Lekkoatletyka. Początek medalowych żniw

Tylko cud może odebrać Anicie Włodarczyk trzecie z kolei złoto mistrzostw Europy w Amsterdamie. Szans na medale w Holandii w piątek będzie więcej.
O dominacji Włodarczyk najlepiej mówią liczby. Po raz ostatni przegrała w połowie czerwca 2014 roku w Ostrawie. Jest niepokonana już od 25 startów - siedem wygrała w 2014 roku, 11 w 2015 i siedem w 2016. Rekord świata przesunęła w tym czasie w sumie z wyniku 79,42 aż na 81,08 m. Każdy z jej siedmiu wyników z tego sezonu jest lepszy od najlepszego rezultatu najlepszej z rywalek - Gwen Berry. Wynik 76,31 m - nowy rekord USA - zostanie jednak unieważniony, bo Amerykanka została zawieszona na trzy miesiące z powodu stosowania niedozwolonego leku na astmę.

W środowych kwalifikacjach w Amsterdamie Włodarczyk w pierwszej próbie popełniła błąd techniczny i uzyskała tylko 65,79 m. - Sama już nie pamiętam, kiedy w konkursie rzuciłam tak blisko. Ale musi być jakaś dramaturgia. Dwa lata temu w Zurychu w eliminacjach miałam dwa spalone rzuty, dopiero w trzeciej próbie się udało - przypomniała. Teraz było spokojniej, bo udało się już w drugim rzucie - 73,94, o ponad dwa metry lepszym od drugiej w eliminacjach Niemki Betty Heidler.

Po raz pierwszy w historii w finale młota ME wystąpią trzy Polki, bo zakwalifikowały się też Joanna Fiodorow (69,35) i Malwina Kopron (69,23), odpowiednio ósma i dziewiąta zawodniczka kwalifikacji. Fiodorow schodziła ze stadionu zapłakana, bo dowiedziała się o śmierci ojca. - Muszę przetrwać ten dzień, choć nie ukrywam, że jest ciężko. Liczę na to, że pozbieram się i w finale powalczę - mówiła zawodniczka, która przed dwoma laty w Zurychu wywalczyła brąz.

O medale powalczą też trzej tyczkarze. W eliminacjach najlepiej spisał się ten najmniej utytułowany - Robert Sobera - który bez zrzutek zaliczył 5,35 i 5,50 m. Paweł Wojciechowski i Piotr Lisek z tą drugą wysokością sobie nie poradzili i do końca drżeli o awans. Ostatecznie zajęli 12. miejsce ex aequo z dwoma innymi tyczkarzami i w finale wystąpi 16 zawodników.

- Dziwne to były eliminacje. Jeśli na wysokości 5,35 były emocje, to słabo to wyglądało. Nie wiem, co u mnie dziś nie zagrało - mówił Wojciechowski.

W finale może być jednak zupełnie inaczej. Tyczkarz z Bydgoszczy w 2011 roku w Daegu też szczęśliwie wszedł do finału z ostatniego miejsca, a potem wywalczył sensacyjny złoty medal MŚ. Dwa lata temu na ME przegrał tylko z Francuzem Renaudem Lavilleniem.

Z medalistów z Zurychu w piątek w finale pobiegnie też Krystian Zalewski na 3000 m z przeszkodami, deklarujący życiową formę i walkę o medale z Francuzami: Yoannem Kowalem i Mahiedine'em Mekhissim-Benabbadem. W jego konkurencji, w przeciwieństwie do tyczki lub młota, kandydatów do medalu w Rio będzie znacznie więcej niż w Holandii.

Polski Związek Lekkiej Atletyki wysłał do Amsterdamu szeroką, 73-osobową reprezentację. W pierwszych dwóch dniach pozytywnych niespodzianek było znacznie więcej niż rozczarowań. Czwartkowe eliminacje trójskoku nieoczekiwanie wygrał Karol Hoffmann, skacząc 16,93 m. Syn mistrza świata Zdzisława Hoffmana przyjechał do Amsterdamu, choć w tym sezonie nie udało mu się uzyskać minimum (zabrakło mu 8 cm do wyniku 16,75). Wynik uzyskany w piątek jest lepszy niż minimum na igrzyska, ale nie będzie się liczył, gdyż został uzyskany przy zbyt mocnym wietrze (+3,1 m/s, dopuszczalna norma to do +2 m/s).

Transmisja w Eurosporcie 1 (od 17.50) i w TVP Sport (od 18.10).

Piątkowe finały z udziałem Polaków: 18.10 rzut młotem kobiet (J. Fiodorow, M. Kopron, A. Włodarczyk), 18.40 skok o tyczce mężczyzn (P. Lisek, R. Sobera, P. Wojciechowski), 19.50 400 m mężczyzn (R. Omelko), 20.25 400 m kobiet (M. Hołub, J. Święty), 20.35 200 m mężczyzn (ew. Karol Zalewski), 21.25 3000 m z przeszkodami mężczyzn (Krystian Zalewski), 100 m kobiet (ew. M. Popowicz-Drapała)



Pięknie skacze i pięknie wygląda. Poznajcie Marie-Laurence Jungfleisch