Moskwa 2013. Majewski skazany na samotność?

W piątkowym finale pchnięcia kulą na mistrzostwach świata w Moskwie Tomasz Majewski będzie jedynym Polakiem. Awansować do najlepszej "12" nie zdołał Jakub Szyszkowski. Ale za kilka lat, gdy dwukrotny mistrz olimpijski zakończy karierę, godnie zastępować go ma i wspomniany mistrz Europy młodzieżowców, i 16-letni obecnie miotacz, który w przeszłości był już m.in. bokserem, pływakiem i siatkarzem, Konrad Bukowiecki. Tylko czy nasze talenty nagle nie staną w rozwoju jak były rekordzista świata kadetów, Krzysztof Brzozowski? Finał pchnięcia kulą w piątek od godz. 18.10. Relacja na żywo w Sport.pl
- Sezon 2016 będzie moim ostatnim w karierze. O ile w ogóle wytrzymam do tego czasu - mówi Tomasz Majewski. Dwukrotny mistrz olimpijski planuje zakończyć karierę po igrzyskach w Rio de Janeiro. Znaczy to, że trwające mistrzostwa świata w Moskwie są dla niego najpewniej przedostatnimi w karierze. Za dwa lata, podczas czempionatu w Pekinie, a więc tam, gdzie w 2008 roku zaczęły się jego wielkie sukcesy, kibice z wolna zaczną żegnać wielką postać polskiego sportu. Teoretycznie w kole szybko powinien stanąć jego następca, bo akurat w pchnięciu kulą zdolnej młodzieży nam nie brakuje.

Polski Storl? Nie ma

- Ze wszystkich młodych zawodników największe szanse, by w przyszłości zająć miejsce Tomka, ma Jakub Szyszkowski - mówi trener Majewskiego i zarazem wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, Henryk Olszewski.

- To rzeczywiście nasz materiał na przyszłość. Dobrze, że zobaczył wielką, seniorską imprezę, bo to dla niego okazja do nauki - mówi Majewski o 22-letnim koledze, który w Moskwie, w swym debiucie na mistrzostwach świata, odpadł w eliminacjach (zajął 16. miejsce).

Szyszkowski pchnął w nich na odległość 19,36 m. To wynik gorszy od jego tegorocznej "życiówki" aż o 80 cm. Gdyby zawodnik Śląska Wrocław pchnął w okolicach swojego rekordu, znalazłby się w 12-osobowym finale (jako ostatni wszedł do niego Czech Antonin Zalsky, z rezultatem 19,76 m).

- Jakub to bardzo ciekawy chłopak. Fizycznie jest już przygotowany na regularne przekraczanie granicy 20 metrów, ale ma jeszcze braki techniczne i musi spokojnie popracować nad głową - mówi Olszewski, do którego Szyszkowski przyjeżdżał na konsultacje.

Pewni możemy być jednego - Szyszkowski nie pójdzie już w ślady Davida Storla. W 2011 roku Niemiec zdobył złoto młodzieżowych mistrzostw Europy w Ostrawie, by za chwilę zostać mistrzem świata seniorów w Daegu. Polak w lipcu był najlepszy na mistrzostwach Europy młodzieżowców w Tampere, ale Olszewski słusznie wskazuje, że to dopiero jego pierwszy sukces. Storl już w 2010 roku, jako 20-latek, był czwarty na seniorskich mistrzostwach Europy w Barcelonie (po dyskwalifikacji Białorusina Andreja Michniewicza tytuł przypadł Majewskiemu), a do brązowego medalu zabrakło mu jednego centymetra.

Do znakomitego Niemca, który mimo bardzo młodego wieku w dorobku ma już złoto mistrzostw świata (2011) i mistrzostw Europy (2012, Helsinki) oraz srebro igrzysk (w Londynie był gorszy od Majewskiego o zaledwie 3 cm), na razie w żaden sposób porównać nie można też Dominika Witczaka, który w Tampere uplasował się zaraz za Szyszkowskim.

Rekin, który tonie

Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, jeszcze większą rewelacją światowej kuli niż Niemiec lada chwila mógłby być Krzysztof Brzozowski.

- Lekkoatletyka to mój ocean. Jestem w nim rekinem, a reszta nie potrafi nawet pływać - mówił w 2010 roku, przed wyjazdem do Singapuru, na pierwsze młodzieżowe igrzyska olimpijskie. 17-letni wówczas chłopak zdobył jedyny dla Polski złoty medal (inni sportowcy dołożyli jeszcze pięć brązowych krążków), bijąc rekord świata (23,23 m kulą ważącą 5 kg - seniorska waży 7,26 kg) i rewelacyjnego, niepokonanego od 32 konkursów Jacko Gilla.

Młodszy o rok Nowozelandczyk rekord odebrał Brzozowskiemu już w grudniu 2010 roku (23,86), a w grudniu 2011 roku sprawił sobie prezent na 17. urodziny, kolejny raz poprawiając najlepszy wynik (na 24,45 m). Gill już wtedy miał problem ze zdecydowaniem się, jak ciężką kulą powinien pchać. W wieku 16 lat i czterech miesięcy został najmłodszym zawodnikiem w historii, który złamał barierę 20 metrów [20,01 m, a kilka miesięcy później osiągnął 20,38 m], używając seniorskiej kuli. Jego rezultaty uprawniały go do startu na mistrzostwach świata w Daegu, ale nie pozwalał na to wiek. W Londynie Nowozelandczyk mógłby już walczyć w o olimpijską chwałę, ale uznał, że debiut na imprezie tej rangi woli zaliczyć w Rio, w 2016 roku. Skoncentrował się więc na juniorskich mistrzostwach globu i w lipcu 2012 roku, w Barcelonie, został mistrzem. Brzozowskiego wyprzedził o 42 cm (22,20 - 21,78 m). Czy to znaczy, że wkrótce pojedynki Gilla z Polakiem będą ozdobą najważniejszych zawodów?

- Nie - odpowiada znawca tematu, sędzia międzynarodowy IAAF, Janusz Rozum. Dlaczego nie? - Trener Brzozowskiego [Andrzej Kurdziel] tuż po Singapurze powiedział, że Krzysztof musi przejść na technikę obrotową, ponieważ jest za niski na klasyczną. Niestety, trzy lata prób nie dało powodzenia. Do tego doszły kontuzje. W efekcie jego rekord w pchnięciu kulą ważącą 7,26 kg wynosi 19,18 m i jest z 2011 roku. Wtedy Brzozowski miał 18 lat. W bieżącym roku osiągnął 18,76 m i nie zakwalifikował się na mistrzostwa Europy do lat 23 - tłumaczy komentator Eurosportu.

Rozum uważa, że Brzozowski to typowy przykład świetnego juniora, który wśród seniorów nie potwierdza potencjału. W świecie królowej sportu to zjawisko spotykane bardzo często, szczególnie w pchnięciu kulą, gdzie łatwo pogubić się między trzema kategoriami wiekowymi i trzema wagami sprzętu (5, 6 i 7,26 kg).

Nokaut w ringu? Lepiej w kole

Zupełnie inaczej ma się potoczyć kariera Konrada Bukowieckiego. Urodzony w 1997 roku miotacz już świetnie radzi sobie zarówno z kulą, jak i z dyskiem. Postawić ma na tę pierwszą, a najlepsze wyniki osiągać nie w świecie juniorów, ale za kilka lat. Bukowiecki już ma się czym pochwalić. W lipcu bieżącego roku zdobył złoty medal olimpijskiego festiwalu młodzieży Europy w pchnięciu kulą. W zawodach dla sportowców w wieku od 13 do 17 lat wywalczył też srebro w rzucie dyskiem. W maju w pchnięciu pięciokilogramową kulą poprawił swoją "życiówkę" o prawie dwa metry, a jego wynik - 22,33 m - to w kategorii juniorów młodszych piąty wynik w historii lekkiej atletyki. Ale osoby z jego najbliższego otoczenia zapewniają, że utalentowany 16-latek teraz nie goni wyników.

- Konrad zmienił technikę z doślizgu na obrotową. Zrobił to półtora roku temu, nie jest ona jeszcze tak doskonała, jak byśmy chcieli. Popełnia dużo błędów, szczególnie kiedy pcha mocno - opowiada jego ojciec i trener, Ireneusz Bukowiecki.

Rozum pytany o najbardziej utalentowanego polskiego kulomiota nie ma wątpliwości. - Stawiam na Konrada Bukowieckiego. Ojciec to były dziesięcioboista, więc chłopak mimo 16 lat ma już niezłą, wszechstronną przeszłość. A w kuli bardzo ważna jest sprawność ogólna. Widok Tomka Majewskiego skaczącego obunóż przez kilka płotków (106,7 cm wysokości!) na czas - palce lizać! - przekonuje komentator.

Majewski przygodę ze sportem zaczynał od trójskoku, próbował też swych sił w dysku, nadal pasjonuje go koszykówka. Bukowiecki pod względem sportowych zainteresowań od mistrza na pewno nie odstaje. - Konrad od dziecka uprawiał sport, a właściwie bawił się nim. Przez cztery lata pływał, jako 12-latek zajął w korespondencyjnych mistrzostwach Polski 22. miejsce na 50 m motylkiem. Dwa lata uprawiał judo i dwa razy był mistrzem województwa. Przez rok uprawiał boks, ale po znokautowaniu przeciwnika przestraszył się, że może zrobić komuś krzywdę, i zrezygnował - wylicza jego ojciec. - Poza tym trzy lata grał w siatkówkę, a w wymiarze symbolicznym trenował ju-jitsu i karate. Oczywiście zajmował się kilkoma dyscyplinami równolegle, np. dwa razy w tygodniu chodził na judo i dwa razy na siatkówkę - dodaje.

Teraz nasza nadzieja na przyszłość stawia już na to samo, na co kiedyś postawił Majewski. Oby Bukowiecki uzyskał podobny efekt.