Sport.pl

Dlaczego biegacze zatrzymywali pociąg, pudło prezydenta startera, czyli niezwykłe przypadki z historii wrocławskiego maratonu

Ile zarobisz, gdy jutro pobijesz rekord świata, dlaczego maratończycy zatrzymywali pociągi, a prezydent Wrocławia nie strzelał? Czyli wszystko, co powinniście wiedzieć o wrocławskim maratonie, a nie zdążyliście zapytać przed startem.
W środku stanu wojennego, w maju 1982 roku, miłośnik sportu i rekreacji, ówczesny działacz Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej, który kilka miesięcy wcześniej został dyrektorem Dzielnicowego Ośrodka Sportu i Rekreacji Wrocław Stare Miasto, zgłosił się na milicję, poszedł do PKP i odwiedził Wydział Komunikacji Urzędu Wojewódzkiego. W każdym z tych miejsc opowiedział, że ma u siebie jedną z pierwszych w Polsce grupę biegaczy amatorów. I że ze Stanisławem Przybylskim, pięcioboistą, olimpijczykiem z Rzymu na czele, byli w Warszawie na jedynym wówczas maratonie w Polsce i chciałby zorganizować podobną imprezę we Wrocławiu.

Ojciec dyrektor 

Po 12 miesiącach przygotowań, 15 maja 1983 roku, na starcie w Sobótce stanęło 125 zawodników i trzy kobiety (jedna dotarła do mety). Protoplasta Wrocław Maratonu nazywał się Maraton Ślężan. Maratończycy biegli do Wrocławia, a gdy zawodnicy w Pustkowie Wilczkowskim przebiegali przez tory, to kolejarze zatrzymywali pociągi.

Istotna była też współpraca z księżmi z podwrocławskich miejscowości. Trzeba było przestawiać godziny mszy, by biegacze nie wbiegali w tłum wiernych, a gospodynie dostarczały izotoniki w postaci kompotów.

Pierwszy wrocławski maraton wygrał Henryk Warszawski z Mazur. A działacz, który wpadł na pomysł zorganizowania biegu, nazywał się Marek Danielak, dziś dyrektor 32. Maratonu Wrocław. Zorganizował w sumie już 27 maratonów, tylko w latach 2007-12 zrobił sobie przerwę. 

Złota trójka

Ale to nie Marek Danielak wie o wrocławskim maratonie najwięcej. Zwróćcie uwagę na zawodników, którzy w niedzielę na trasę biegu wyruszą z numerami 48, 49 i 50. To elita elity Wrocław Maratonu. Złota trójka, która od dekady zajmuje podium w kategorii, jakiej nie ma żaden inny maraton na świecie. Każdy z tych trzech panów ma w nogach po 1308,045 kilometrów spędzonych na trasie Wrocław Maratonu.

Wrocławianin Grzegorz Lechowski, Marek Musiał z Bystrzycy Górnej oraz wałbrzyszanin Jan Leśniak przebiegli wszystkie 31 wrocławskich maratonów. Od startu do mety. I z pewnością w tym roku będzie podobnie. Nie ma zmiłuj, bo jak dopisał na liście startowej przy swoim nazwisku Marek Musiał, w tym roku znów: "biec chcioł, nie chcioł, ale musiał".

- W młodości biegałem wyczynowo w Górniku Wałbrzych i pomyślałem, że trzeba się zmierzyć z królewskim dystansem. Zadebiutowałem w Warszawie, ale w 1983 roku po swoich urodzinach zdecydowałem, że jeśli zrobili mi pod nosem maraton, to nie wypada w nim nie wystartować - opowiada Jan Leśniak, który niedawno skończył 62 lata.

To emerytowany górnik. Pracował jako maszynista elektrowozu w kopalni Victoria.

- Jestem skromnym maratończykiem, nienastawionym na rekordy, i startuję tylko raz w roku, właśnie we Wrocławiu - tłumaczy Leśniak.

Zawsze przyjeżdża do stolicy Dolnego Śląska w sobotę, aby w niedzielę rano się już nie stresować podróżą, tylko skoncentrować na biegu. Leśniak trochę przesadza z tą skromnością, jego rekord życiowy wynosi 2 godziny 29 minut i 35 sekund, w V Maratonie Ślężan stanął na podium, był trzeci w klasyfikacji generalnej.

- Tak naprawdę to wygrałem wszystkie wrocławskie maratony. Bo największym zwycięstwem jest ukończenie biegu - tłumaczy biegacz. 

Trasa na rekord świata

Trasa maratonu nie dość, że jest niezwykle urokliwa i prowadzi przez centrum miasta, to ma dokładnie 42 195 metrów, z dokładnością co do... 5 metrów. Ma atest IAAF, AIMS i PZLA. Te skróty oznaczają Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych, Międzynarodowe Stowarzyszenie Maratonów oraz Polski Związek Lekkiej Atletyki. Oznacza to, że po każdej zmianie trasy, choćby o kilka metrów, ze względu np. na remonty, przyjeżdża do nas Tadeusz Dziekoński, który przebiegł ponad 250 maratonów, wsiada na rower ze skomplikowanym oprzyrządowaniem i przednią twardą oponą, bez powietrza (żeby np. miękki asfalt nie mylił), objeżdża trasę, dokonuje magicznych obliczeń i wyznacza start oraz metę.

Na tak zmierzonej trasie, z regulaminową różnicą wzniesień, spokojnie możecie próbować pobić rekord świata albo Polski, zostanie oficjalnie uznany. Przypominamy, ten pierwszy wynosi 2 godziny 3 minuty 23 sekundy, drugi - 2 godziny 7 minut 41 sekund.

Opel zamiast trampek

Tyle można zarobić, gdy się pobije rekord trasy. Zwycięzca otrzyma 15 tysięcy złotych oraz dodatkowo 20 tysięcy za rekord. Wbrew pozorom rekord wcale nie należy do Kenijczyka, ustanowił go w 2002 roku Białorusin Vladzimir Tsiamchyk w czasie 2 godzin 13 minut i 28 sekund. Rekord kobiet wynosi 2 godziny 37 minut 27 sekund. Taki czas wybiegała Białorusinka Halina Karnatsevicz w 2004 roku.

W tym roku oprócz nagród finansowych i rzeczowych (których pula wynosi 120 tysięcy złotych) każdy z maratończyków, który dotrze do mety, może wyjechać ze stolicy Dolnego Śląska nowiutkim oplem adamem. Będzie losowany spośród wszystkich uczestników maratonu. To spory postęp - w jednym z pierwszych maratonów organizatorzy nagrodzili dzielnego czechosłowackiego maratończyka, któremu rozpadły się buty na trasie, tajwańskimi trampkami za kilkanaście złotych. Biegacz popłakał się ze wzruszenia.

Pudło Zdrojewskiego

Spośród starterów wrocławskiego biegu największego pecha miał kiedyś ówczesny prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski. W latach 90., gdy w biegu nie startowało tak wielu uczestników, start oraz meta znajdowała się w Rynku. Zdrojewski wystrzałem miał dać sygnał do startu, ale jego pistolet nie wypalił. Mimo tego zawodnicy i tak pobiegli, bez falstartu, bo stopery zadziałały.

Podczas maratonu nigdy nie brakowało słynnych sportowców i VIP-ów, nie tylko w roli starterów czy gości. Kiedyś dwukrotnie gościł u nas m.in. Waldemar Cierpiński, dwukrotny mistrz olimpijski w maratonie. W tym roku przyjedzie Yared Shegumo, z pochodzenia Etiopczyk od 16 lat mieszkający w Polsce i reprezentujący nasz kraj jako maratończyk, który przed miesiącem został wicemistrzem Europy.

W biegu jednak nie wystąpi, ale z pewnością wielu poprosi go o radę, jak żyć, to znaczy "jak biec". Za to na liście startowej znalazło się tym roku trzech Etiopczyków i aż 15 reprezentantów Kenii. Jest też m.in. reprezentant Hongkongu czy Indonezji. Wystartuje prawie 1400 wrocławian i niemal 250 warszawiaków.

VIP-y też biegają

Bodaj największej rangi VIP-em, który ukończył wrocławski maraton, był wicepremier i minister finansów Grzegorz Kołodko.

- To jeden z moich ulubionych biegów, mam niezwykłe zdjęcie z mety, kiedy podskoczyłem w górę i wygląda, jakby radość mnie uniosła - opowiadał kiedyś Grzegorz Kołodko, który przebiegł już 49 maratonów w kilkudziesięciu krajach na wszystkich kontynentach.

W tym roku na liście startowej jest być może przyszła minister zdrowia, czyli profesor Alicja Chybicka, oraz były wojewoda i marszałek województwa, debiutant - Rafał Jurkowlaniec. Do startu szykują się też jeden z najlepszych kardiologów w kraju, który przy okazji kompleksowo zbadał serca i organizmy maratończyków po "pięćdziesiątce" - profesor Piotr Ponikowski, szef dolnośląskich architektów Zbigniew Maćków, wrocławski reżyser Tomasz Man. Jak zwykle wystartuje też najlepszy maratończyk spośród polskich aktorów Marian Czerski z Teatru Polskiego.

Pogoda dla biegaczy

Ma być prawie idealna, nieco powyżej 20 stopni Celsjusza. W historii imprezy bywało gorąco, nawet bardzo, czego biegacze nie lubią. Przez wiele lat wrocławski maraton odbywał się w maju i często aura bardziej sprzyjała bardziej plażowiczom niż biegaczom. Ale i wrzesień potrafi sprawić niespodziankę maratończykom. W 2011, w samo południe, kiedy tysiące biegaczy wbiegało na estakadę Gądowianka, tablice świetlne pokazały, że są 42 stopnie Celsjusza.

Wtedy 18 biegaczy wylądowało w szpitalu, na szczęście nikomu nic złego się nie stało. Poza tym kilkuset biegaczy zeszło z trasy, a wielu pozostałych na piechotę przeszło spory dystans, gdyż biec się po prostu nie dało. Sam przeżywałem wówczas wielkie męki, gdyż startowałem w tym maratonie.

O tym, że naprawdę było gorąco, świadczy historia Kenijczyka Kemeli Limo, który rok wcześniej wygrał zawody, a wtedy finiszował na 4. miejscu. Jednak na 50 metrów przed metą słaniał się na nogach, przewrócił i półprzytomny, na kolanach, próbował przemierzyć ostatnią prostą. Ratownicy wzięli go pod ręce i przeprowadzili przez linię mety. Zawodnikom nie wolno pomagać, dlatego Kenijczyk musiał zostać zdyskwalifikowany.

Bo maraton to za każdym razem dla każdego uczestnika niezwykłe historie, czasem dramatyczne, ale najczęściej z happy endem. Na mecie po przebiegnięciu 42 kilometrów i 195 metrów, ma się świadomość, że można pokonać własną słabość, ból i zwyciężyć. Bo przecież każdy, kto dobiegnie do mety, jest zwycięzcą, i nie tylko dlatego, że każdemu zawiesza się na szyi medal.

Więcej o:
Skomentuj:
Dlaczego biegacze zatrzymywali pociąg, pudło prezydenta startera, czyli niezwykłe przypadki z historii wrocławskiego maratonu
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX