Lekkoatletyczne ME. Joanna Fiodorow zawsze wstanie z kolan

- W tym momencie jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie, na ziemi, wszędzie, w całej galaktyce - piała z radości Joanna Fiodorow po zdobyciu brązowego medalu mistrzostw Europy w Zurychu. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, przez co przeszła w ciągu ostatniego roku.
W igrzyskach w Londynie 23-letnia Fiodorow zajęła 10. miejsce i wydawało się, że jej kariera ruszy do przodu. Kolejny sezon mogła jednak spisać na straty po tym, jak wykryto u niej zakrzepicę żylną.

To ta sama choroba, która spowodowała w lutym 2009 roku przedwczesną śmierć innej młociarki, mistrzyni olimpijskiej z Sydney Kamili Skolimowskiej.

Fiodorow miała szczęście, że nie zbagatelizowano puchnącej łydki i zalecono dodatkowe badania, po których postawiono wreszcie prawidłową diagnozę. Zawodniczka AZS Poznań do dziś musi brać leki i przeprowadzać kontrolne badania, ale bez zagrożenia życia kontynuuje karierę.

- Rok temu miałam ciężką kontuzję i powikłania, podniosłam się z kolan, pokazałam, że umiem rzucać. Byłam w czubie na listach europejskich, a teraz okazało się, że jestem trzecia - mówiła w Zurychu.

Fiodorow nie było w kadrze

W maju w Halle Fiodorow rzuciła 74,39, poprawiając o 21 centymetrów rekord życiowy. Wydawało się, że nadrobiła stracony czas i doszła do wysokiej formy. Minimum Polskiego Związku Lekkiej Atletyki na wyjazd na ME (68 m) wypełniła jeszcze osiem razy, a mimo to kiedy po mistrzostwach Polski ogłoszono skład reprezentacji, Fiodorow w nim nie było. - W regulaminie było napisane, że należy potwierdzić formę podczas mistrzostw Polski, a ten start mi kompletnie nie wyszedł. Byłam rozwalona technicznie, młot nie latał jak powinien - mówiła w Spale.

"Konflikt? Wstrętna nazwa"

Według informacji podanych przez Związek o nieuwzględnianie zawodniczki w składzie zaapelował... jej trener Czesław Cybulski. Miał się zdenerwować, że zawodniczka mimo jego zaleceń zdecydowała się na start w Szczecinie. - Miała dolegliwości związane z kręgosłupem. Doradzałem jej, by nie startowała, tylko je wyleczyła. Powiedziała, że wytrzyma i że nie jest tak źle - mówił w rozmowie z serwisem Poznan.sport.pl.

Ostatecznie dzień później Fiodorow została do kadry dopisana. - Dziennikarze żyją działaniami wojennymi na Wschodzie i od razu widzą konflikty. Jak są działania treningowe czy poprawy stanu psychicznego, to oni widzą konflikt. Nie ma żadnego konfliktu, wstrętna nazwa - odcinał się od zamieszania Cybulski przed wylotem do Zurychu.

- Najpierw nie było mnie w reprezentacji, potem mnie dołączono. Pierwsze trzy dni były dość ciężkimi dla mnie, ale otrzymałam sporo pozytywnych sygnałów od rodziny, przyjaciół i ludzi z zewnątrz. To dało mi dodatkowego kopniaka - komentowała zawodniczka już w Zurychu.

"Celuję w pierwszą szóstkę"

Fiodorow z Cybulskim rozpoczęli więc pogoń za straconym czasem i formą. - Pracujemy, wyłapujemy błędy i chcemy, aby ta technika na mistrzostwach była już bardzo dobra - mówiła Fiodorow w Spale na tydzień przed wylotem do Zurychu. - Jeżeli będę dobrze rzucała technicznie, to wszystko jest możliwe - mówiła.

W dniu wylotu Cybulski był jednak strapiony. - Boję się cokolwiek mówić, żebym potem nie wyszedł na durnia - zastrzegał. - Z Fiedzią jest coraz lepiej - przyznał.

Prawdziwy test przyszedł w środowych eliminacjach. Fiodorow awansowała do finału już pierwszym rzutem na 71,33. - Jestem bardzo zadowolona, choć rzut nie był zupełnie dobry technicznie. - Jestem przygotowana, żeby rzucać w granicach mojego rekordu życiowego, ale musi się wszystko zgrać. Celuję w pierwszą szóstkę - zapowiadała.

"Udowodniłam"

- To co, udowodniłam wszystkim? Że stać mnie na dalekie rzucanie i że warto mnie tu było wysłać? - zaczęła Fiodorow swoją rozmowę z dziennikarzami po konkursie finałowym, w którym awans na podium dał jej dopiero ostatni rzut. - Jest ta satysfakcja, że pokazałam ludziom, którzy we mnie nie wierzyli, że umiem walczyć i zawsze wstanę z kolan - dodała.

- Pokazałam, że mam nerwy ze stali. Rzucałam praktycznie w jedno miejsce. Ten ostatni rzut był w miarę poprawny i poleciał po ten wymarzony krążek. Jestem przeszczęśliwa, ja jeszcze nie wierzę tak naprawdę. Pewnie dopiero jutro uwierzę, jak będę trzymała ten medal w ręku - mówiła po konkursie, w którym zanotowała kolejno rzuty na: 72,24, 68,54, 69,01, 72,77, 72,48 i 73,67 metra.

Specjalna dedykacja

Próżno szukać we Fiodorow jakiegoś żalu na los. Po finale jaśniała radością. - W tym momencie jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie, na ziemi, wszędzie, w całej galaktyce. Dwa tygodnie temu bym nie uwierzyła, że stanę na podium - cieszyła się. - Runda honorowa? Przepiękne uczucie. W życiu bym nie pomyślała, że czegoś takiego dokonam, a jednak - dodała.

- Oglądałyśmy na rozgrzewce z Anitą [Włodarczyk, złotą medalistką] bieg na 800 metrów, ponoć nawet w telewizji pokazali, jak się cieszymy. Coś pięknego, otworzyliśmy worek medali, miejmy nadzieję, że będą kolejne - mówiła zapytana o bieg, w którym Polacy zdobyli pierwsze w piątek medale. - Jutro chcę przyjechać na stadion na konkurs rzutu młotem mężczyzn, kibicować mojemu koledze Pawłowi Fajdkowi i mojemu koledze z klubu Szymonowi Ziółkowskiemu - zapowiedziała.

Fiodorow stała przed dziennikarzami i odbywała się swoista gra. Ona już chciała lecieć cieszyć się sama, a my chcieliśmy z niej jeszcze coś wyciągnąć. Dla kogo ten medal? - Dedykuję go mojej mamie Walentynie Fiodorow, która siedzi teraz w Holandii, gdzie pracuje i na pewno trzymała za mnie kciuki - padła odpowiedź. - Mogę już lecieć? Ja myślę już tylko o tym, jak się znaleźć w łóżku, zrelaksować się i odpocząć - prosiła. Pozwoliliśmy. Tym bardziej że obiecała, że w przyszłym roku na MŚ w Pekinie też powalczy o medal.

Relacja na żywo z konkursu finałowego rzutu młotem mężczyzn i innych sobotnich finałów od 15 w Sport.pl. Transmisje w Eurosporcie.

Czego nie możesz przegapić w Zurychu? Kiedy włączyć TV? [PORADNIK]