Rozmowa z Józefem Lisowskim, trenerem Teamu 400

Teraz każde inne miejsce niż pierwsze będzie uznawane za porażkę. A dla mnie najważniejsze jest to, by chłopcy zawsze walczyli, wtedy ciężko będzie z nimi wygrywać - mówi Józef Lisowski, trener halowych mistrzów świata w sztafecie 4x400 m
Na HMŚ w Lizbonie polska sztafeta: Piotr Rysiukiewicz, Piotr Haczek, Jacek Bocian, Robert Maćkowiak, zdobyła złoty medal, uzyskując najlepszy czas w tym sezonie na świecie (3.04,47). Dokonali przy tym rzeczy niebywałej, pokonując na ostatnich metrach Amerykanów. Lisowski pracuje z czterystumetrowcami od siedmiu lat. Przygotowywał ich do startu na ubiegłorocznych igrzyskach w Sydney. Niestety, w olimpijskim finale Maćkowiak przewrócił się, i o medalu trzeba było zapomnieć. Tam Lisowski płakał z rozpaczy, w Lizbonie ze szczęścia.

Rafał Kazimierczak: Wierzył Pan, że Polacy są w stanie zdobyć złoty medal?

Józef Lisowski: To trudne pytanie, bo nie wypada mi powiedzieć, że nie. Trochę jestem zaskoczony, ale dzięki temu radość jest większa. Prawda jest jednak taka, że zawsze w nich wierzyłem, między sobą zawsze mówiliśmy o złotych medalach. Na taki sukces byli przygotowani od dawna. I stało się.

Przed wylotem do Lizbony mówił Pan, że zawodnikom potrzeba rok, dwa spokoju, by wrócili do wielkiego biegania. Tymczasem oni już pół roku po Sydney dostali się na sam szczyt.

- Chłopcy byli świetnie przygotowani do igrzysk. Teraz wystarczyło tylko podtrzymać tę formę - to było nasze główne zadanie. Ograniczyliśmy ilość zagranicznych zgrupowań, co wcale nie oznacza, że się obijaliśmy. Przeciwnie, wykonaliśmy dużą pracę, trenując w kraju.

A jak tak szybko zdołali zapomnieć o wypadku w Sydney?

- O tamtych wydarzeniach wolałbym nie rozmawiać. Powiem tylko, że jeżeli chcieli dalej biegać, to musieli o tym zapomnieć. W tym sezonie przygotowania różniły się od tych z lat poprzednich tym, że chłopcy wiecej czasu spędzili z rodzinami. A na obozy pozwoliłem im przyjeżdżać z żonami, dziećmi, a nawet spóźniać się, jeżeli któryś miał do załatwienia sprawy związane z nauką. Widać, że odpoczynek od dawnego reżimu wyszedł im na dobre.

Co Pan czuł, gdy na ostatnich metrach Robert Maćkowiak mijał Amerykanina? Nie popłakał się Pan?

- Nie, nie, to znaczy chyba nie. Sam nie wiem. Na pewno się wzruszyłem. W każdym razie zawału nie dostałem. Emocje były ogromne, ale jakoś to wytrzymałem.

Po Sydney pojawiły się głosy, że to już koniec Teamu 400. Udowodniliście, że jest inaczej. Co ten sukces oznacza dla naszej sztafety?

- Teraz każde inne miejsce niż pierwsze pewnie będzie uznawane za porażkę. Ja nie będę tak na to patrzył. Dla mnie ważne jest, by chłopcy zawsze walczyli tak jak w Lizbonie. Walcząc w takim stylu, nie można przegrywać.