Cały świat szuka dopingu na Jamajce

Usain Bolt wścieka się, że traci pieniądze przez oskarżenia pod adresem rodaków. Ale wiara w czystość sportowców na wyspie została w ostatnich miesiącach mocno podważona przez samych Jamajczyków
- Przestańcie rzucać bezpodstawne oskarżenia, w mediach mówi się o nas dużo nieprawdziwych rzeczy - mówił Bolt kilka dni temu dla "Daily Telegraph".

Sześciokrotny mistrz olimpijski ujawnił, że przez ataki na rodaków stracił duży, kilkuletni kontrakt sponsorski, być może wart kilka milionów dolarów. - Pojawiła się duża firma, negocjowaliśmy, potem firma wynajęła agencję marketingową, która sprawdzała, czy to się opłaca. Agencja odradziła kontrakt, bo powiedziała, że wszyscy Jamajczycy mogą nie pojechać na igrzyska w Rio de Janeiro w 2016 r. z powodu dopingu. Przecież to bzdury! - denerwował się Bolt.

W podobnym tonie wypowiadała się Shelly-Ann Fraser-Pryce, dwukrotna mistrzyni olimpijska na 100 m, która zagroziła bojkotem mityngów, jeśli świat nie odczepi się od Jamajczyków. Pretensje miała m.in. do rodzimych działaczy lekkoatletycznych, którzy jej zdaniem powinni bronić swoich sportowców. - Jak trzeba iść na bankiet czy gdzieś wyjechać, jesteście pierwsi, ale jak trzeba wstać i powiedzieć: dość kłamstw, to nie ma odważnego - powiedziała Fraser-Pryce po odebraniu w Monte Carlo nagrody dla najlepszej lekkoatletki sezonu.

Burza wokół Jamajczyków rzeczywiście jest potężna, ale też uzasadniona.

W tym roku na dopingu złapano ośmiu sportowców z tego kraju, wśród nich byłego rekordzistę świata na 100 m Asafę Powella i nie mniej utytułowane sprinterki Sherone Simpson i Veronicę Campbell-Brown.

Na początku listopada Międzynarodowa Agencja Antydopingowa (WADA) wysłała na wyspę kontrolerów, żeby przeprowadzili audyt i sprawdzili, czy lokalne władze antydopingowe dobrze wypełniają swoje zadania. Audyt zarządzono po wstrząsającym wywiadzie, jakiego udzieliła była szefowa jamajskiej agencji antydopingowej. Renée Anne Shirley powiedziała m.in., że między marcem a lipcem 2012 r., czyli tuż przed igrzyskami w Londynie, na Jamajce nie przeprowadzono ani jednego niezapowiedzianego testu krwi, a w całym 2012 r. takich testów było raptem dziewięć. Według niej na wyspie badano u sportowców głównie mocz, w którym nie da się wykryć nowoczesnych środków - hormonu wzrostu czy EPO. Z jej opowieści wyłaniał się ponury krajobraz, w którym światowej klasy sportowcy mierzący w złote medale olimpijskie byli otoczeni antydopingowym średniowieczem - kontrolerów było za mało, sprzęt i metody przestarzałe, na wszystko brakowało pieniędzy. W USA w 2012 r. w samej lekkoatletyce przeprowadzono 2279 testów, na Jamajce - 106, w tym ledwie 68 poza zawodami.

Po tych rewelacjach John Fahey, odchodzący szef WADA, zagroził, że Jamajka może zostać wyłączona ze światowego systemu antydopingowego i niedopuszczona do igrzysk, a Paul Wright, jamajski ekspert od dopingu z 30-letnim stażem, mówił BBC, że tegoroczne przypadki dopingu mogą być wierzchołkiem góry lodowej.

Kolejny cios zadał kilka dni temu "Wall Street Journal", który podważył wiarygodność obecnego szefa jamajskiej agencji antydopingowej - Herba Elliota. Dziennikarze nie mogli odszukać jego dyplomów z chemii i biochemii na Columbia University i Université Libre w Brukseli, które rzekomo skończył. - Żona umarła trzy lata temu, od tej pory nie umiem znaleźć w domu wszystkich dokumentów - tłumaczył się Elliot, ale zapowiedział, że dla dobra agencji odejdzie.

Wyniki audytu WADA na Jamajce mają być znane w przyszłym tygodniu. Bez względu na to, jaka będzie ich konkluzja, Jamajczyków uratują zapewne Amerykanie, którzy zapowiedzieli już zastrzyk gotówki na testy antydopingowe. Budżet agencji w Kingston znacząco się zwiększy, pozwoli przeprowadzić nie 300, ale 400 testów w 2014 r.

- Jak trzeba coś zmienić, zróbmy to szybko, bo szkoda czasu. Idźmy dalej - niecierpliwi się dopingowo czysty Bolt, który wg "Forbesa" zarabia rocznie 20 mln dol. na kontraktach sponsorskich.

Jamajczyków i Kenijczyków - też są atakowani, mieli 17 przypadków dopingu od 2012 r. - bronił też szef Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej Lamine Diack. Jego zdaniem ewentualne słabości systemów w tych krajach wynikają z biedy. - Mają dobre chęci, nie zawsze mają pieniądze - mówił Diack.

- Mamy światowej klasy sportowców i chałupniczy system antydopingowy. Potrzebny jest nowoczesny, bez niego nie uratujemy wiarygodności naszych największych gwiazd, choćby były czyste jak łza - stwierdziła Renée Anne Shirley.