Lekkoatletyka. Tomasz Majewski - mistrz, działacz, ale nie polityk

5 września pchnął kulą po raz ostatni. W piątek weźmie udział w wyborach do Warszawsko-Mazowieckiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki (WMOZLA). Chce zostać prezesem.
Rozmowa Z Tomaszem Majewskim, mistrzem olimpijskim

Tadeusz Kądziela: Skąd ten pomysł?

Tomasz Majewski: Dawno podjąłem decyzję, że będę działaczem. To, żeby zacząć od startu tutaj na Mazowszu i do zarządu PZLA, wyklarowało się w ostatnim roku. Pierwsze wybory będą w piątek, potem w listopadzie i zobaczymy.

Karierę planował pan dokładnie. A pierwszą kadencję działacza?

- Jeśli mnie wybiorą, będę się uczył tego zawodu, bo bycie wyczynowym sportowcem to jest jedna sprawa, a działanie w strukturach lokalnych i krajowych to coś zupełnie innego. Będę pracował, żeby naszą dyscyplinę na Mazowszu, na trudnym terenie, rozwijać.

Czemu to trudny teren? Czego najbardziej brakuje?

- Pieniędzy, niestety. Jesteśmy dość biednym związkiem, nie mamy szczęścia do władz i w Warszawie, i na Mazowszu. Największe województwo, ale związki w innych są dużo lepiej zorganizowane.

Załóżmy, że przyjdzie pana bogaty fan i powie: "Daję 20 milionów złotych...".

- To abstrakcyjna kwota nawet na skalę Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, a co dopiero na skalę MZLA! Tu się mówi raczej o tysiącach...

Jakie są najpilniejsze potrzeby?

- Trzeba pomagać klubom, ale przede wszystkim organizować zawody. Lekkoatleci z Mazowsza jeżdżą wszędzie, ale nie po najbliższych miastach, bo tam imprez nie ma. A to dzięki startom dzieciaki i zawodnicy się rozwijają. Gdyby było więcej pieniędzy, to związek terenowy mógłby tworzyć kadrę Mazowsza i wiele rzeczy robić lepiej.

Warszawa nie ma stadionu lekkoatletycznego, na którym można zorganizować mistrzostwa Polski. Obiekt Skry jest zniszczony. Ile potrzeba na odbudowę?

- Przede wszystkim miasto musi wyrazić chęć, to miejski teren. Byli ludzie, którzy chcieli odbudować Skrę, ale przez lata ani prywatne starania, ani obietnice polityków, nawet tych z najwyższego szczebla, nic nie dały. Jeśli nie będzie woli w mieście, to sprawa Skry nie drgnie.

Pan ma kontakty?

- Nie, zresztą układy miejskie cały czas się zmieniały. Za mojej kadencji też tam się może wszystko wywrócić do góry nogami. Mocniejsze nazwiska niż moje próbowały coś działać. Trzeba cierpliwie czekać, aż sytuacja się szczęśliwie dla nas ułoży i będzie dobry czas w Warszawie dla sportu i lekkoatletyki. Wtedy może w końcu coś się z tą nieszczęsną Skrą uda zrobić.

Mistrzyni olimpijska Anita Włodarczyk rozważała zmianę Skry na inny klub. Gdyby temat wrócił, starałby się pan ją przekonać do pozostania?

- Każdy dba o własny interes. Kariera trwa, ile trwa. Trzeba podążać za pieniędzmi. Anita mieszka w Warszawie od ośmiu lat i jest z nią związana, więc namawiałbym ją do pozostania. Ale pieniądze dla zawodników też są potrzebne. Aby próbować ich ściągać, trzeba mieć kartę przetargową. Niestety, warunkami niektóre województwa biją nas na głowę.

Związek jest warszawsko-mazowiecki, a to trochę dwa różne światy. Ma pan wspólną wizję?

- W Warszawie jest parę klubów, ale z prawdziwego zdarzenia właściwie tylko jeden - AZS AWF. Ma własny stadion i bardzo mocny zespół. Trenuje u siebie, a reszta stolicy - na AWF-ie. Pod tym względem część klubów z Mazowsza ma lepiej, bo trenują na własnych obiektach, a niektóre mają całkiem niezłe wsparcie miast. Ogólnie bolączki wszystkich klubów w województwie są podobne do warszawskich, czyli brak środków i problemy z naborem. W Warszawie jest to trochę trudniejsze, bo to duże miasto i trudniej dzieciaki namówić.

Czuje pan stres przedwyborczy? Da się to porównać do zawodów?

- Nie. Stres jest, bo to też rywalizacja, ale zupełnie inny niż w sporcie. Tam miałem wpływ na więcej rzeczy. Tu jest czysty plebiscyt i tyle.

Polityka pana nie kręci? Marcin Gortat widzi się jako prezydent kraju.

- Polityka nie kręci mnie w ogóle. Chcę się zajmować tym, co kocham, czyli lekkoatletyką.