Lekkoatletyka. Szost na ME w Zurychu: Medal jak w banku?

- Celem jest miejsce na podium - Henryk Szost jasno stawia sprawę przed maratonem na ME w Zurychu. Na papierze jest faworytem, ale czy poradzi sobie z Erytrejczykiem, który właśnie stał się Szwajcarem i wygrał w tym mieście dwa maratony?
Maratończycy biegają 42 km i 195 m zwykle tylko dwa-trzy razy w roku ze względu na wyniszczający organizm wysiłek i przeciążenia. Wielu z nich formę szykuje na biegi komercyjne. Pula nagród w maratonie w Nowym Jorku to 705 tys. dol., a do wyboru są też Berlin, Boston, Chicago, Londyn i Tokio oraz wiele mniej prestiżowych biegów z nęcącymi premiami za czołowe miejsca. Nie da się, jak choćby Tomasz Majewski, jeździć z mityngu na mityng. Każdy start oznacza rezygnację z kilkunastu innych, więc występ w narodowych barwach nie jest oczywistym wyborem.

- Mistrzostwa Europy to impreza docelowa. Nastawiam się na nią już od igrzysk - mówi tymczasem Szost "Wyborczej". W tym roku pobiegł w kwietniu w Orlen Warsaw Marathonie sponsorowanym przez wspierający go koncern. Był trzeci i z czasem 2:08.55 zajmuje drugie miejsce na tegorocznych listach europejskich.

Szost ma silną osobowość i często idzie pod prąd. Nie odpowiadał mu trener, więc znalazł sobie lepszego, choć komunikuje się z nim tylko mailowo. - Rosjanin Leonid Szwecow układa mi plany, ja tylko mu piszę, jak mi idzie, wysyłam swoje wyniki i odczucia. System się sprawdza, więc po co go zmieniać? - pyta 32-letni biegacz, który w 2012 roku na igrzyskach zajął dziewiąte miejsce, najlepsze spośród Europejczyków. Teraz sprawdza maila w Sankt Moritz, gdzie wyjechał na miesięczne zgrupowanie. Jak przekonuje, to najlepsze miejsce na świecie. - Odpowiednia wysokość, dużo ścieżek i podbiegów, no i te widoki. Aż chce się trenować!

W tym sezonie od Szosta szybszy był tylko Brytyjczyk Mo Farah. Pochodzący z Somalii mistrz olimpijski na 5000 i 10 000 m zadebiutował w maratonie, zajmując w Londynie ósme miejsce (2:08.21). Do Zurychu Farah też przyjedzie, ale Polakowi nie zagrozi, bo będzie startował na bieżni. - Spodziewałem się takiej decyzji. Nie będzie miał problemu ze zdobyciem dwóch złotych medali, a to więcej, niż mógł wywalczyć w maratonie - mówi Szost.

Zamiast walki z Farahem Polaka czeka jednak rywalizacja z erytrejskim Szwajcarem. 24 czerwca paszport tego kraju otrzymał Tadesse Abraham. Nie ma tu jednak mowy o żadnym nadużyciu. - Mieszkam w Szwajcarii już ponad dziesięć lat, stąd jest moja żona, sam czuję się Szwajcarem - przekonywał Abraham, który w Zurychu wygrał dwa komercyjne maratony w 2009 i 2013 roku. W tym drugim pobił swój rekord życiowy czasem 2:07.45, zaledwie o sześć sekund słabszym od rekordu Polski Szosta sprzed dwóch lat.

- Będzie groźny, nie ma dwóch zdań - mówi Zbigniew Rolbiecki zapytany o nowego rywala polskiego zawodnika. Szef wyszkolenia wytrzymałościowców w Polskim Związku Lekkiej Atletyki przypomina jednak, że trasa, na której Abraham bił rekord, różni się znacznie od tej, na której zawodnicy pobiegną w niedzielę 17 sierpnia. - Trasa nie wiedzie wzdłuż Jeziora Zuryskiego jak przed rokiem. Zawodnicy pobiegną cztery pętle po mieście, na każdej czeka ich półtorakilometrowy podbieg. Każdy z nich zdaje sobie sprawę, jak to wygląda, i stara się odpowiednio przygotować - dodaje.

Jeśli Szost zdobędzie medal, będzie to dopiero drugi krążek dla Polski na dużej międzynarodowej imprezie. W 1991 roku złoto mistrzostw świata w Tokio zdobyła Wanda Panfil, w igrzyskach i mistrzostwach Europy biało-czerwonych na podium nie było dotąd nigdy.

Teraz szansa jest podwójna. Minimum do Zurychu poza Szostem wywalczyli urodzony z Etiopii Yared Shegumo, Marcin Chabowski i Błażej Brzeziński. To daje szanse na walkę o medal w drużynie, czyli klasyfikacji, w której liczy się łączny czas trzech najszybszych biegaczy z każdego kraju. - Szanse na to są nawet większe niż na indywidualny sukces Szosta. Srebro, a nawet złoto są w naszym zasięgu - przekonuje Rolbiecki, według którego Shegumo i Chabowski indywidualnie mają szansę na miejsce w pierwszej ósemce.