Lekkoatletyka. Zakon czystej krwi

- Chłopaki wypruwają z siebie flaki, padają na kolana podczas treningów, doprowadzają organizm do ekstremum. I potem widzą, że jakiś oszust zabiera im medal. Lekkoatletyka musi z tym skończyć, bo inaczej sama się skończy
Radosław Leniarski: Harujecie podczas przygotowań w Zakopanem, a tu w lekkoatletyce burza...

Tomasz Lewandowski, brat i trener Marcina, jednego z najlepszych 800-metrowców na świecie: Mieliśmy ciężki trening, który robimy tylko dwa razy w roku, z Adamem Kszczotem i dwoma innymi mocnymi zawodnikami. Ja ich prowadziłem na rowerze.

Oczywiście jesteśmy na bieżąco z tym, co się dzieje w naszym sporcie. Spodziewałem się, że pewnego dnia może wyjść na jaw wielki skandal dopingowy, bo będąc w środku, na wielu zawodach, przez wiele lat, można nabrać podejrzeń. Jeśli zawodnik biega wolno, wolno, a na Diamentowej Lidze nagle przybiega 20 metrów przed wszystkimi i po dwóch tygodniach ten sam biegacz przegrywa z kelnerami, to o czymś świadczy.

Nie mówisz o Bośniaku Amelu Tuce, najszybszym w tym sezonie?

- To całkowicie nowy przypadek. Podejrzewam, że on jeszcze nie był badany, bo biegał dotąd na dużo niższym poziomie. Nawet w tym roku ścigał się z Karolem Koniecznym z czasem około 1,47 min, czyli na świecie w okolicach setnego wyniku. Takich biegaczy jest mnóstwo i ich się nie bada szczegółowo. Ale po zwycięstwie w Diamentowej Lidze w Monako już tak. W jaki sposób nagle poprawił się aż o cztery sekundy, nie dowiemy się pewnie nigdy.

Może być tak, że nowy chłopak dochodzi od zera do światowego poziomu, używając niedozwolonych metod, a potem je odkłada na bok. Według badań fizjologów pozytywne skutki dopingu zostają nawet po długim czasie. Ba, one dają efekt nawet w przypadku zdyskwalifikowanych. To znaczy, zawodnik, który się dopingował i został ukarany, wraca na bieżnię po dwóch latach, od razu będąc na wyższym poziomie, niż gdyby nigdy nic nie brał. Wśród zawodników panuje nawet opinia, że dzięki dyskwalifikacji można zniknąć z radarów, robić, co się chce, i wrócić mocniejszym.

Owszem, nawet ci zdyskwalifikowani są badani, ale to raczej fikcja, bo znajdują się poza systemem ADAMS, który lokalizuje zawodników.

W twoim głosie wyczuwam frustrację, choć uchodzisz za spokojnego człowieka.

- Widzę, jak moje chłopaki wypruwają flaki, tak jak dzisiaj na tym ciężkim treningu. Padają na kolana, doprowadzają organizm do takiego stanu, że mają mroki przed oczami. Nie mają czasu na rodzinę, na przyjaciół spoza sportu, ale idą na to, co jest ich pasją i celem.

I na koniec jakiś oszust, którego wcześniej nie było na bieżni widać, cieszy się z medalu, ze zwycięstwa, a oni patrzą i nie rozumieją, jak to możliwe. Jest to kpina z ludzi uczciwych. Jak ktoś obrobi bank, to nie tylko wsadzają go do więzienia, ale już nie wejdzie do tego banku nigdy, a kto wie, czy do jakiegokolwiek. A w sporcie pozwala się na korzystanie z owoców przestępstwa i na to, aby oszust znów nas oszukiwał, czyli łaskawie zezwala się na powrót po dyskwalifikacji.

Twój młodszy brat Marcin Lewandowski był dwukrotnie czwarty na mistrzostwach świata.

- Nie mogę rzucić oskarżeń bezpodstawnie, ale rzeczywiście wątpliwości mam.

W świetle nowych faktów 30 proc. medali w konkurencjach wytrzymałościowych, w tym na 800 m, zdobyto na dopingu, a najwięcej takich przypadków jest w Rosji. Dyskobolka Jewgienija Pieczorina mówi o 99 proc. rosyjskich lekkoatletów na dopingu. Więc sięgam pamięcią wstecz - na mistrzostwach w Daegu w 2011 roku Marcin przegrał medal z Borzakowskim.

My się z Jurkiem lubimy. Nie oskarżam go. Został szefem szkolenia w Rosji i twierdzi, że będzie wycinał dopingowiczów. Lance Armstrong też twierdził, że doping jest mu wstrętny. Jurija zawsze trudno było znaleźć na treningach w ośrodkach w Europie. Raz w roku, zimą, przyjeżdżał biegać do Monte Gordo. Potem gdzieś się zaszywał. Nie sądzę, aby WADA [Światowa Agencja Antydopingowa] go szukała, jeśli już, to raczej tylko rosyjska agencja. Mógł do niego przyjechać pan z Moskwy, odbębnić formalność i tyle. Fikcja. Tak to jest - kiedy byliśmy w Kenii, przyjechali do mistrza olimpijskiego z Pekinu Wilfreda Bungeia ludzie z WADA i zbadali przy okazji Marcina, bo przecież na wioskach w głębokim buszu nie ma adresów, numerów. Po prostu skorzystali z okazji, bo gdyby nie to, w ogóle by go nie szukali.

Jurij startował w dwóch, trzech, maksymalnie czterech zawodach w roku - kiedy czuł, że jest gotowy. Teraz mógłbym powiedzieć, że wtedy, gdy był czysty. Tak to funkcjonowało.

Jared Tallent zdobył dwa srebrne medale olimpijskie w chodzie na 50 km, za każdym razem - w Pekinie i Londynie - przegrywał z dopingowiczami. Co się okazywało później. Teraz wpadł w taką depresję, że nawet nie podaje nikomu ręki za metą.

- Ja też łapię się na spoglądaniu po zawodnikach i ocenianiu, czy ten jest na dopingu, czy nie. Ale to, co przeczytałem teraz, podważyło sens naszej pracy, zaangażowania, sens sportu. Nie widzę wyjścia, muszę wierzyć, że agencje będą sprawdzać rzetelnie, że nie będzie łapówek.

Ale z drugiej strony musi się jakieś wyjście znaleźć, bo na krawędzi stanęła nasza dyscyplina. Na pewno musi być więcej pieniędzy na program antydopingowy, bo IAAF dysponuje 2 mln dolarów na cały rok, co jest pustym śmiechem, jeśli porządny test kosztuje 1 tys. euro. Przecież takie firmy dopingowe jak ta Lance'a Armstronga wydawały na ukrywanie dopingu, na logistykę, na łapówki, na nocne przetaczanie krwi, na lekarzy, na szmuglowanie, na farmakologię dużo więcej. Za 2 mln nic się nie zrobi.

Gdyby szeroka czołówka, najlepsi zawodnicy, zorganizowała się, to byłoby coś. Musieliby sami stworzyć zakon, dobrowolnie zobowiązać się do monitorowania online, każdy, kto chciałby wejść do "czystych", kto chciałby wystartować w mistrzostwach świata lub igrzyskach olimpijskich, musiałby się podporządkować regułom. Pieniądze musiałyby pochodzić od sponsorów, od procentu z nagród zawodników, od federacji. Badania od A do Z, regularne monitorowanie. Zasada: wygrywam na zawodach milion dolarów rocznie - udowadniam, że jestem czysty.

Plus notarialne umowy, że jak wpadnę na dopingu, oddaję nie tylko wygrane pieniądze i medale, ale też płacę odszkodowanie tym zawodnikom, którzy przez nieuczciwość ucierpieli.

Sytuacja lekkoatletyki jest tak dramatyczna po ostatnich wyciekach danych dopingowych do mediów, że powinna zainwestować w naprawę, bo inaczej się wszystko rozwali.

Wśród regionów podejrzanych o doping jest Afryka, i to z miejsc, w które jeździcie z Marcinem na obozy. W reportażu pokazanym przez telewizję ARD są szokujące sceny szprycowania się u lekarza w Eldoret - mieście, które dobrze znasz.

- Biegacze afrykańscy są utalentowani bardziej niż inni, bardziej wydolni, to bezsporny fakt. Ze względu na naturalne położenie ich rodzinnych wiosek, ze względu na dobór naturalny i presję społeczną. Tak jest nie tylko w Kenii i Etiopii, gdzie byliśmy na kilku zgrupowaniach wiosną, ale też w Somalii, Sudanie, Dżibuti, Ugandzie. Tam sąsiad, jak widzi, że innemu się w biegach udaje, od razu posyła dzieciaka na trening albo sam zaczyna biegać. Niestety, to samo można by powiedzieć o ewentualnym dopingu - jak sąsiad widzi, że EPO pomaga, że można się dzięki niemu załapać na lukratywne biegi uliczne w Europie, to idzie w to jak w dym. Fama się rozchodzi o cudownym środku.

Mnóstwo szkody robią agenci lekkoatletyczni, trenerzy, którzy tamten zaniedbany, biedny region traktują rabunkowo.

Widziałem, jak agent z Europy przyjeżdżał do wioski, gdzie kilka grup Kenijczyków się zorganizowało na treningi, i mówił: "Jutro rano biegacie 30 km, pięciu najlepszych zabieram na zawody do Europy". Potem jechał za nimi samochodem i patrzył, jak padają po drodze. W następnym sezonie tych pięciu już nie było, wyciśniętych jak cytryny. Bo tacy jak oni biegają po trzy razy w weekend. A menedżer przyjeżdża po następny pęczek biegaczy. On zarabia najwięcej. Ale tamci też zarobili i następni też zarobią, żeby kupić kilka sztuk bydła, żeby postawić nędzny domek, znaleźć żonę, podciągnąć wodę 15 kilometrów albo prąd, pomóc rodzinie, zmienić życie. Dziwisz się, że się szprycują? Ja oczywiście tego nie pochwalam, jasne że potępiam, bo to kradzież, oszustwo, ale też rozumiem tych afrykańskich chłopaków. Dla Marcina bieganie to pasja, dla mnie trenowanie to pasja. Dla Kenijczyków to walka o życie.

Staram się o dopingu nie rozmawiać z Marcinem zbyt dużo, bo mógłby tego całego syfu nie udźwignąć. Nigdy nie mówimy - ten nam zabrał medal na koksie. Wtedy trzeba by skończyć ze sportem. Marokańczyk Amin Laalou też był dla nas bardzo sympatyczny, zawsze nas ściskał na zawodach, miło rozmawiał. "A może wspólnie potrenujemy" - namawiał. I okazało się, że to koksiarz. W 2011 roku w Maroku, na jego stadionie w Rabacie, Marcin zrobił drugi wynik na świecie na 1000 m. Pierwszy był Laalou, on był liderem. Marcin był tylko drugi. Marokańczyk zrobił to na koksie. Tylko takie oczywiste przypadki komentujemy.

Ilu biegaczy w finale mistrzostwach świata w Pekinie będzie czystych?

- Może być tak samo jak w sprincie, gdzie większość najlepszych ma za sobą przeszłość dopingową.

Ale ja kombinuję tak: Marcin i Adam biegają czyści na 800 m w 1,43 z hakiem. Wiem, że stać ich na 1,42 z hakiem. Można to osiągnąć harówką taką, jaką wykonują. Aby pobiec poniżej 1,42, musieliby mieć więcej talentu lub szczęścia.

A rywale z Afryki są znacznie bardziej utalentowani. Więc mogą na czysto biegać tak szybko jak teraz.

U tych najlepszych problem może jednak polegać na utrzymaniu tempa, na utrzymaniu jakości życia: nadchodzą zaproszenia ze świata, wydatki rosną, jeszcze się chce sukcesów, bo posmakowały. I wtedy można się skusić na doping.

A u tych wchodzących do czołówki problem polega na konieczności, żeby zrobić wynik jak najszybciej. Wtedy też można się skusić.

Regularnie robisz badania Marcinowi. Czy jego wyniki krwi nie są podejrzane?

- Nigdy nie były. Ani jedno badanie krwi nie pokazało niczego podejrzanego. Mamy w grupie zawodnika, który ma wyższe parametry krwi niż inni, ale ten przypadek jest specyficzny i w dodatku wciąż w normie. Bo normy są rozciągnięte. Więc te wyniki, które są podejrzane, moim zdaniem są zrobione w sposób sztuczny za pomocą dopingu.

Oto najpiękniejsze tyczkarki na świecie! [ZDJĘCIA]


Więcej o: