Aleksander Waleriańczyk dla Gazety: Jestem kawoszem

Jechałem 200 km na godzinę yamahą XJ600M z Katowic do Wrocławia. Szybciej się nie dało, były duże opory powietrza - mówi finalista mistrzostw świata


Aleksander Waleriańczyk skoczył w tym roku najwyżej na świecie (2,36 m), ale jego start w mistrzostwach świata w Paryżu był porażką (zajął 10. miejsce, nie pokonał 2,29 m).

Mimo to - obok szóstego w finale Grzegorza Sposoba - Waleriańczyk nadal jest uważany za największy polski talent w skoku wzwyż. Jedynym zagrożeniem dla rozwoju jego kariery jest motor Yamaha XJ600M, którym na odcinku z Katowic do Wrocławia osiągnął 200 km/godz. - Szybciej się nie dało na tym motorze. Za duże opory powietrza - powiedział dwumetrowy skoczek.

We wtorek Waleriańczyk dołączył do Grupy Elite Café. Są w niej oprócz niego inni czołowi lekkoatleci Robert Korzeniowski, Kamila Skolimowska, Szymon Ziółkowski, Paweł Czapiewski, Sebastian Chmara, Paweł Januszewski, Grażyna Prokopek, Artur Kohutek i Anna Ksok.

Radosław Leniarski: Czy zapomniał Pan o niepowodzeniu w Paryżu?

Aleksander Waleriańczyk: Niedługo po mistrzostwach świata pojechałem na miesięczne wakacje do Kalifornii i dobrze wypocząłem. A teraz też nie myślę o Paryżu. Raczej staram się skoncentrować na Atenach.

Czy zdobył Pan jakąś naukę na mistrzostwach świata?

- Trener analizował te zawody, ja nie. Od początku doszedł do wniosku, że dwóch szczytów formy - w moim przypadku - nie da się zrobić. Bo doświadczony zawodnik oczywiście jest w stanie to osiągnąć. W przyszłym roku najpierw będą halowe mistrzostwa świata w Budapeszcie. Sukces w nich będzie dobrym znakiem. Jeśli dobrze w nich wypadnę, będę mógł po prostu powielić program z zeszłego roku, który doprowadził mnie do skoku na 2,36. Jeśli nie - będziemy się zastanawiać. To będzie ostateczny test, czy jestem na dobrej drodze.

Przez dwa miesiące byłem teraz na obozie w Szczyrku, biegaliśmy po górach, miałem co prawda kłopoty ze ścięgnami Achillesa, ale teraz jest wszystko OK.

Ostatnio głośno było o diecie skoczków. Pamiętam, że Pan również wspominał, że sporo zawdzięcza dobrej diecie. Ale nie zamierza się Pan morzyć głodem jak niemieccy skoczkowie?

- Taką mocniejszą dietę zacznę dopiero za miesiąc. Teraz dobrze jest skakać z większą wagą, co oznacza większe obciążenie. Potem, gdy się zbije wagę, skoczek dostaje przyspieszenia w górę. Ale ja nigdy nie przeżywam dramatów w związku z dietą. W skokach wzwyż nie można z tym przesadzać, bo łatwo można osłabnąć.

Czy sprawa z podwyższonym poziomem kofeiny po konkursach w Eberstadt jest całkowicie zamknięta?

- Ona już była zamknięta, zanim tak naprawdę się otworzyła. Po prostu PZLA dostał list z ostrzeżeniem, że poziom jest wyższy. Wytłumaczyłem, dlaczego tak się stało - wypiłem za dużo kawy.

Jest Pan kawoszem?

- Tak.

A jaką kawę lubi Pan najbardziej?

- Oczywiście Elite.