Lekkoatletyka. Tomasz Majewski: staliśmy się europejską potęgą. Ale patrzymy w przód, tak w sporcie trzeba

- Jesteśmy najlepiej zorganizowanym polskim związkiem sportowym, jeśli chodzi o sporty indywidualne - mówi Tomasz Majewski, który po wielkich sukcesach zawodniczych został wiceprezesem PZLA. Dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą w szczegółach opowiada o planie na igrzyska w Tokio w 2020 roku. Majewski jest przekonany, że dyscyplina pójdzie za ciosem po ostatnich sukcesach - wygraniu klasyfikacji medalowych na ME w Amsterdamie w lipcu ubiegłego roku i halowych ME w Belgradzie w miniony weekend




Łukasz Jachimiak: mamy Wunderteam 2, czy porównywanie dzisiejszej reprezentacji do tej legendarnej to jednak nadużycie?

Tomasz Majewski, dwukrotny mistrz olimpijski, wicemistrz świata i mistrz Europy w pchnięciu kulą, obecnie wiceprezes PZLA: Mamy po każdych mistrzostwach, które nam wyjdą (śmiech). Ja też mówiłem, że mamy nowy Wunderteam - po Berlinie [na MŚ w 2009 roku Polska zdobyła osiem krążków i była piąta w klasyfikacji medalowej], a wtedy to było przecież bardziej uzasadnione. No i później bywało różnie. Teraz mamy świetny zespół i myślę, że tak będzie dalej. Zresztą, już od jakiegoś czasu mamy się czym chwalić, bo Belgrad to nie pierwsza impreza, która nam tak dobrze wyszła. Co prawda dopiero drugi raz wygraliśmy klasyfikację medalową, ale poważnie liczymy się dłużej. Staliśmy się europejską potęgą. To fakt. Ale czy mamy nowy Wunderteam? Tamten superzespół trwał przez lata, tak nazwano całe pokolenie. Może wymyślmy coś nowego.

Wspomniał Pan, że klasyfikację medalową wygraliśmy po raz drugi w ostatnich latach. Ten pierwszy raz był w lipcu ubiegłego roku na ME w Amsterdamie, gdzie też zdobyliśmy 12 medali. Wie Pan, ilu polskich zawodników w sumie stanęło na podium wtedy na stadionie i teraz w hali?

- Ze sztafetami to będzie pewnie około 30 osób.

Prawie - dokładnie 26. Dużo, prawda?

- Tylko się z tego cieszyć. W Belgradzie trochę o tym myślałem i wyszło mi, że już w prawie każdej konkurencji mamy jakiegoś medalistę. Większość z naszej kadry już ma jakiś medal, a wiem, jak bardzo ważne to jest dla sportowca. Dobrze jest. Ale my patrzymy w przód. Tak w sporcie trzeba. Za rozpamiętywanie kolejnych medali nie będzie. Trzeba planować następne imprezy, starać się, żeby zawsze kilka medali było.

Jest dobrze, a wiecie dlaczego jest? Mam świadomość, PZLA pracuje, by upowszechnić dyscyplinę, ale przecież program "Lekkoatletyka dla każdego" efektów nie mógł przynieść już po trzech latach, skoro jest skierowany do uczniów "podstawówek" i gimnazjów.

- Jasne, że nie, przecież to dzieci. Ten program ma nam przynieść plony za 30 lat.

Dopiero?

- Tak, bo wierzymy, że dzieci, które przewijają się przez ten program, jako rodzice za x lat chętnie poślą na treningi swoje dzieci. Działamy tak, żeby nasz sport był w przyszłości bardziej popularny i chętniej wybierany niż teraz.

To plan na przyszłość, a jaki plan działa, owocując takimi wynikami, jak w Belgradzie?

- Za sukcesami stoją dobra organizacja i skuteczna praca. Jesteśmy najlepiej zorganizowanym polskim związkiem sportowym, jeśli chodzi o sporty indywidualne. Mamy dobrych trenerów, mamy napływ talentów. Część ludzi odchodzi, ale od razu przychodzą nowi, ciągle pojawiają się nowe talenty. I trafiają na dobrych trenerów. Tak można pracować. Poza tym działa prawo serii - idzie nam dobrze, to dalej idzie nam dobrze.

Dysponujecie liczbami, które pokazują, ilu zawodników polska lekkoatletyka miała np. w czasach, kiedy Pan był juniorem, a ilu ma teraz?

- Ta liczba nam spadła i dopiero w ostatnich trzech latach dane pokazywały, że zaczęła wzrastać. Pomaga nam fakt, że mamy więcej stadionów i drugą halę, która już nam robi robotę. A chcemy, żeby przynajmniej jedna hala była w każdym województwie. Przy naszym klimacie musi tak być, żeby normalnie trenować. Widzimy, jak to potrzebne, patrząc już na tę jedną halę. Dzięki niej bardzo nam się podniósł poziom w sezonie zimowym.

Mówi Pan o Toruniu?

- Tak, bardzo dobrze się tam pracuje. Poza tym mamy już dwa naprawdę świetne mityngi, bo Toruń dołączył do Łodzi. To nam też pomaga. Chcemy iść za ciosem, korzystać z dobrego czasu, znajdować jeszcze więcej talentów i zdobywać jeszcze więcej medali. Do tego potrzeba dalszych inwestycji w infrastrukturę

Jak jest z lekkoatletycznymi Orlikami? Są, działają?

- Jest coraz lepiej, powstają różne obiekty lekkoatletyczne. Najlepiej jest na Dolnym Śląsku. Tam zbudowano w sumie 47 różnego rodzaju stadionów czy małych bieżni. Ale są jeszcze rejony, gdzie takich miejsc brakuje. To jest często związane ze słabością klubów. Właśnie ona jest naszym głównym problemem. Naprawdę mocno nasza lekkoatletyka by ruszyła, gdybyśmy mieli mocne kluby. Niestety, większość jest bardzo biedna, bo miasta wolą dać pieniądze na trzecioligową piłkę niż na jedynego olimpijczyka, jaki u nich mieszka i trenuje.

Roczny budżet PZLA wynosi 30 mln złotych?

- Tak, tyle będzie z pieniędzmi, jakie dostajemy na nasze wszystkie programy.

Słyszał Pan, że niedawno grający na zapleczu ekstraklasy Górnik Zabrze dostał od miasta 32 mln złotych?

- I co my mamy na to poradzić? Wiadomo, że z grami zespołowymi nie wygramy, jeśli chodzi o popularność. Ale to pokazuje skalę problemu, jaki ma nasz cały sport. Od lat narzekamy, że na letnich igrzyskach mamy tylko po 10 medali, czy 11, jak teraz. Niestety, te medale kosztują ogromnie dużo. W każdym kraju tak jest. Z zazdrością patrzymy na to, jak Brytyjczycy mają wszystko zorganizowane i powtarzamy, że trzeba się wzorować na systemie brytyjskim. Tylko że Brytyjczycy na jedną dyscyplinę - kolarstwo - wydają tyle, co my na cały sport. Niestety, pieniądze przekładają się na medale. Tak, gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, to mielibyśmy więcej medali.

Myślicie już o igrzyskach w Tokio i planujecie medale na 2020 rok?

- Oczywiście, że myślimy. W sporcie trzeba planować takie rzeczy. Nasz związek ma już zarezerwowane miejsce, w którym bezpośrednio przed igrzyskami będziemy się przygotowywać, kadry są już wymyślone. Patrzymy, kto może dotrwać, jak się mogą rozwinąć młodzi, kto może pokazać potencjał medalowy. Działamy mocno, nawet myślimy już o kolejnych igrzyskach. Za rok będziemy mieli zarys kadry na 2024 rok, będzie się myślało, kto za sześć lat może się liczyć. Tak szeroko i daleko trzeba patrzeć. Jako bardzo stara dyscyplina mamy dużo wzorów i znamy wiele prawidłowości, mamy doświadczonych szkoleniowców, wiemy jak działać. Trzeba myśleć o przyszłości i pracować, a nie liczyć na farta, że ktoś nam eksploduje talentem i się uda.

To po kim spodziewacie się medali na igrzyskach w 2020 roku?

- Mamy nadzieję, że dotrwają nasze gwiazdy, czyli Anita Włodarczyk i Piotrek Małachowski. Naszą największą nadzieją ciągle jest Paweł Fajdek. Bardzo liczymy też na Wojtka Nowickiego. Obaj będą w świetnym wieku dla miotaczy, a nie zapowiada się, żeby nagle w młocie wrócił superpoziom.

Na szczęście się nie zapowiada, bo walka z dopingiem wygląda lepiej niż przez lata.

- Dokładnie. A powiedzmy sobie szczerze - poza wynikami Pawła poziom jest słabiutki. Kto jeszcze na Tokio? Młodsze pokolenie pokazuje, że i w nim są gwiazdy.

Z medalistów z Belgradu najmocniej wyglądają chyba Konrad Bukowiecki i Piotr Lisek?

- Oczywiście. Konrad to będzie mocny i za trzy lata, i za siedem, i - jak Bóg da i wszystko będzie dobrze - to może i za 11. Chociaż on pewnie aż takiej perspektywy jeszcze nie widzi. Na pewno w szczycie swoich możliwości będzie dopiero za siedem lat.

Ale i za 11 lat stary nie będzie, bo 31 lat to chyba dobry wiek dla kulomiota?

- Tak, ciągle świetny. Najlepszy trwa od 27. do 31. roku życia. Wtedy zawodnik osiąga największą równowagę między siłą a techniką.

To co, może przebije Pana i zostanie trzykrotnym mistrzem olimpijskim?

- Ja mu tego naprawdę życzę, proszę bardzo (śmiech).

Doszedł już do siebie po odebraniu Panu rekordu Polski? Pchnięcie na 21,97 m go ewidentnie zszokowało, było chyba najlepszym wynikiem ze wszystkich, jakie osiągnęli w Belgradzie Polacy?

- Tak, to najlepszy rezultat. Konrad się takiego zupełnie nie spodziewał. Liczył na 21 z haczykiem, do 21,50. Pchnięcie prawie 22 metrów było dla niego szokiem. Wyszło mu idealnie siłowo i technicznie, kula poleciała jak szalona. Wszyscy się strasznie ucieszyliśmy. W ogóle w Belgradzie mieliśmy świetną atmosferę, bo jako cała ekipa zawojowaliśmy tę halę. Mieliśmy taką skuteczność jak nikt.

Poza Bukowieckim i Liskiem liczycie pewnie, że jeszcze mocniejsi mogą być Adam Kszczot i Joanna Jóźwik? Czy w biegach na 800 m jest za duża konkurencja, by oczekiwać olimpijskich medali?

- Kto wie. Ich talenty ciągle się jeszcze rozwijają, a oboje już byli blisko. Aśka będzie miała trudniej, bo ma takie rywalki, a nie inne. Ale i ona nie stoi w miejscu. Dopiero co poprawiła rekord Polski w hali, oby wkrótce udało jej się to samo zrobić na stadionie. I wtedy z takim bieganiem będzie mogła walczyć latem o medale na MŚ w Londynie. Jest sporo osób, które w ciągle trzech lat jeszcze mogą się naprawdę mocno rozwinąć. Wyskakują nam wielkie talenty, jak ta młoda płotkarka Klaudia Siciarz, która z niczego pobiła rekord świata juniorek na 60 m. Konkurencja w sprintach jest niesamowita, ale może ona będzie najlepsza i w seniorkach? Może nawiąże do naszych pięknych tradycji? Generalnie mamy naprawdę dobrych tyczkarzy i średniodystansowców, rzuty dalej wiodą, wszystko się dobrze rozwija. To jest nasz czas. I wiemy, jak pracować, żeby trwał.