Pekin 2015. Robert Urbanek: Wygrałem sam ze sobą, to coś niesamowitego

- Po pierwszym rzucie zaczęły się wątpliwości, po drugim wręcz czarne myśli. Jestem dumny sam z siebie, że udało mi się wyrwać ten medal, sam sobie zaimponowałem - mówił w Pekinie Robert Urbanek, trzeci dyskobol świata.
Konkurs skończył się dla Polaków najlepiej jak mógł, Piotr Małachowski zdobył złoto, a Urbanek brąz. O ile jednak ten pierwszy medal przeczuwaliśmy od drugiej kolejki, to o drugi drżeliśmy do końca.

- Wydzierałem ten medal i walczyłem o niego do samego końca. Udało się, jestem bardzo zmęczony. To coś niesamowitego, spełnienie marzeń, bo gdzieś po cichu o tym myślałem. Nie mogę tego opisać słowami - zaczął Urbanek i właściwie powiedział już wszystko. Ale jednak prześledźmy konkurs jego oczyma.

- Fajnie to wyglądało w rzutach próbnych, więc zacząłem pewny siebie. Pierwsza próba nie wyszła i nie wiadomo. co zrobić, zaczynają się wątpliwości. "Co się stanie, jak się nie uda?". Po dwóch rzutach miałem już czarne myśli. Byłem megazawiedziony, myślałem: "Kończę te zawody, jadę do domu i wstyd. Nie udało się, zawiodłem wszystkich". Ale uspokoiłem się, wyłączyłem, przemyślałem wszystko. Zaliczyłem lepszy trzeci rzut, dalej już poszło. Wygrałem dziś sam ze sobą - opisywał pierwszą połowę zawodów.

Faktycznie, zaczął od 60,47, następnie poprawił się, ale tylko na 61,58, i w trzeciej próbie musiał się poprawić, by wejść do czołowej ósemki, która oddawała kolejne trzy rzuty. Udało się, 64,14 wystarczyło, by wyprzedzić trzech rywali i awansować na siódme miejsce. Z radości Urbanek podszedł do Małachowskiego i uderzył go głową w plecy.

- Powinienem zacząć rzutem na 65 metrów i wtedy się wspinać, a nie odwrotnie. Cios głową? Zadziałała psychika, udało się wejść do wąskiego finału. Po trzecim rzucie nerwy odeszły, rozluźniłem się, zaczęło się wszystko od nowa. To dla mnie tyle znaczyło, że nawet jakbym tego medalu nie zdobył, tobym się cieszył, że udało mi się wejść do ósemki po takiej sytuacji. Piotrek też mi mówił, żebym się rozluźnił, rzucał spokojnie. Wcześniej czułem presję, bo każdy na mnie liczył po ostatnich występach w Diamentowej Lidze. Potem udało się wyrwać ten medal rzut po rzucie, sprostałem wymaganiom.

W czwartej kolejce Urbanek poprawił się na 64,62, a w piątym wskoczył na trzecie miejsce po rzucie na 65,18. Wyprzedził doświadczonego i utytułowanego Estończyka Gerda Kantera. Dyskobole rzucali w odwrotnej kolejności do miejsc zajmowanych po trzech kolejkach, więc musiał potem czekać, czy nikt mu medalu nie odbierze.

- Oddałem średni rzut trzeci, potem trochę lepszy, potem już w miarę dobry, ale to nie było to, co chciałem pokazać. Miałem rzucać w granicach 66 metrów, ale zawiedziony nie jestem. Cieszyłem i czekałem, żeby Gerd Kanter albo ktoś inny mnie nie przerzucił. Ostatnia kolejka była stresująca. Było tu kilku chłopaków gotowych, by rzucać daleko, w tym ja. Wyszło jak wyszło, Piotrek jest pierwszy raz mistrzem świata, czyli dobrze dla Polski i dla mnie.

Po konkursie Urbanek przyznał się, że był chory.

- Nie chciałem o tym mówić wcześniej, ale po eliminacjach dosyć poważnie się przeziębiłem. Nie było tragedii, ale leżałem dwa dni w łóżku, każdą chwilę wykorzystywałem na odpoczynek. Brałem aspirynę i witaminę C, bo nie mogłem się wspomagać mocniejszymi lekami, nie chciałem osłabnąć. Jestem zakatarzony, kaszlę. Ale udało się. To mój drugi medal po srebrze mistrzostw Europy, przede mną igrzyska olimpijskie, zaraz bierzemy się do roboty i trenujemy dalej, a za rok znowu nerwy i emocje, z którymi trzeba będzie sobie poradzić.

Urbanek sezonu jeszcze nie kończy. - Dużo lotów mnie czeka, nie będzie czasu na trening, zobaczymy, jak mi się będzie rzucać z takiego luzu. Czasem to wychodzi, po takiej dużej imprezie. Mam nadzieję, że mnie ta choroba nie rozłoży.

Podpytywaliśmy też medalistę, jak się znajduje ubrania dla dwumetrowego barczystego mężczyzny ważącego 124 kg.

- Jest z tym megaproblem, zwłaszcza jeżeli chodzi o spodnie i bluzy. Wchodzę do sklepu, pytam o XXXL i wszystko jest za małe. Tu w 4F [sponsor techniczny kadry] mamy 4XL, więc jest OK, choć niektóre rzeczy są opięte. Problem mam zwłaszcza, jeżeli chodzi o rzeczy do chodzenia, nawet Nike nie ma czasem dużych rozmiarów. Samochód? Mam passata CC i się mieszczę. To tym ważniejsze, że nieraz się walnąłem głową we framugę, kilka razy w roku mi się to zdarza, często w tramwajach. Ale dobrze jest być dużym człowiekiem. Jak się zdobywa medale na MŚ, to chyba dobrze?



Jak Jóźwik trenowała na Krecie [ZOBACZ]