Sport.pl

Po ośmiu miesiącach walki z kontuzją Czapiewski znów biega

- Wszystkiego próbowałem i nic. Nie pomogła nawet znachorka z Lubartowa, maść ze świstaka i okłady ze świeżego sadła świni - opowiada Gazecie 800-metrowiec Paweł Czapiewski.


Bieg na 800 metrów, mistrzostwa świata w Edmonton w 2001 roku. Paweł Czapiewski nieoczekiwanie - bo przed zawodami miał 18. czas sezonu - po fantastycznych finiszach z ostatniego miejsca awansuje do finału. Tam czekają Szwajcar Andre Bucher, Kenijczycy Wilfred Bungei i William Yiampoi, mistrz olimpijski Niemiec Nils Schumann, brązowy medalista z Sydney Marokańczyk Khalid Tighazouine, srebrny z Atlanty Hezekiel Sepeng z RPA.

Bungei - jak się później okaże, to również dla niego pierwszy wielki bieg z medalem na finiszu - narzuca dobre tempo, ale grupka, choć rozciągnięta, nadal trzyma się razem. Jednak oprócz Czapiewskiego, który biegnie daleko z tyłu.

Kiedy już nikt nie wierzy, że znów będzie świadkiem cudu, Polak wreszcie rusza do przodu. Kończy się ostatni zakręt biegu, zaczyna się ostatnia prosta. Czapiewski wyprzedza Schumanna, Sepenga, Tighazouine'a, Yiampoi. 0,1 s brakuje mu do Bungei. Bucher - też pierwszy wielki sukces - jest poza zasięgiem, zdobywa złoto.

Czapiewski stał się bohaterem. A został jeszcze większym, kiedy w marcu 2002 pokonał Buchera w halowych mistrzostwach Europy w Wiedniu. Biegnąc w pożyczonych butach, zdobył złoty medal.

Apetyt rósł w miarę poprawiania życiówki - Polak szykował się na mistrzostwa świata w Paryżu i na igrzyska w Atenach.

Ból - mój druh na zawsze

Czapiewski: - Trener szuka przyczyn wszędzie, ale żadnej nie jest pewien. Może uderzenie, może przeciążenie. Nie wiadomo. Pierwszy raz ukłuło mnie w stopie w sierpniu, potem zaćmiło we wrześniu, potem zaczęło boleć na poważnie. Ale lekkoatletów zawsze coś boli, my żyjemy z bólem. Dlatego go zlekceważyłem. Myślałem: "Przejdzie jak każdy wcześniej. Trzeba przebiegać. Z bólem".

Jednak żeby wyleczyć taką kontuzję, musi być przerwa. A ja jej nie chciałem. Moja siła jest w systematyczności. Powoli, powoli do przodu. Trener mówił, że nie wolno przerywać treningów, bo później trudno wrócić do szybkiego biegania. Bo ból jest jeszcze większy, kiedy walczy się o kolejne urywanie sekund, doganiając rywali, którzy nie mieli żadnych przerw. Więc biegałem.

Najpierw była nadzieja - zastrzyk sterydowy z diprofosu dał natychmiastową ulgę. W razie kontroli antydopingowych można usprawiedliwić się leczeniem kontuzji.

Pojechałem na obóz w grudniu, było znakomicie.

Pamiętam to ze szczegółami. Szóstego stycznia założyłem rano kolce i na pierwszej przebieżce ból się odezwał. I to ostro. Musiałem zejść z bieżni. Od tego momentu męczę się do dziś. Już myślę, że to ma wymiar psychiczny - stałem się wrażliwy na każde, nawet najdrobniejsze ukłucie, reagowałem na nie panicznie, starałem się inaczej stawiać stopę, aby ból zniknął, no i efekt był taki, że bolało mnie i tu gdzie zawsze, i gdzie indziej.

Okazało się, że po kilku zastrzykach diprofos odłożył się w stopie w postaci kryształków, które tarły o siebie, powodując jeszcze większy ból i stan zapalny.

- Przechodziłem wiele okresów załamania. Ostatni raz w Afryce, kiedy po dłuższym czasie bez bólu myślałem, że będzie wszystko w porządku. I nagle trach. I znów na kolacji pogrzebowy nastrój. Mistrzostwa świata w Birmingham oglądałem w telewizji. To były najgorsze momenty.

Poddawałem się. Myślałem o operacji. Mówiłem do trenera: "Koniec, tniemy, skończmy z tym raz na zawsze". Gdybym to zrobił, prawdopodobnie biegałbym dużo gorzej - stopa z przeciętym rozcięgnem, a na tym polega zabieg, nie potrafi się dynamicznie odbić od podłoża.

Jednak trener okazał się twardy. Mówił, żebyśmy mimo wszystko spróbowali. Wreszcie podjęliśmy desperacką decyzję o sześciu tygodniach przerwy. Koniec.

Ponieważ jednak każdy tydzień bez biegania to dwa tygodnie odrabiania strat, trener wymyślił więc, jak możemy ćwiczyć. Biegałem zawieszony w wodzie w szelkach, kamizelce, kapoku tak jak słynny Dieter Baumann. Biegałem trening czasowy, interwały. Tylko w wodzie, nie dotykając dna, siedem tygodni po dwie godziny dziennie. Ja, który nigdy w życiu nie spędziłem w basenie więcej niż 20 minut. Studenci oglądali mnie jak zjawisko. - Niepełnosprawny, co? - pytali ratowników, widząc mnie męczącego się w basenie.

Podobno poprawiłem technikę.

To, że wciąż biegam, że wciąż mam szansę na start w mistrzostwach świata, zawdzięczam trenerowi. Dzięki tej długiej przerwie wyleczyliśmy ścięgno, a teraz walczymy ze zwapnieniami i zeszkliwieniami po diprofosie. Ból - mój druh - jest przy mnie nadal.

Chodziłem do lekarzy i masażystów Wisły Kraków. Oni przygotowali mi tę nogę do wysiłku. 30 kwietnia po raz pierwszy zacząłem biegać. Po czterech godzinach truchtu przez trzy dni miałem zakwasy jak nigdy w życiu. Bo po prostu przez sześć tygodni zupełnie zapomniałem bieganie.

Noga cały czas mnie boli, choć nie podczas biegania. Mówili mi, że będzie boleć. Bo musi boleć. Boli przy siedzeniu i leżeniu, przy bieganiu nie. Chucham i dmucham teraz na tę moją stopę. Bo wiem, że coś w tej stopie siedzi.

Stopa - moje życie

- Kiedy wszyscy moi rywale przygotowywali się do startu, ja wciąż truchtałem. Kiedy oni zaczynają startować, ja wciąż truchtam. Jestem odcięty od stresu z zawodami.

Pierwszy start zaplanowałem na początek sierpnia, w Sztokholmie. I czeka mnie wielka niewiadoma.

W tym całym smutku widzę dwa plusy: jeden - uniknąłem operacji, drugi - że nawet jak pobiegnę 1,48 (bardzo słaby czas jak na zawodnika, który liczył na zejście poniżej 1,44 min - red.), to oznacza, że w przyszłym sezonie nie zacznę od zera. Oczywiście nastawiam się nie na 1,48, ale na 1,45. Chcę jechać do Paryża na mistrzostwa świata, nawet jeśli nie wypełnię wymogów IAAF lub PZLA. Jako medalista mam prawo do trochę lepszego traktowania. Formę będę budował na bardzo kruchych fundamentach, ale na dwa, trzy starty powinna wystarczyć, czyli właśnie na mistrzostwa świata. Jestem optymistą.

Trening przy stadionie Wawelu. Czapiewski to drobny chłopak, kostyczny, ale uda ma zwierzęce, antylopie. 28 stopni, salka bez wentylacji, zaduch jak w garkuchni w Bangkoku. Paweł zakłada na kark sztangę z talerzami i dynamicznie skacze. Mięśnie grają imponująco i aż dziw, że w tym instrumencie cokolwiek się zepsuło.

- Dla mnie noga to życie. Nie mogłem więc usiedzieć w jednym miejscu. Nie mogłem dopuścić do myśli, że nie zrobiłem wszystkiego, aby wyleczyć stopę.

Byłem u wielu medyków i paramedyków. Dostawałem telefony od znajomych znajomych, których nie widziałem od stu lat, a nawet nieznajomych. Do klubu przychodziły listy z adresami lekarzy.

Byłem u znachorki Serwinki pod Lubartowem, która stosuje ludowe metody leczenia, bo zwykli lekarze nie wiedzieli, jak leczyć stopę sportowca biegacza. A próbowali wszystkiego. We współczesnej nauce chyba nie ma metody, której bym nie wypróbował. Prądy o wysokich częstotliwościach, krioterapia, sterydy.

Serwinka powiedziała, żebym zastosował zewnętrznie sadło świni, maść ze świstaka w okładach z bułki. Sadło ze świni miałem z rzeźni.

Byłem w centrum terapii manualnej. Tam były straszne rzeczy, stymulowanie stopy nakłuciami w część lędźwiową kręgosłupa.

Rozbijano kryształki diprofosu falami mechanicznymi, stymulowano stopę naciskami wewnątrz odbytu. Dużo przeżyłem, aby biegać.

Kolce leżą gdzieś w szafie

- Być może podjęliśmy z trenerem tak wielkie ryzyko, bo poprzedni sezon miałem naprawdę znakomity. Regularnie biegałem poniżej 1,45, na bardzo wysokim poziomie. I gdyby te czasy poniżej 1,45 były podstawą, z której się odbiję na ten sezon, to mógłbym walczyć o najwyższe cele.

Nie mam teraz pretensji do siebie ani trenera, choć w tym roku w Golden League są starty na 800 metrów, a jak nie biegam, nie zarabiam na chleb. Oglądałem halowe mistrzostwa świata i denerwowałem się, bo mogłem walczyć o zwycięstwo. Cóż, podjęliśmy ryzyko i przegraliśmy tę bitwę. Ale możemy jeszcze wygrać wojnę, choć podobno 80 proc. sportowców nie wraca do sportu po takiej kontuzji. Mam 25 lat i przed sobą co najmniej pięć lat biegania. To dużo. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Skąd się bierze mój optymizm? Z umiejętności życia w stresie, z czystej rywalizacji, w której nigdy nie wiadomo, co się stanie.

Kolce gdzieś w domu leżą. Czekają.



Mocny rok jak nigdy

Jakie ma szanse na sukces Czapiewski w 2003 roku, mówi pośrednio zestawienie z najlepszymi wynikami z ostatnich czterech lat. Okazuje się, że w tym sezonie biega najwięcej zawodników (i najczęściej) na najwyższym poziomie - aż 46 razy zawodnicy pobiegli poniżej 1,45 min. Wzięliśmy pod uwagę osiągnięcia od 1 stycznia do 24 lipca. - Mam nadzieję, że ten pęd się skończy w drugiej części sezonu - skomentował fantastyczną formę rywali Czapiewski.

800 metrów

różnice poziomów w sezonach

2003 - aż 46 czasów poniżej 1,45 osiągnęło aż 16 zawodników (najlepszy 1,43,05)

2002 - 18 czasów poniżej 1,45 osiągnęło 10 zawodników (najlepszy 1,43,76)

2001 - 36 czasów poniżej 1,45 osiągnęło 14 zawodników (najlepszy 1,42,90)

2000 - 20 czasów poniżej 1,45 osiągnęło 10 zawodników (najlepszy 1,43,12)



Stopa biegacza

Czapiewskiemu zdarzyła się dość nietypowa dla zwykłych ludzi kontuzja - zapalenie przyczepu rozcięgna podeszwowego w końcu piętowym - zaczynająca się najczęściej od zbicia podeszwowej części stopy. Rozcięgno podeszwowe łączy piętę z kośćmi śródstopia. Nie wiadomo, co spowodowało kontuzję Czapiewskiego. Albo zmęczenie tzw. marszowe, czyli nawarstwianie się mikrourazów, albo uderzenie stopy w kamień.

Kontuzja ta zdarza się często lekkoatletom, których aparat ruchowy jest najbardziej obciążony nie tylko przez bieganie, ale również np. przez specjalistyczne ćwiczenia na siłowni.

Po kuracji sterydowej u Czapiewskiego doszło do komplikacji - powstały krystaliczne resztki sterydów w wiązkach mięśni i na powierzchni więzadeł, co powodowało mocny ból. W sumie osiem miesięcy przerwy w bieganiu.