Lekkoatletyka. Brudna krew królowej. Lekkoatletyka na dopingu

225 podejrzanych wyników krwi - w tym rzeszy medalistów olimpijskich i mistrzostw świata - zamiecione pod dywan?
Zaczęło się od oskarżeń w reportażu niemieckiej telewizji ARD. Najpoważniejsze: w Rosji funkcjonuje system dopingu pod państwowym parasolem, łatwo tam o środki dopingujące, łatwo o uniknięcie kontroli, bo rosyjska agencja antydopingowa działa jako tarcza. Wystarczy tylko zapłacić właściwej osobie. Jednym z dowodów były wypowiedzi trzykrotnej triumfatorki maratonu w Chicago Lilii Szobuchowej. Za ochronę przed wpadką zapłaciła swojej federacji 450 tys. euro. Ale wpadła. - Jak to, przecież zapłaciłam? - poskarżyła się i pod stołem dostała częściowy zwrot, 300 tys. Zamieszany był szef federacji Walentin Bałachniczew, zarazem skarbnik Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej (IAAF), a przez niego - najwyższe kręgi federacji.

W kolejnych odcinkach reportażu dziennikarze wyjaśniali: pieniądze zwróciła zarejestrowana w Singapurze firma Black Tiding, wiedział o niej Bałachniczew. Black Tiding jest spółką zawiązaną przez chińskiego partnera biznesowego Papy Massaty Diacka, syna szefa IAAF Lamine'a Diacka.

Senegalczyk Papa Diack, konsultant IAAF do spraw marketingu w krajach rozwijających się - takimi wg IAAF są Katar, Chiny, Rosja i Korea Płd. -według ustaleń "Guardiana" żądał 5 mln dol. za pomoc w przyznaniu Katarowi mistrzostw świata w 2017 r. Ale to należy do innej historii.

Bałachniczew i młody Diack (właściwie ma 50 lat, a stary Diack - 81), "dobrowolnie" zrezygnowali już ze swoich funkcji w federacji. W Rosji co bardziej odpowiedzialni politycy domagają się śledztwa w lekkoatletycznym związku, wieszczy się koniec rosyjskiego sportu, ale w Dumie dominują populistyczne nastroje: afera jest tam brutalnym atakiem na Rosję za jej postawę w walce z ukraińskim faszyzmem.

Problem stał się jednak globalny, a przynajmniej na taki wygląda. W niemieckim reportażu mówi się o 150 podejrzanych wynikach badań krwi, przechowywanych w sejfie w siedzibie IAAF. Próbki pobierane były w latach 2006-08, czyli przed wprowadzeniem paszportu biologicznego dla sportowców. "The Telegraph" poszedł dalej i zrobił kwerendę dokumentów wydobytych z komisji medycznej i antydopingowej IAAF: podejrzanych wyników jest według dziennikarzy 225. Pochodzą m.in. od mistrzów i medalistów olimpijskich, świata, byłych i obecnych rekordzistów, zwycięzców wielkich maratonów, w tym aż od 58 atletów z Rosji, 25 z Kenii, 12 z Hiszpanii, 11 z Ukrainy i Rumunii oraz 10 z Maroka i Etiopii. I trzech reprezentantów Polski. Nazwiska nie wyciekły, można się jedynie kilku domyślić.

Tu warto dodać wyjaśnienie. Podejrzane wyniki, nazywane w kodzie antydopingowym "abnormal", nie oznaczają dopingu. Zawodnicy konkurencji wytrzymałościowych z definicji mają wyższe parametry krwi, dzięki czemu są w stanie pokonać maraton w niewiele powyżej dwóch godzin. Albo 10 km w 27 minut. Tak więc wśród 225 podejrzanych wyników wszystkie lub część mogą dowodzić dopingu równie dobrze jak wszystkie lub część mogą być formalnie czyste. Ale w tamtym czasie za podejrzanymi testami krwi powinny pójść dokładniejsze testy próbek moczu. Nie poszły - to jest główny zarzut. Dziennikarze sugerują próbę zamaskowania powszechnego w lekkoatletyce dopingu. Później, od 2009 roku, zaczęły obowiązywać paszporty biologiczne. Tu wciąż ważniejsze od wartości bezwzględnych są odchylenia od normy.

IAAF po poniedziałkowym odcinku niemieckiego dokumentu zobowiązała do działania niezależną komisję etyczną. Po pierwszym przesłuchaniu do dymisji podał się wczoraj szef komisji medycznej Francuz Gabriel Dollé. Panuje opinia, że dopingowe tsunami wedrze się głęboko i dokona spustoszeń. Pojawiają się radykalne pomysły: rekordzistka świata w maratonie Paula Radcliffe postuluje, by nie tylko dożywotnio karać przyłapanych sportowców i wyrzucać z zawodów zainfekowane dopingiem narodowe federacje, lecz także nie zapraszać na igrzyska lub MŚ najbardziej podejrzanych krajów. Mówiła to, jeszcze zanim się okazało, że próbki aż od 58 sportowców rosyjskich powinny wzbudzić wątpliwości.

I zanim pojawiła się informacja o brytyjskiej gwieździe z podejrzanym wynikiem krwi. W piątek w "Daily Mail" pojawił się na czołówce tytuł: "Paula Radcliffe: Nie jestem oszustką".