezach. - Twierdzenie, że wszystkie sukcesy zawdzięcza kokainie, to absurd. On jest mistrzem od lat, jednostką wybitną.

Sam Sotomayor wszystkiemu zaprzeczył. - Jestem niewinny - tłumaczył na łamach kubańskiego dziennika "Granma". - Nie wiem w jaki sposób, ale doszło do gigantycznej manipulacji. Zawsze głośno powtarzałem, że jestem przeciwny dopingowi. Narkotyki widziałem tylko na filmach, o ich zażywaniu nie ma nawet mowy. Nie mógłbym tego zrobić przyjaciołom, kibicom, sportowym autorytetom, naszemu rządowi - przekonywał Soto, prywatnie przyjaciel wodza rewolucji Fidela Castro. Ale znam osobę, której mieszkańcy Hawany pokazywali miejsce, gdzie Sotomayor zajeżdża swoim samochodem i kupuje kokę.

Rafał Kazimierczak: Kto jest najlepszym skoczkiem świata?

Javier Sotomayor: Nie wiem. Jest wielu dobrych zawodników.

Ale to przecież Pana nazywa się Mr. High Jump i Saltomayor. To Pan zdominował na wiele lat skok wzwyż i ustanowił taki rekord świata, że od lat nikt nie może się do niego zbliżyć.

- No dobrze, tak naprawdę to uważam siebie za jednego z najlepszych skoczków świata w historii. To w końcu ja jestem rekordzistą świata i zdobyłem wiele medali.

Czy 2,45 m uważa Pan za szczyt swoich możliwości? Skoczkowie od dawna marzą o pokonaniu wysokości 2,50 m.

- Mój wynik to i tak bardzo dużo. Nigdy nie miałem obsesji 2,50 m, nie śniła mi się ta wysokość. Nie myślałem przed zawodami: Dzisiaj spróbuję zostać pierwszym człowiekiem, który skoczy tak wysoko. Najpierw bardzo chciałem być rekordzistą świata. Gdy mi się to udało, chciałem ten rekord jeszcze trochę wyśrubować, czyli skoczyć o jeden, dwa centymetry wyżej.

Ostatni rekord ustanowił Pan dawno, w 1993 roku. Dlaczego od kilku lat zawodnicy osiągają słabsze wyniki, do rekordu świata nawet się nie zbliżając?

- Nie wiem i, szczerze mówiąc, nie jest to mój problem. Tak już jest i specjalnie mnie to nie martwi. Dla mnie taka sytuacja jest dobra, bo dzięki temu rekord nadal należy do mnie.

Nie martwi Pana także to, że i Pan przestał skakać tak wysoko?

- Nie, bo ja i tak dużo zrobiłem. Od nikogo nie można wymagać, by wiecznie był na szczycie. Ale ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Na razie się rozkręcam. W Spale skoczyłem trochę mniej [podczas mityngu Opoczno 2001 Soto zaliczył 2,27 cm i zajął drugie miejsce - red.], niż oczekiwałem. Ostatnio mniej ćwiczyłem na siłowni, a tutaj skakałem ze skróconego rozbiegu. Nie mogłem się rozpędzić i wybić z pełną mocą. W dalszej części sezonu powinno być lepiej. Jeżeli nie będzie, to zakończę karierę.

Jakie znaczenie ma dla Pana to, że od lat jest Pan najlepszy na świecie?

- Czuję się z tym dobrze. A potęguje to jeszcze świadomość wyniku, którego od tylu lat nikt nie poprawił i nawet nie miał na to szans.

Na najwyższym poziomie skacze Pan już 17 lat. Kto przez ten czas był Pana największym rywalem?

- Wymienię dwa nazwiska: Sjoeberg i Partyka. Sjoeberg był największym przeciwnikiem, to jemu odebrałem rekord świata. Z Arturem walczyłem wiele razy o złote medale i zawsze było ciężko. On zawsze był niebezpieczny, musiałem na niego uważać.

A pamięta Pan innego polskiego skoczka, Jacka Wszołę?

- No jasne. Z Jackiem skakałem przez kilka lat, aż do zakończenia przez niego kariery. To były lata 1984-89. Nie, nie, zaraz... 1988. On odchodził, a ja dopiero rozpoczynałem skakanie na najwyższym poziomie, dopiero wspinałem się na szczyt. Ale zdążyliśmy razem rywalizować, z czego do dzisiaj jestem bardzo zadowolony.

Półtora roku temu, podczas igrzysk panamerykańskich w Winnipeg, wykryto w Pana organizmie kokainę. Co dziś ma Pan do powiedzenia na temat tej afery?

- Komitet Arbitrażowy IAAF, który skrócił mi karę, nie pisnął nawet słowa o błędach, które miały miejsce podczas badań w Winnipeg. Moja próbka nie była odpowiednio przechowywana. Nie była też na tyle chroniona, by nie mogło dojść do jakichś manipulacji. Wszyscy milczą o nadużyciach, które mogły mieć miejsce. To wszystko, co mam do powiedzenia na ten temat.

Po dyskwalifikacji nie myślał Pan o zakończeniu kariery?

- Psychicznie czułem się źle, ale nie miałem niechęci do sportu. Wtedy nie było mowy o zakończeniu kariery. Za to teraz zastanawiam się, czy nie zrobić tego po tym sezonie. Wszystko zależy od wyników, no i od zdrowia.

Na igrzyskach w Barcelonie zdobył Pan złoto, w Atlancie przegrał z kontuzją, z Sydney przywiózł srebro. Jest Pan zadowolony z tego ostatniego medalu?

- Chciałem wygrać i po ośmiu latach ponownie zostać mistrzem olimpijskim. Nie udało się, ale nie robię z tego tragedii. Miniony rok był dla mnie bardzo trudny. Wracałem po dyskwalifikacji, skakałem w niewielu konkursach i do końca nie wiedziałem, na co mnie stać. Na dodatek w Sydney była bardzo zła pogoda, która skoczkom bardzo przeszkadzała [podczas decydujących o złotym medalu skoków padał deszcz - red.]. Czy olimpijskie srebro wywalczone w takich warunkach to porażka? Dla mnie to wielki sukces.

Co Pan będzie robił, gdy przestanie skakać?

- Jeszcze nie wiem. Ale na pewno nie będę siedział w domu albo spacerował po Hawanie. Chciałbym pozostać w sporcie, być blisko tego, co robiłem przez całe życie.

A co Pana interesuje poza skakaniem?

- Ja jestem fanem sportu. Gdy go nie uprawiam, to lubię patrzeć na innych zawodników, chociażby w telewizji. Co jeszcze lubię? Na pewno kubańską muzykę, bo jest świetna. I spotkania z przyjaciółmi, na które teraz nie mam za bardzo czasu. W Hawanie jest świetna atmosfera do towarzyskich spotkań.

DLA GAZETY - ARTUR PARTYKA, WICEMISTRZ OLIMPIJSKI Z ATLANTY, REKORDZISTA POLSKI:

Pierwszy raz spotkałem się z Sotomayorem w 1986 r. na mistrzostwach świata juniorów w Atenach. On skoczył 2,25 m i zdobył złoto, ja nie zakwalifikowałem się do finału. Już tam miałem wrażenie, że dzieli nas przepaść, że jego poziom jest jeszcze dla mnie bardzo odległy. On w zasadzie już był na topie, a ja mogłem sobie o tym pomarzyć. W tym samym roku Sotomayor pokonał 2,36 m, co było wtedy juniorskim rekordem świata.

Nie boję się nazwać go fenomenem. Zabierał mi złote medale, bo po prostu był lepszy. W całej karierze wygrałem z nim chyba mniej niż dziesięć razy, z czego może dwa, gdy nic mu nie dolegało.

Skok wzwyż zawdzięcza mu bardzo wiele. Dzięki niemu byliśmy zapraszani na największe mityngi, zarabialiśmy duże pieniądze. Gdy Sotomayor przestał wysoko skakać, wszystko się skończyło. Byłem zaskoczony, gdy wpadł na zażywaniu kokainy. Może po prostu pozwolił sobie na chwilę słabości?



JACEK WSZOŁA - MISTRZ OLIMPIJSKI Z MONTREALU:

Sotomayor pojawił się na światowych skoczniach w połowie lat 80. Wtedy zaczęto puszczać go z Kuby w świat. Zdaje się, że nigdy go nie pokonałem. Dlaczego? Bo już wtedy był dobry. Cechowała go szybkość i siła, za to nigdy nie grzeszył techniką.

Nie wiem, czy w pełni wykorzystał swój talent, czy 2,45 m to był szczyt jego możliwości. Za 20 lat pewnie będzie opowiadał wnukom, że mógł skoczyć wyżej. Ważne, że w odpowiednim momencie, kiedy był zdrowy i doskonale przygotowany, potrafił bić rekordy.



Javier Sotomayor

ur. 13.10.1967 w Limonar

wzrost: 193 cm

rekordzista świata w hali (2,43 m) i na stadionie (2,45 m)

igrzyska olimpijskie: Barcelona 1992 - 1. miejsce, Atlanta 1996 - 11., Sydney 3000 - 2.

mistrzostwa świata: Rzym 1987 - 9 miejsce, Tokio 1991 - 2., Stuttgart 1993 - 1., Goeteborg 1995 - 2., Ateny 1997 - 1.

halowe mistrzostwa świata: 1985 - 2. miejsce, 1987 - 4., 1989 - 1., '91 - 3., 1993 - 1., 1995 - 1., 1999 - 1.

11-krotny mistrz Kuby