Lekkoatletyka. Robert Sobera: Stać mnie na skoczenie 5,90

- Można uwolnić głowę, bo to nie jest ta impreza gdzie trzeba dać z siebie wszystko. Wtedy można się odblokować psychicznie i jest szansa na sukces - mówi w rozmowie ze Sport.pl Robert Sobera. W nocy z czwartku na piątek powalczy o medal na halowych mistrzostwach świata w Portland.
Sobera od kilku lat należy do szerokiej światowej czołówki w skoku o tyczce, ale wciąż nie ma żadnego medalu z międzynarodowej imprezy. Ma też pecha do tyczek, w 2015 roku aż dwie pękły w czasie skoku.

W tym sezonie wygrał halowe mistrzostwa Polski wynikiem 5,77 i w nocy z czwartku na piątek będzie wraz z Piotrem Liskiem reprezentował Polskę na halowych MŚ w Portland.

Tadeusz Kądziela: Czy tym razem przygotowania do sezonu przebiegły bez zakłóceń?

Robert Sobera: Tak, wyjątkowo przebiegły tak jak trzeba. Jestem bardzo zadowolony, pomijając jakieś drobne problemy zdrowotne, które miewa każdy sportowiec. Jeżeli ta praca przełoży się na wyniki to ten sezon halowy może być jeszcze lepszy niż poprzedni.

Jako jedyny z trzech polskich tyczkarzy wróciłeś z mistrzostw świata w Pekinie bez medalu. Czy to się jakoś odbiło na funduszach na przygotowania?

- Nie, nie jakoś drastycznie, o finanse nie muszę się martwić. Mój występ w Pekinie nie wpłynął negatywnie na przygotowania do igrzysk.

Gdzie trenowałeś zimą?

- Byłem na zgrupowaniu w RPA, poza tym w Zakopanem i w Spale. Można powiedzieć, że już tradycyjnie, jak co roku, ale to daje dobre rezultaty.

Czy w roku olimpijskim jest miejsce na jakiekolwiek zmiany?

- U mnie zmiany w technice są ciągłe. Cały czas szukam, różnie skaczę w różnych częściach sezonu. W zeszłym roku po wypadku z tyczką miałem problem z nadgarstkiem i to znów wpłynęło na technikę.

Przygotowania motoryczne są za to tradycyjne, ale w tym roku wyszły całe, a nie tak jak zawsze, że coś trzeba było odejmować, czasem nawet niemało.

Dużo imprez w tym roku, HMŚ, ME... Nie chciałeś czegoś odpuścić?

- Wszędzie będę startował, bo uważam, że każde doświadczenie na takiej dużej imprezie jest bardzo cenne i pomaga w przygotowaniu do igrzysk. Oczywiście, nie będziemy robić całego cyklu przygotowawczego do tych imprez, ale nawet jeśli będzie to start z marszu to jest to fajne doświadczenie i szansa na sukces. Można uwolnić głowę, bo to nie jest ta impreza gdzie trzeba dać z siebie wszystko. Wtedy można się odblokować psychicznie i jest szansa na sukces.

Odblokować psychicznie?

- Jest trochę tak, że jak przychodzą zawody to moja wiara w siebie trochę spada. Myślę, że wszyscy dobrze skaczą, a ja nie jestem taki pewien, czy dam radę skoczyć tak wysoko. Teoretycznie wiem, że dam radę, ale pojawia się taki brak wiary w siebie.

Niektórzy skaczą wysoko na treningu, a np. Paweł Wojciechowski mówi, że jak skoczy 5,50 na treningu to w zawodach będzie 5,80. Jak jest u pana?

- U mnie jest podobnie. Na treningu skaczę zupełnie inaczej, na dużo miększych tyczkach. Najwyższy mój skok na treningu to było 5,60 więc dużo niżej niż na zawodach. Zazwyczaj jeśli na treningu jest dobrze to na zawodach będzie jeszcze lepiej. Czasami dochodzi adrenalina, szybsze bieganie, szybsze skoki i coś nie wychodzi. Przy czym chodzi tu zwykle o pierwsze starty w sezonie, które są lekkim szokiem. Potem jest ok.

Jakie cele masz na ten sezon? Mierzone wysokościami, miejscami?

- Omawiałem to nawet z psychologiem. Stawiam sobie cele zadaniowe, żeby skoki były dobre, powtarzalne, a jeśli będę to robić to wynik pójdzie w górę. Ale nie wiem w jakie granice, bo nigdy jeszcze nie zrobiłem wszystkiego tak jak umiem. Jakby wyszło to mogę liczyć na 5,90, a to już otwiera szanse na czołowe miejsca na każdych zawodach. Generalnie ma wyjść to, co miało wyjść wcześniej, a czego nie udało się zrealizować.

Skok o tyczce zrobił się ciekawy i wyrównany.

- Jest dużo ciekawiej. Nie jest tak, ze przychodzi Renaud Lavillenie i nie ma z kim rywalizować, zostaje sam w konkurise. Choć jest bardzo utytułowany i osiągnął właściwie wszystko oprócz mistrzostwa świata na otwartym stadionie, to naciskają go inni i on wtedy traci swobodę i luz. Jest do pokonania. Każdy ma jakieś słabości, nawet najwięksi mistrzowie.

Otaczają nas dzieci [rozmawialiśmy przed mityngiem Pedros Cup]. Jakie były twoje początki?

- Podobne. Już na zawodach szkolnych skakałem wzwyż, nie myślałem jeszcze o skoku o tyczce ani o profesjonalnym uprawianiu sportu. Zawsze lubiłem się ruszać, lubiłem sport. Fajnie, że są zawody dla dzieci na takiej hali, bo ja nie miałem okazji w rywalizować w takich warunkach. To jest dla nich duże wydarzenie i może przełoży się na to że w przyszłości będą robić dobre wyniki w lekkiej atletyce.

To skąd skok o tyczce?

Namówił mnie trener, bo byłem po akrobatyce, stwierdził, że ta konkurencja będzie mi najlepiej pasowała. Byłem wysoki i w miarę szybki. "Dobra ty idziesz na tyczkę". Nie chciałem, ale szybko się przekonałem.

Oto najpiękniejszetyczkarki na świecie! [ZDJĘCIA]