Szef wyszkolenia PZLA dla Gazety: Mamy cztery szanse

O medale mogą walczyć Monika Pyrek, Robert Korzeniowski, Kamila Skolimowska i Aleksander Waleriańczyk - mówi szef wyszkolenia PZLA, Jerzy Skucha


Radosław Leniarski: Czy nie ma Pan wrażenia, że polska lekkoatletyka stanęła na krawędzi, że giną gdzieś znane nazwiska?

Jerzy Skucha: Nie, nie uważam. Gdyby spojrzeć na listy startowe mistrzostw świata, okazałoby się, że nie ma na nich wielu czołowych lekkoatletów. Powiedziałbym, że to nie zanikanie znanych nazwisk, to zmęczenie materiału. Bo skąd to nagromadzenie kontuzji? Stąd, że sezon przedolimpijski właśnie charakteryzuje się największymi obciążeniami treningowymi, a przy takich obciążeniach łatwo o kontuzję.

W mistrzostwach świata nie wystartują mistrz olimpijski i świata Szymon Ziółkowski, brązowy medalista Paweł Czapiewski, sztafeta czterystumetrowców, od lat będąca w czołówce Lidia Chojecka lub równie znany Paweł Januszewski. Czy to nie są znaki, że dzieje się coś złego?

- Ale ja nie widzę wspólnej przyczyny. Czy można powiedzieć, że jest gdzieś błąd systemowy lub szkoleniowy, skoro Czapiewski nabawił się przewlekłej kontuzji być może z powodu niewłaściwych butów, Januszewski przez własną nieuwagę, Chojecka na skutek być może przeciążenia. Ziółkowski już wracał do mocnego treningu, kiedy przyplątała się kontuzja. Czy można gdzieś znaleźć wspólną przyczynę? Nie. Ci, którzy się posypali, muszą się szybko i skutecznie wyleczyć i wrócić, bo przed nimi najważniejszy start, czyli igrzyska w Atenach. Niektórzy już są zdrowi - jak Czapiewski, Ziółkowski lub Chojecka - ale nie doszli jeszcze do formy. Jak wiadomo, Ziółkowski mógł jako mistrz świata wystartować w Paryżu dzięki "dzikiej karcie", ale sam stwierdził, że to byłby dla niego wstyd, gdyby wystartował i np. nie wszedł do finału. Ja go rozumiem.

Mówimy tylko o najbardziej znanych nazwiskach. Ale w światowych rankingach na próżno szukać jakichkolwiek polskich nazwisk, tak daleko są od najlepszych. A to już chyba większy problem, bo świadczy o słabości polskiej lekkiej atletyki w ogóle...

- Pan już kiedyś popełnił taki błąd. Ranking nie do końca mówi prawdę, gdyż zaledwie kilka zawodniczek lub zawodników może osiągnąć bardzo wiele dobrych wyników. Ale to nie znaczy, że polski sportowiec jest bardzo daleko od najlepszego. W przypadku Aleksandra Waleriańczyka to on jest najlepszy.

Mówię również o pozycji po uszeregowaniu według najlepszych zawodników. Np. Monikę Pyrek wyprzedza w tym roku osiem dziewczyn, a lepszych lub takich samych skoków wykonano 22. Mało tego, jej rywalki - Isinbajewa, Fieofanowa, Dragila, Polnowa, Buschbaum, Becker - częściej niż Monika skakały powyżej 4,50. To zresztą dane na koniec lipca, dzisiaj, po kolejnych zawodach, Monika jest pewnie dalej w rankingu. Zresztą Pyrek, w porównaniu z innymi polskimi zawodnikami, i tak jest bardzo wysoko w światowej hierarchii...

- Zwłaszcza u Moniki pozycja w rankingu to jedno, zaś walka na mityngu to co innego. Monika jest bojowa i walczy do upadłego, zwykle przeskakując zawodniczki, które znajdują się wyżej w rankingu. Martwić może jedynie to, że Monika się nie rozwija, że jej rekord życiowy jest stary, zaś konkurencja rozwija się dynamicznie. Weźmy na przykład Marcina Jędrusińskiego [26. zawodnik sezonu na świecie w biegu na 200 m, 55. czas - rl]. W zeszłym roku najlepszy czas osiągnął na głównej imprezie - w mistrzostwach Europy w Monachium. Jestem pewien, że sytuacja się powtórzy w Paryżu, zaczekajmy z ocenami na koniec tej imprezy. Sztafeta 4x100 m, która mówi jednak coś o stanie lekkiej atletyki, to równa, mocna grupa z nadziejami na przyszłość.

Jak to równa? Gdzie jest teraz utalentowany Marcin Urbaś, którego wyników nie można odnaleźć w żadnym rankingu...

- W przypadku Marcina, przyznaję, że trzeba coś zmienić. Musi być większa kontrola treningu, w czasie kiedy Marcin jest poza zgrupowaniami. On jest studentem krakowskiej AWF, zaś jego trener jest z Poznania. Po kontuzji powstały zaległości treningowe, których nie sposób nadrobić na odległość.

Paweł Januszewski tak jak Pan twierdzi, że teraz trzeba się wyleczyć i przygotowywać do startu w Atenach. Czy igrzyska nie są słowem-wytrychem, dzięki któremu po prostu utrzymuje się stan słabości...

- To nie jest tak, że nic się nie zmienia, a my nic nie oceniamy. Zawodnicy, którzy nie wykonają w tym sezonie założeń, będą mieli problemy na jesieni, kiedy tworzyć będziemy reprezentację olimpijską. Wiadomo już, że ta sprawa dotyczy zawodników, którzy nie wystartują w Paryżu, ponieważ zasada jest taka, że do kadry olimpijskiej tzw. A kwalifikują się ci, którzy zajęli co najmniej ósme miejsca na mistrzostwach świata. Jest jeszcze kadra olimpijska B, różnice między tymi dwoma grupami są przede wszystkim finansowe, ale również w kadrze B jest odrobinę mniej wyjazdów szkoleniowych. Pod koniec listopada, na początku grudnia sztab olimpijski będzie zatwierdzał skład kadry i pewnie będzie brał pod uwagę kontuzje zawodników.

Moim zdaniem polscy lekkoatleci są w słabszej formie niż rok temu czy dwa lata temu. Czy Pan liczy na jakieś sukcesy medalowe podczas mistrzostw świata w Paryżu?

- Z tych, którzy powinni walczyć o medale, w porównaniu z Edmonton ubyli Paweł Czapiewski i Szymon Ziółkowski, teoretycznie więc szans jest tylko o dwie mniej. Moim zdaniem o medale mogą walczyć Monika Pyrek, Robert Korzeniowski, Kamila Skolimowska i Aleksander Waleriańczyk. W jego przypadku bardzo dobrze się stało, że mityng w Eberstadt był nieudany. Teraz Waleriańczyk ma większy dystans, co da mu więcej zimnej krwi w decydujących chwilach konkursu w Paryżu.

Czyli - moim zdaniem - są cztery szanse medalowe. Podobnie było w Edmonton, choć tam okazało się, że udało się zdobyć medale częściowo nie w tych konkurencjach, w jakich się spodziewaliśmy. Zaskakujące medale zdobyli Paweł Czapiewski i Monika Pyrek.

Niedawno rozmawiałem z prezesem PKOl Stefanem Paszczykiem i ukuliśmy sobie pewną teorię na temat stanu lekkiej atletyki przed mistrzostwami w Paryżu i igrzyskami w Atenach. Otóż w 1999 roku przed mistrzostwami świata w Sewilli mieliśmy spore nadzieje na sukces, skończyło się na jednym medalu, czyli było bardzo skromnie. I to był wstrząs, który spowodował wzmożona pracę, która z kolei spowodowała dobry start w Sydney. Jeżeli nawet te mistrzostwa będą nieudane albo będą skromnym sukcesem, to będzie to zdrowym wstrząsem, który da czas na - nie wiem, czy to najlepsze słowo - opamiętanie.