Lekkoatletyka. Polacy wyrzuceni z ośrodka w USA za alkohol. Tomasz Majewski: to rozdmuchana afera

Siedmioro polskich lekkoatletów i pięciu trenerów wyrzucono z ośrodka treningowego w Chula Vista po znalezieniu w ich pokojach butelek po alkoholu - poinformował "Przegląd Sportowy". - Zapewniam, że wszyscy dalej w tym ośrodku trenują, jedzą, normalnie zasuwają jak wtedy, kiedy na jego terenie mieszkali - mówi w rozmowie ze Sport.pl Tomasz Majewski, wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. - Tu nie ma niesamowitej historii, tu tylko ktoś znalazł butelki po piwie. To rozdmuchana afera - przekonuje dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą




W pokojach Polaków butelki po alkoholu znalazły sprzątaczki. W ośrodku obowiązuje zakaz picia napojów z procentami, dlatego mieszkać w nim nie mogą już: Konrad Bukowiecki, Piotr Lisek, Kamila Lićwinko, Joanna Fiodorow, Sylwester Bednarek, Wojciech Nowicki i Andrzej Regin. Regulaminu nie złamali tylko Anita Włodarczyk i jej trener.

Łukasz Jachimiak: Polscy lekkoatleci zostali wyrzuceni z ośrodka treningowego w Chula Vista za picie alkoholu. To afera czy incydent?

Tomasz Majewski: Jaka afera? Jak będziecie wszyscy pisać to samo, to będzie afera. Rozdmuchana.

Dzwonię do Pana z nadzieją, że dowiem się, co się naprawdę stało.

- Sprawa dotyczy dorosłych ludzi, ich trzeba pytać, co się dokładnie stało. Ja wiem tyle, że regulamin ośrodka został złamany. Ten regulamin jest taki, a nie inny, dlatego nasi zawodnicy ośrodek opuścili. Ale poza tym obóz przebiega tak, jak miał przebiegać. Wszyscy normalnie trenują, poza zmianą miejsca zamieszkania nasi sportowcy dalej w tym ośrodku pracują, jedzą, zasuwają jak wtedy, kiedy na terenie ośrodka mieszkali.

Regulamin jest naprawdę aż tak restrykcyjny, że nie można wypić piwa?

- Tam jest bardzo trudno o miejsce. Byłem na obozach w tym miejscu trzy razy, a w ośrodku mieszkałem tylko raz, przez tydzień. To jest ośrodek amerykański, przyjmują tam głównie Amerykanów. To że teraz udało nam się te miejsca znaleźć, to jest cud. A że naszym zawodnikom skrócono pobyt? No cóż, mieszkają w hotelu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Wyszło jak wyszło.

Polski Związek Lekkiej Atletyki będzie się kontaktował z szefami ośrodka i próbował załagodzić sytuację?

- Ale co tu łagodzić? Przecież nic się nie dzieje, nasi sportowcy dalej normalnie tam trenują.

Korzystają z bieżni, rzutni, z całej infrastruktury, ale nie trzeba spróbować wyjaśnić sprawy, by w przyszłości być tam mile widzianym?

- Nie sądzę, tam naprawdę nic wielkiego się nie stało. Może w przyszłości się uda, że Polacy będą tam mieszkali, a może nie. Miejsc zawsze tam brakuje. Przekonałem się o tym, bo byłem tam w sumie trzy miesiące, a w ośrodku mieszkałem przez tydzień, bo tylko wtedy było wolne miejsce. Nieważne jaką się jest gwiazdą, ile się ma osiągnięć, oni te miejsca trzymają dla siebie, mają ścisły regulamin, pilnują go i jest jak jest.

Pan wiedząc jak surowy jest regulamin pewnie go przestrzegał?

- Przestrzegałem, nie przestrzegałem, to jest moja sprawa (śmiech). Liczy się co ja tam robiłem. A robiłem tam dobrą robotę. I to samo robi teraz nasza reprezentacja. Oni tam cały czas ciężko trenują i mam nadzieję, że będą tego efekty. To nie są dzieci, to dorośli ludzie.

Czyli nikt w PZLA na kolano Bukowieckiego czy Liska nie weźmie?

- Na pewno nie. Nie przesadzajmy, sportowców rozlicza się z wyników, a nie z tego, co robią w wolnym czasie. Zwłaszcza że tu nie ma niesamowitej historii, tu tylko ktoś znalazł butelki po piwie.

Medalu w taksówce tym razem na pewno nikt nie zgubił?

- Na pewno nie. Dla mnie to rozdmuchana afera. Nie wiem po co. Zapewniam, że wszyscy w Kalifornii trenują. Gdyby to było zaniedbywane, to oczywiście trzeba by było ich z tego rozliczyć. A co człowiek robi po pracy, to - przepraszam bardzo - jest jego prywatna sprawa. Jeśli to nie zaburza planu treningowego, to ja tu afery nie widzę. Bądźmy poważni.