Haile Gebrselassie specjalnie dla Gazety

Rodacy w Addis Abebie mówili: Haile, jeśli masz nie wygrać w Sydney, to lepiej tam nie jedź, tylko zostań w domu i niańcz dzieci. Etiopczykom pęknie serce, kiedy zobaczą, że Gebrselassie przegrywa bieg - opowiada legenda biegów długich.
Jeszcze 300, 200, 100 metrów przed metą poniedziałkowego biegu na 10 km wydawało się, że Etiopczyk przegra, że górę weźmie kontuzja ścięgien Achillesa, która zepsuła mu cały sezon. Do przodu wyrwał długonogi Kenijczyk Paul Tergat, stawiając majestatyczne kroki. Przerażony Gebrselassie ruszył za nim, ale wydawało się, że nie da rady. Z wytrzeszczonymi oczami i wyszczerzonymi zębami niewysoki Etiopczyk odrabiał jednak stratę. Wyprzedził rywala dwa metry przed metą, wygrał o dziewięć setnych sekundy. Wpadł prosto w etiopską flagę, ale robiąc rundę dookoła stadionu, niemal płakał z bólu przy każdym kroku. Ciemna, zmęczona, pomarszczona twarz wyglądała tak, jakby jej właściciel nie miał 27 lat, ale dwa razy więcej.

A jednak Gebrselassie wygrał ten bieg, jak i wszystkie poprzednie w ostatnich siedmiu latach. Niepokonany od 1993 roku, 15-krotny rekordzista świata wyrównał rekord dwóch innych legend - Czecha Emila Zatopka i Fina Lasse Virena, którzy także obronili złote medale na kolejnych igrzyskach. Nawet zakochani w Michaelu Johnsonie i Maurice Greene amerykańscy dziennikarze z NBC przyznali, że zasłużył na miano atlety wszech czasów.

Konferencja medalistów w biegu na 10 tys. metrów rozpoczęła się dobrze po pierwszej w nocy i wzięło w niej udział zaledwie kilku dziennikarzy. Ich pytania szybko się skończyły. Mogliśmy podejść do uradowanego mistrza, uścisnąć mu rękę i porozmawiać, bo dla niego ten wieczór dopiero się zaczynał.

Michał Pol, Radosław Leniarski: Bardzo długo wahał się Pan, czy w ogóle wystartować w Sydney...

Haile Gebrselassie: Ja już nawet podjąłem decyzję, żeby nie startować. Czułem się słaby. Ten sezon był dla mnie bardzo, bardzo trudny i bardzo zły. Bałem się, że ścięgna nie dadzą mi pobiec na takim poziomie, o jakim marzyłem. Że jednak pobiegnę, postanowiłem dopiero dzień przed ceremonią otwarcia igrzysk. Dziś wygrałem i jestem bardzo szczęśliwy. Słowa nie oddadzą tego jak bardzo.

Czy podczas biegu myślał Pan, że nie da rady doścignąć Kenijczyka Paula Tergata, że już wszystko przepadło?

- Prawie przegrałem ten bieg. Mało brakowało. Tak zagrożony już dawno nie byłem, może na krótkich dystansach. Paul bardzo mnie zaskoczył, że tak szybko zaczął finisz, dużo wcześniej niż ja. Byłem zszokowany, ale wierzyłem, że go dogonię. Tergat to wspaniały zawodnik. Wielki, wielki rywal. Gdyby za dzisiejsze zwycięstwo dali mi dwa złote medale, jeden oddałbym jemu. Ale dostałem tylko jeden [Kenijczyk, wicemistrz z Atlanty, wicemistrz świata, przez całą karierę drugi za Gobrselassie, ogłosił, że to był jego ostatni wyścig i przechodzi do maratonu - przyp. red.].

Musiał Pan czuć na sobie ogromną presję...

- Czułem. Po tych wszystkich sukcesach Haile Gebrselassie mógł zdobyć tutaj tylko złoty medal. Kiedy trenowałem w Addis Abebie, różni ludzie, przyjaciele i zupełnie nieznajomi podchodzili do mnie i mówili: Haile, my znamy twoje problemy. Jeśli masz nie wygrać w Sydney, to ty lepiej tam nie jedź. Zostań w domu i niańcz dzieci. Masz przecież kogo niańczyć. Etiopczykom pęknie serce, kiedy zobaczą, że Haile Gebrselassie przegrywa bieg.

Jak bardzo w ukończeniu wyścigu i zdobyciu medalu pomogły Panu te specjalne buty, które projektował Pan razem z producentem?

- One sprawiły, że nie czułem bólu. Przynajmniej nie był to taki ból jak wcześniej. Adidas tak zaprojektował buty, żeby były nieco bardziej miękkie z tyłu i żeby odciążyły Achillesy. Ale ten złoty medal to nie tylko zasługa butów, ale wielu czynników, wielu ludzi, którzy mi pomagali, wspierali. Każdy gest, każde dobre słowo, każde życzenie pomyślności złożyły się na ten sukces.

Pomogła podobno także woda święcona...

- To prawda. Co dzień podczas treningów na górze Entoto, zbiegając do domu, zachodziłem do kościoła pod wezwaniem Matki Bożej, modliłem się i piłem święconą wodę. Ktoś kiedyś doradził mi, żebym polał wodą kontuzjowane nogi. I ja tak zrobiłem.

Słyszeliśmy też historię, że będąc jakiś czas temu w Sydney, odczyniał Pan czary, żeby tu wygrać podczas igrzysk olimpijskich.

- Żadne czary, tylko odrobina mistyki. Byłem w Sydney w marcu 1999 roku i po występie na Stadionie Olimpijskim napisałem na ścianie: Haile Gebrselassie wróci tu i wygrał. Nie pamiętam gdzie. Przed którymś z wejść, ale którym? Żebym to ja wiedział. Możecie pójść poszukać, ale pewnie już dawno zamalowali napis.

Czy ten złoty medal także zawiśnie w kościele jak ów, który wywalczył Pan w Atlancie?

- Tak, bo nie ma dla niego lepszego miejsca.

Proszę opowiedzieć, jak wyglądają Pańskie treningi w górach Entoto?

- Nie jestem na tyle dobrym mówcą, żeby dobrze opisać Entoto, ich piękno, siłę, jaką mi dają. Moje treningi wynikają z tej siły, tej energii, którą z nich czerpię, a są to chyba najcięższe i najbardziej wyczerpujące treningi na świecie. Najlepiej, gdyby panowie sami przyjechali i zobaczyli. Moglibyście nawet poćwiczyć ze mną. Nie wiem tylko, czy wytrzymalibyście dłużej niż dziesięć minut.

W przeciwieństwie do innych gwiazd lekkoatletyki, bogatych dzięki Golden League, nie przeniósł się Pan do Monaco, Londynu czy Szwajcarii.

- Dlaczego? Nie wiem, jakiego wiersza użyć, jaką modlitwę przytoczyć, żeby opisać piękno mojego kraju, moją miłość do niego i przywiązanie. Etiopia to moje miejsce na ziemi. Nigdy o niej nie zapominam, choćbym był na drugim końcu świata jak teraz. Biegam dla Etiopii i mieszkam w Etiopii.

Uważa się Pan za ambasadora Afryki w świecie?

- To wielkie słowa. Ja jestem po prostu afrykańskim sportowcem, który podróżuje po świecie i opowiada o swojej ojczyźnie. Nie wiem, czy w ten sposób robię dla Afryki dużo, czy mało. Ale na pewno nie odwracam się do niej plecami.

Wielu piłkarzy z Afryki po zakończeniu kariery wraca do kraju, zakłada szkółki piłkarskie dla młodych chłopców. Myśli Pan o czymś podobnym po zakończeniu własnej kariery?

- Nie czekałem z tym do końca kariery. Razem z moim menedżerem i sponsorem, czyli firmą Adidas, już stworzyliśmy program pomocy młodym, utalentowanym lekkoatletom, na razie startującym w biegach długodystansowych.

Przed igrzyskami w Atlancie zapowiedział Pan, że w razie wygranej poślubi Pan swoją narzeczoną. Jakie przyrzeczenie złożył Pan tym razem?

- Wtedy dotrzymałem słowa. Dziś mam wspaniałą rodzinę - żonę i dwie córeczki. Razem będziemy się cieszyć z tego medalu. Teraz niczego nie obiecywałem. Gdybym przed każdym ważnym startem obiecywał po zwycięstwie zmienić coś w moim życiu tak radykalnie, żyłbym w nieustannym zamieszaniu.

Jak długo zamierza Pan jeszcze startować i być niepokonanym?

- Nie umiem w tej chwili odpowiedzieć. To zależy od tego, w jakiej będę formie. Chciałbym jeszcze trochę pobiegać na 10 tys. metrów. Ale tylko pod warunkiem, że nadal będę wygrywać. Jeśli z powodu kontuzji miałbym teraz zacząć przegrywać na bieżni, to wolę już biegać po drodze - w maratonie. Dziś jeszcze nie wiem, co zrobię i kiedy.

Prawdziwy patriota

Długo nie było wiadomo, czy Gebrselassie w ogóle w Sydney wystąpi. Podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata w Sewilli zdobył wprawdzie czwarty kolejny tytuł, ale minął metę z olbrzymim bólem na twarzy. Zaczęły się problemy ze ścięgnami Achillesa, z powodu których na kilka długich miesięcy musiał zrezygnować z treningów i sezonu halowego. Z pomocą pośpieszyła firma Adidas - uszyła dla niego na miarę buty tak skonstruowane, by nie obciążać kontuzjowanych ścięgien.

Jest prawdziwym patriotą. W przeciwieństwie do innych bogatych, wielokrotnych zwycięzców lekkoatletycznych zawodów Golden League nie przeniósł się do Monaco. Nadal mieszka w Addis Abebie, buduje domy, a ostatnio otworzył szkółkę lekkoatletyczną dla dzieci.

Jak opowiadał w wyprodukowanym przez wytwórnię Walta Disneya filmie "Endurance", w którym zagrał siebie samego, jego wielka siła i talent do biegania wzięły się stąd, że jako mały chłopiec biegał codziennie na bosaka 10 kilometrów w jedną stronę ze swej lepianki do szkoły w Arssi. Ma dziesięcioro rodzeństwa. Starszy brat Takeye, który niedawno przyjął obywatelstwo holenderskie, startuje w maratonie. Młodszy Belay z obiecującymi rezultatami zaczął startować na 10 tys. metrów. Haile także rozważa porzucenie startów na 5 tys. i 10 tys. metrów i poświęcenie się maratonowi.

- Jeśli tak zrobi, to drżyjcie maratończycy. W ciągu ostatnich siedmiu lat ten facet zapomniał, że na podium są jakieś inne miejsca niż pierwsze - napisał "American Track & Field.



Haile Gebrselassie

164 cm wzrostu

53 kg wagi

2 złote medale olimpijskie

7 tytułów mistrza świata

15 rekordów świata