Lekkoatletyczne ME. Shegumo: Pracowałem w Anglii, w 2011 roku miałem kończyć karierę

- W Polsce spędziłem już prawie połowę życia, czuję się Polakiem. No jak wyglądam, jak Etiopczyk czy jak Polak? - pytał, rozciągając za sobą biało-czerwoną flagę, szczęśliwy Yared Shegumo, srebrny medalista mistrzostw Europy w maratonie.
Shegumo wyprzedził na mecie jedynie Włoch Daniele Meucci. - Bardzo trudna trasa, nogi się męczyły - mówił na mecie zmęczony, lecz jeszcze bardziej szczęśliwy Polak urodzony w Addis Abebie.

- Nie podpalałem się. Moja dzisiejsza taktyka to było pilnowanie grupy, bo widziałem na pierwszym okrążeniu, jaki mamy podbieg, strasznie mocny. Cały czas pilnowałem więc, żeby mi na tym podbiegu nie uciekli, bo jakby tak się stało, to już by było za późno - mówił poprawną polszczyzną, czasem tylko myląc odmianę pojedynczych słów.

Nic dziwnego, w Polsce z przerwami mieszka już 15 lat. - Spędziłem tu już prawie połowę życia, jako Polak się czuję. Jak wyglądam, jak Etiopczyk czy jak Polak? - pytał, rozciągając za sobą biało-czerwoną flagę.

Zaskoczył sam siebie

Shegumo zdobył medal indywidualnie, choć większe szanse wydawał się mieć Henryk Szost, rekordzista Polski na tym dystansie, który specjalnie do tej imprezy przygotowywał się w górach w Sankt Moritz. On jednak szybko osłabł i nie ukończył konkurencji, podobnie jak Marcin Chabowski, który samotnie prowadził przez około 30 kilometrów.

- Myślałem, że on tak skończy, że będziemy mieli złoto. Na końcówce mu trochę zabrakło, ale myślałem, że mu się uda skończyć, bo tak daleko uciekł - mówił Shegumo o koledze z kadry. Sam nie nastawiał się na medal indywidualnie.

- Prawdę mówiąc, liczyłem bardziej na medal drużynowy. Indywidualnie, jak patrzymy na czasy, to miałem jedenastą życiówkę i choć czas z tego sezonu dawał mi drugie-trzecie miejsce, to myślałem bardziej o medalu drużynowym - przyznawał.

Mieszka w Polsce, trenuje w Etiopii

Tradycyjnie już do startu przygotowywał się w Etiopii, w której trenował od czerwca. - Na trening wyjeżdżam, bo tu trenuję sam, a tam mam grupę kolegów i pomagają mi. Pobyt w Etiopii dużo mi dał, dużo trenowałem, wszystko zrobiłem tak, jak było w planach. Rodzina powiedziała, że trzeba walczyć do końca i że będą trzymać kciuki - opowiadał.

Do Europy wrócił w ostatnim momencie, w czwartek. Choć taki model stosuje od kilku startów, to tym razem czuł niepokój. - Jak przyjechałem do Polski, to psychicznie było mi bardzo ciężko, pierwszy, drugi dzień, ale jak w sobotę dziewczyny pobiegły dobrze, to ja też byłem spokojny, że będzie dobrze - mówił. - Tu było tyle dopingu, że nic nie słyszałem, tak było głośno. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, coś wspaniałego - dodał.

Wdzięczność

Historia Shegumo ma też jednak przykre epizody. Został w Polsce po juniorskich zawodach w Bydgoszczy, bo w kraju trwała wojna. Trafił do ośrodka dla uchodźców. Potem co prawda biegał w Polonii Warszawa, pobił halowy rekord Polski na 3000 m, ale uznano, że nie rozwija się wystarczająco dobrze. Trafił do Anglii. - Tam nie trenowałem, pracowałem przy pakowaniu, jako ochroniarz, na wózku widłowym, różne takie. 3,5 roku miałem przerwy, wróciłem w 2011 roku. Najpierw do Nowego Meksyku, Antoni Niemczak* mi pomógł, a potem do Polski. Znów miałem wyjeżdżać do Anglii, ale na Skrze spotkałem Jacka Podobę, który w ostatniej chwili podał mi rękę i zostałem w Polsce. To on mi załatwił sponsora. Teraz myślę tylko o bieganiu, nie mam żadnych problemów finansowych. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy mi pomogli i cały czas mi pomagają, grupie PZU, która mnie wspiera, trenerowi i wszystkim innym - promieniał Shegumo, dla którego medal w Zurychu to życiowy sukces i pierwszy w historii ME medal dla Polaka w maratonie.

Więcej o niezwykłej historii Yareda Shegumo. "Nie miałem z czego żyć. To był koniec"

*Antoni Niemczak od 1990 roku mieszka z rodziną w USA. Początkowo w stanie Kolorado, a od 1999 roku prowadzi ośrodek sportowy w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk, dobrze znany polskim lekkoatletom.

Relacja na żywo z Zurychu od 15 w Sport.pl, transmisja w Eurosporcie.