Lekkoatletyka. HMŚ Portland 2016 - mistrzostwa małego blasku

Dla lekkoatletyki naturalnym otoczeniem jest zieleń, przestrzeń i stadion, i ta nieskomplikowana prawda nasuwa się zawsze przy oglądaniu listy zgłoszeń do halowych mistrzostw świata. A zwłaszcza w roku olimpijskim.
Zawody zaczynają się w czwartek w amerykańskim Portland. Praktycznie żadna federacja na świecie nie zażądała startu od zawodników narodowej czołówki, szykujących się do najważniejszej imprezy czterolatki, czyli do sierpniowych igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Wśród nich jest również polski związek, jako jeden ze 148 wystawiających drużynę. Do USA pojechało 17 reprezentantów.

Oprócz wielkiego kulomiota Tomasza Majewskiego, który bardzo chciał jechać, ale wciąż nie uporał się z błędami technicznymi na rzutni, ze startu zrezygnowała za pozwoleniem federacji niemal cała polska czołówka. Jakby ktoś nożem czubek uciął. Wrażenie jest rzecz jasna szczególnie dojmujące, wziąwszy pod uwagę, że ze startów w hali z oczywistych względów są i tak wykluczeni polscy mocarze: młociarze, młociarka oraz dyskobole, znaczy pięcioro z ośmiorga medalistów z Pekinu.

Lista nieobecnych w Portland jest długa. Są to biegacze Adam Kszczot i Marcin Lewandowski, tyczkarz Paweł Wojciechowski, płotkarz Artur Noga, sprinterka Ewa Swoboda, biegaczki Joanna Jóźwik, Sofia Ennaoui, kulomiotka Paulina Guba. Z tego polskiego czubka ostała się skoczkini wzwyż Kamila Lićwinko, broniąca złotego medalu z mistrzostw w Sopocie dwa lata temu - w tym roku skoczyła już 197 cm, to czwarty wynik na świecie - oraz tyczkarze Piotr Lisek i Robert Sobera, niewiele ustępujący Wojciechowskiemu.

O 36 medali możliwych do zdobycia wśród mężczyzn w Portland będzie walczyć tylko dziewięciu medalistów stadionowych mistrzostw świata w Pekinie. W tym zaledwie dwóch zwycięzców - amerykański wieloboista, rekordzista świata w siedmioboju Ashton Eaton, i sensacyjny triumfator konkursu skoku o tyczce Kanadyjczyk Shawn Barber. Wśród kobiet w Portland będzie co prawda więcej medalistek z Pekinu - 12 - ale tylko jedna mistrzyni świata, Jamajka Danielle Williams na 60 m ppł.

Już te dane pozwalają zastanawiać się, czy zawody w Portland wciąż zasługują na rangę mistrzostw świata. A przecież zdyskwalifikowana jest jeszcze reprezentacja Rosji, oskarżana o tuszowanie dopingu za łapówki i o wprowadzenie w kraju elementów państwowego systemu dopingowego. Rosja dwa lata temu na HMŚ w Sopocie zajęła drugie miejsce w klasyfikacji medalowej. O ile nieobecność klasowej drużyny zawsze jest niekorzystna dla imprezy, z perspektywy zawodnika może to wyglądać inaczej - zwłaszcza dla Lićwinko, której głównymi rywalkami do miejsca na podium były zwykle Rosjanki. Lub dla sztafety kobiet 4 x 400 m, w której to konkurencji odbędzie się od razu finał. Polki ścigać się będą z USA, Jamajką, Nigerią, Rumunią i Ukrainą. Ponieważ aż cztery dziewczyny z sześciu poprawiły ostatnio rekordy życiowe, ponieważ Nigeryjki zawsze lepiej biegają na otwartej przestrzeni, a Ukraina i Rumunia jest w zasięgu Polek, w zasięgu biało-czerwonych jest też trzecie miejsce. Byłby to pierwszy medal dla kobiecej sztafety w HMŚ, i zasadniczo zdarzyłoby się to dzięki temu, że Francja i Wielka Brytania nie wystawiły swoich drużyn.

IAAF nie traktuje mistrzostw świata w hali tak jak na stadionie, co - biorąc pod uwagę wszystkie powyższe zdania - jest zrozumiałe. Budżet halowy na nagrody jest mniejszy niż stadionowy: 7 mln dol. w Pekinie, 2,5 mln w Portland. Różnica bierze się z mniejszej liczby konkurencji, ale i mniejszych nagród za wyniki - w Pekinie 60 tys. dol. za zwycięstwo, w Portland 40. Za całe podium IAAF zapłaciła w Pekinie 110 tys., w Portland zapłaci 70. Za rekord świata w Pekinie zwycięzca dostał 100 tys. dol., w Portland dostanie 50.

Gdyby ktoś chciał z powodu braku frekwencji i mniejszych pieniędzy na nagrody deprecjonować indywidualne osiągnięcia medalistów lub finalistów, skrzywdziłby lekkoatletów - startują w mistrzostwach najlepsi z tych, którzy chcą startować i dają z siebie wszystko. Znaczy robią to, co mogą.

Mało tego - Portland to wymarzone zawody do otrzaskania się ze stresem na przykład dla młodziutkiego kulomiota Konrada Bukowieckiego, który jako debiutant na mistrzostwach w Pekinie spalił trzy próby i odpadł z konkursu, zupełnie tak, jak aktualny mistrz świata Paweł Fajdek w swoim debiucie olimpijskim w Londynie. Start w Portland da Bukowieckiemu większą pewność w jego olimpijskim debiucie w Rio de Janeiro.

Jest też taki argument: lekkoatleci to nie niedźwiedzie i nie mogą zapadać w długi sen zimowy. Lekkoatletyka nie może telewizjom i kibicom na świecie dać o sobie zapomnieć przez kilka miesięcy zimy. To były idee stojące za zorganizowaniem pierwszych mistrzostw świata w hali w 1985 roku, na wzór o wiele starszych halowych mistrzostw Europy. A swoje zrobiła pewnie również nieujarzmiona chęć działaczy do zamieszkania przynajmniej przez kilka dni w pięciogwiazdkowych hotelach, bywania na rautach i w blasku reflektorów.

Naked Slalom Skirace - szalony zjazd w Austrii! [ZDJĘCIA]