Waleriańczyk dla Gazety: Mogę skoczyć nawet 2,40!

Myślę, że w tym sezonie mogę skoczyć 2,40 - mówi Aleksander Waleriańczyk, młody polski skoczek wzwyż, który może stać się sportową rewelacją roku 2003.


Za miesiąc lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Paryżu, a 21-letni Aleksander Waleriańczyk niesamowitym występem w młodzieżowych mistrzostwach Europy w Bydgoszczy wskoczył niespodziewanie na pozycję faworyta do medalu. W niedzielę zupełnie nieoczekiwanie skoczył 2,36 m - najlepiej w tym roku na świecie! Do rekordu Polski Artura Partyki (2,38) zabrakło dwóch centymetrów. Tymczasem jeszcze w czerwcu na Otwartych Mistrzostwach Krakowa z trudem pokonywał 2,15 m.

- Na skoki na wysokość 2,35 może sobie pozwolić tylko światowa elita - mówi Artur Partyka. Tymczasem Waleriańczyk pokonał 2,34 w pierwszej próbie, a 2,36 w drugiej. Bez wysiłku. Za tydzień mityng w niemieckim Eberstadt, gdzie w 1980 roku rekord świata pobił Jacek Wszoła, a w 1996 roku rekord Polski Artur Partyka...



Radosław Leniarski: Dlaczego nie zaatakował Pan w Bydgoszczy od razu rekordu Polski? Artur Partyka stwierdził, że gdyby zrobił to Pan po wygraniu konkursu na wysokości 2,29, pobiłby Pan jego rekord...

Aleksander Waleriańczyk: Nie wiedzieliśmy z trenerem, że może być tak dobrze. Stąd pomysł na skakanie 2,34 - młodzieżowy rekord Polski. A potem... 2,36, żeby skoczyć wyżej, ale nie za wysoko. Żeby pokonać tę wysokość. Mnie kusił rekord Polski, ale jak już podjąłem tę decyzję, bałem się trochę, że będę zbyt zmęczony, że nie wytrzymam. No i rzeczywiście, jak się okazało, byłem zmęczony na koniec.

Dla mnie te wyniki to totalny szok. Nie wiedziałem, że jestem w stanie tyle skoczyć. W Bydgoszczy chciałem skoczyć 2,30 i wywalczyć medal. Bałem się, czy wytrzymam presję, bo byłem faworytem, ale udało się, wybrnąłem jakoś z tej sytuacji. No i był rekord mistrzostw Europy młodzieżowych, młodzieżowy rekord Polski. Pobiłem rekord życiowy.

A do tego wszystkiego ja w ogóle nie czułem, że skaczę tak wysoko. Nie mam przed tymi wysokościami żadnej bariery psychicznej. Może dlatego, że wiem, że jestem dobrze przygotowany pod względem motorycznym, że mam odpowiednią wagę. Więc tylko latam i nie czuję, jak jestem wysoko. Na wysokości 2,36 skacze mi się tak samo, jakbym skakał na 2,27. Leci mi się wyżej i wynik dopiero mówi o tym, że było tak wysoko.

W Bydgoszczy trener [Piotr Bora - red.] popłakał się ze szczęścia. On traktuje sport bardzo emocjonalnie. Ja sam mniej się cieszyłem, jakoś mnie tak bardzo nie ruszyło. Jestem bardziej stonowany, ale może tak trzeba, bo w skoku wzwyż nerwy mogą człowieka zjeść i może być po konkursie.

Czy trener wierzył w to, że Pan skoczy tak wysoko?

- Na początku sezonu skoczyłem 2,20, co jest całkiem niezłym wynikiem jak na początek sezonu. Zresztą tak samo jak rok temu, ale wówczas waga nie wróżyła zbyt wielkiej progresji. W tym roku zaczęła waga spadać.

Ma Pan jakiś pomysł na wyjaśnienie tej lawiny świetnych wyników?

- Oczywiście. Tylko waga. To od razu się przekłada na skakanie.

Skoro to tylko chodzi o wagę, dlaczego nie próbował Pan schudnąć w zeszłym roku?

- To nie tak łatwo. Dopiero teraz trafiłem na to, jak to zrobić. I dlatego udało się skakać wysoko w tym roku.

Jak wygląda ta dieta cud?

- To mój sekret. Nie mogę zdradzić, bo pół Polski zacznie skakać wysoko. Ja mam 195 cm wzrostu. Gdy skoczyłem 2,20 w Bielsku-Białej, ważyłem 80-81 kg. Teraz ważę 78 kg i od razu przyszły wyniki. Skoczek przy moim wzroście powinien ważyć jeszcze mniej. Artur Partyka przy wzroście 192 ważył 70 kg. Co prawda on jest innej budowy, ja jestem mocniejszej postury, ale mimo to ważę jeszcze za dużo. Czuję to na treningu, bo my nie tylko ćwiczymy technikę, ale również mnóstwo wieloskoków, skoków w dal, rzuty kulą w przód, tył. To wszystko mówi o poziomie mocy. I można z tego łatwo wyczuć, czy się za dużo waży.

Co do diety... Jem dużo słodyczy. Więcej nie powiem. Jem w sumie mało, ale w mojej diecie jest bardzo dużo słodyczy. No i oczywiście nie biorę do ust śmieci. Te słodycze to batony, czekolada, ciastka. Do tego muszą zostać spełnione inne zasady żywienia, np. częstotliwość posiłków. Włączając w to pracę, w której większa część słodyczy się spala, można schudnąć, choć wydawałoby się, że nie ma już z czego.

W Bydgoszczy przekroczył Pan chyba jakąś barierę psychologiczną. To co niemożliwe przed niedzielnymi zawodami stało się możliwe. Gdzie teraz jest granica Pańskich możliwości?

- Nie wiem. Myślę jednak, że w tym sezonie mogę skoczyć 2,40, że nie jest to nieosiągalne. Przed zawodami w Bydgoszczy myślałem, że jest to nieosiągalne. Ten skok to zmienił. Ale może się okazać, że to jest szczyt mojej formy, że dalej się już nie rozwinę. Nie wiem, po prostu to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie.

W zupełnie innej sytuacji jedzie Pan do Paryża na mistrzostwa świata. O ile będzie łatwiej niż w Monachium na mistrzostwach Europy?

- W Monachium dałem plamę, ale nie wiedziałem, jak powinienem się zachować. Teraz już tego nie będzie. Co prawda na stadionie nie wolno słuchać muzyki, bo nie można używać sprzętu grającego, ale będę się starał odizolować, nie patrzeć na skocznię, obserwować trybuny, patrzeć po ludziach, a nie na przeciwników. Tak, aby się nie spalać. Bo przecież i tak wszystko zależy od tego, jak ja skoczę. Nie walczymy w ringu.