Sport nie kocha kobiet [ROZMOWA Z MONIKĄ PYREK]

- W sporcie bez przerwy jesteś w pracy. Nawet macierzyństwo musisz mu podporządkować - mówi Monika Pyrek. Była medalistka mistrzostw świata i Europy w skoku o tyczce rozumie, dlaczego Justyna Kowalczyk za sukcesy płaci teraz własnym zdrowiem
O walce z depresją i ludziach, którzy mają ją za sobą, przeczytaj w książkach >>

Łukasz Jachimiak: Czytała pani wywiad z Justyną Kowalczyk?

MONIKA PYREK: Tak i teraz dużo o Justynie myślę. Zaskakujące jest zwłaszcza to, że Justyna mówi aż tak otwarcie. Ale jeśli zna się sport od podszewki, to łatwiej zrozumieć, że Justynie mogło się coś takiego przydarzyć.

Dlaczego?

- Miałam szczęście, że swojego męża poznałam dawno temu, kiedy jeszcze nie miałam zbyt wielu sportowych sukcesów. Znalazłam więc osobę, która poznała i pokochała mnie-Monikę, a nie mnie-sportowca. Ale Jelena Isinbajewa wiele razy mówiła mi, że mężczyźni, których poznaje, widzą w niej wielką gwiazdę, a ona chciałaby spot-kać kogoś, kto w niej dostrzeże zwykłą dziewczynę. Mój mąż kilka lat temu zawiesił pracę zawodową, żeby jeździć ze mną na zgrupowania, żebym nie była sama przez 300 dni w roku. To było konieczne, by w miarę normalnie funkcjonować.

Sport to taka praca, której nie da się wykonać od godz. 8 do 16, bo tu bez przerwy jesteś w pracy. Po treningu musisz dbać o odpoczynek, skupić się na diecie, nie możesz się bawić. Dla mnie zawsze najtrudniejszy był brak spontaniczności. Wiele razy chciałam zadzwonić do znajomych i się z nimi umówić, wyjechać gdzieś na tydzień, zresetować się. A nie mogłam. Sport trzeba uwzględniać we wszystkich planach nawet na dwa lata do przodu. Najwięcej sportowych dzieci rodzi się w latach poolimpijskich. To jest w sporcie okrutne, że nawet tak ważną rzecz jak macierzyństwo trzeba mu podporządkować. Ina-czej nie będzie sukcesu.

A bez sukcesu nie ma gwarancji dochodów na następny rok, można stracić sponsorów...

- Kiedyś obejrzałam program telewizyjny, w który amerykańscy psychologowie mówili o stresie startowym. Według nich jest on porównywany do stresu, jaki człowiek odczuwa w momencie zagrożenia życia. Wystarczy pomyśleć, ile razy w trakcie sezonu sportowiec przeżywa tego rodzaju emocje, żeby zrozumieć, jak to działa na jego psychikę. Jeżeli poza sportem nie ma się tego drugiego, prywatnego świata, bardzo trudno to wszystko znieść. Przed Igrzyskami Olimpijskimi w Atenach w 2004 roku byłam tak skupiona na przygotowaniach, że postanowiłam zawiesić studia. Zrobiłam to, choć to miał być mój ostatni rok. Uznałam, że igrzyska są najważniejsze, wszystko im podporządkowałam. Niestety, medalu nie było, po zajęciu czwartego miejsca byłam bardzo rozżalona. Rok później obroniłam pracę magisterską, miałam więc odskocznię od sportu. I od razu skakałam wyżej, zdobyłam srebrny medal mistrzostw świata.

Przez wiele lat zastanawiałam się, czy mogę mieć psa. Bardzo chciałam, ale bałam się, że bez przerwy podróżując, będę tego psa zamęczać. Nie zdecydowałam się, ale ciągle oglądałam hodowle, interesowałam się. Po igrzyskach w Pekinie mój mąż postanowił bez mojej wiedzy tego psa kupić. Któregoś dnia przywiózł mi go na stadion. Później, kiedy spędzałam trzy miesiące w Spale, każdego dnia zabierałam psa na spacer, co było namiastką domu. Jego brak w ostatnich latach już bardzo mocno mi doskwierał. Przeszkadzało mi, że nie mam swojej szafy, swojego łóżka, że moje życie jest w torbie. To był jeden z głównych powodów mojej decyzji o zakończeniu kariery.

Kilka lat temu powiedziała pani, że występ w "Tańcu z gwiazdami" był lekiem na depresję...

- Diagnozy nie było. Była duża niechęć do treningu, do środowiska, do widzenia siebie w sporcie. U Justyny jest inaczej. Ona wraca do sportu, bo ten świat ma ułożony, w nim teraz czuje się bezpieczniej.

Wspomniała pani o macierzyństwie - gdyby wszystko dobrze się ułożyło, Justyna Kowalczyk dziś by się nim cieszyła. Jak pani.

- Nie wyobrażam sobie bólu, jaki musiała i musi znosić. Pamiętam, jak źle było mi, kiedy planowałam dziecko, a lekarze mówili, że po tylu latach w sporcie nie wiadomo, czy mi się uda. Nie dziwię się, że podczas ostatnich startów, w tym olimpijskich, Justynie trudno było się przejmować rywalizacją, zajmowanymi miejscami. Przecież teraz miałaby zupełnie inne życie. Dla kobiet sport jest niewyobrażalnie trudny.

Zazdrości pani kolegom, którzy mając dzieci, nie muszą ze sportu rezygnować?

- Zazdroszczę Tomkowi Majewskiemu i Piotrkowi Małachowskiemu, że kiedy decydowali się na dzieci, nie musieli karier zawieszać albo kończyć, nie mieli takich dylematów. Kobieta w sporcie ryzykuje, decydując się na macierzyństwo późno, kiedy jej najlepszy wiek na to już mija. A sytuacji dziewczyn, które nie mogą zajść w ciążę i przeżywają dramaty poronień, jest bardzo dużo. Niestety, dzieje się tak też dlatego, że dla sportsmenek w ciąży nie ma świadczeń, nikt nie gwarantuje im opieki. U nas jest zwątpienie, czy po urodzeniu dziecka zawodniczka wróci do formy, i zastanawianie się, czy warto jej pomagać.

Kiedy pracowałam w Polskim Komitecie Olimpijskim, z Komisją Sportu Kobiet walczyłyśmy m.in. o to, żeby żeglarka Zofia Klepacka dostała pomoc i na zgrupowania mogła z nią jeździć opiekunka i zajmować się dziećmi, gdy ona będzie trenowała. Jeżeli masz stypendium w momencie, w którym zajdziesz w ciążę, to jesteś jeszcze w niezłej sytuacji, bo jakieś pieniądze będziesz dostawać, choć nieludzkie jest oczekiwanie, że zaraz po porodzie wrócisz na szczyt, a musisz być na topie, żeby sobie zapewnić pieniądze na kolejny rok. Natomiast w fatalnej sytuacji są te dziewczyny, które zachodzą w ciążę, nie mając stypendium. Niestety, sport nas naprawdę nie rozpieszcza.

Justyna twierdzi, że to właśnie sport musi jej teraz pomóc. Pomoże?

- Wierzę w to, bo pomimo depresji Justyna pokazuje, jak silną jest osobą.