Lekkoatletyka. Trudne początki Bolta: Źle założyłem kolce, trzęsły mi się ręce. Ogrom zawodów powalił mnie...

Byłem piętnastoletnim dzieciakiem i ogrom tego, co się działo, powalił mnie. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek odczuwał tak wielką presję. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z czymś podobnym. Byłem tak podekscytowany, że początkowo źle założyłem korki - lewy na prawą nogę, prawy na lewą. Trzęsły mi się ręce. Kiedy już udało mi się poprawnie założyć buty, prawie niemożliwe wydawało mi się zrobienie kilku kroków do przodu, nie mówiąc już o rozgrzewce. Czułem, że mojemu ciału brakuje energii. Zanosiło się na wielką katastrofę... - wspomina swoje pierwsze poważne zawody Usain Bolt. 14 sierpnia to dzień premiery jego autobiografii pt. ?9.58?.
9.58 to historia Usaina Bolta zilustrowana dziesiątkami starannie dobranych fotografii. To opowieść o chudym dzieciaku z Trelawny, skąd pochodzą podobno najlepsze słodkie ziemniaki na świecie, historia o dorastaniu upływającym na grze w krykieta i piłkę nożną w palącym jamajskim słońcu. Bolt zaprasza nas do sennej wioski Sherwood Content, z której pochodzi, przedstawia swoją rodzinę i przyjaciół, dzieli się urokami świata imprez i szybkich samochodów, a także zdradza, w jaki sposób zdołał pielęgnować swoją pasję, a w końcu zostać najszybszym człowiekiem na świecie.

Premiera książki 14 sierpnia. Można ją jednak kupić już teraz - w internetowej księgarni wydawnictwa SQN, labotiga.pl

9.58 cz. I: Początki

Kiedy tylko na dobre podporządkowałem się szkolnemu reżimowi treningowemu, wyniki przyszły natychmiast - zdobyłem srebrny medal w biegu na 200 metrów w mistrzostwach Jamajki szkół średnich, a także srebrne krążki w biegach na 200 i 400 metrów w zawodach dla biegaczy poniżej siedemnastego roku życia zorganizowanych w 2001 roku na Barbadosie. Kiedy w kolejnym roku konkurs przeniósł się do stolicy Bahamów, Nassau, zamieniłem srebrne medale na złote, ustanawiając przy okazji rekordy w obu konkurencjach. Właśnie wtedy zostałem ochrzczony przydomkiem Bolt Błyskawica. Już wcześniej regionalne media lubiły nazywać mnie Bolt Grzmot, z czego koledzy mieli niezły ubaw. Na szczęście drugie z określeń brzmiało o wiele lepiej - Bolt Błyskawica trafiało w sedno: błysk i już cię nie ma. Kiedy przekraczałem linię mety w biegu na 200 metrów, tłum skandował: "Bolt Błyskawica, Bolt Błyskawica", a ja chciałem, aby robili to głośniej i głośniej. To było naprawdę świetne.

Podczas mistrzostw świata juniorów w 2002 roku wciąż miałem tylko piętnaście lat, ale na szczęście odbywały się one na miejscu, w Kingston. W zawodach brali udział ludzie poniżej dwudziestego roku życia. Byłem sporo młodszy od większości biegaczy, nie wyglądałem jednak na swój wiek, mając ponad 195 centymetrów wzrostu. To był ten jeden jedyny raz, kiedy naprawdę odczuwałem presję. Poświęcano mnóstwo uwagi mnie oraz sprinterce Anneishy McLaughlin. Wiele osób postrzegało nas jako przyszłe gwiazdy. Być może na niej ciążyła jeszcze większa presja, ponieważ na poprzednich mistrzostwach zdobyła srebrny i brązowy medal.

Była tam lista pokazująca najlepsze czasy z ubiegłego roku. Zajmowałem na niej piąte miejsce, ale żaden z wyprzedzających mnie biegaczy nie pojawił się w Kingston. Oznaczało to, że mam naprawdę spore szanse na wygranie przed własną publicznością. W późniejszych latach byłbym rozczarowany nieobecnością rywali, gdyż możliwość pokazania, że jestem w stanie pokonać każdego, jest dla mnie bardzo ważna, ale na tamtych zawodach liczyło się jedno - im mniej konkurentów, tym większa szansa na zwycięstwo.

Po zakwalifikowaniu się do finału na 200 metrów byłem niesłychanie zdenerwowany, gdy wychodziłem przez tunel na nasz stadion narodowy. Tłum wrzeszczał i piszczał, ale byłem przekonany, że to na cześć Anneishy, której wyścig odbywał się tuż przed moim. Dopiero kiedy postawiłem stopę na torze, do moich uszu dobiegły okrzyki: "Bolt, Bolt, Bolt".

Byłem piętnastoletnim dzieciakiem i ogrom tego, co się działo, powalił mnie. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek odczuwał tak wielką presję. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z czymś podobnym. Byłem tak podekscytowany, że początkowo źle założyłem korki - lewy na prawą nogę, prawy na lewą. Trzęsły mi się ręce. Kiedy już udało mi się poprawnie założyć buty, prawie niemożliwe wydawało mi się zrobienie kilku kroków do przodu, nie mówiąc już o rozgrzewce. Czułem, że mojemu ciału brakuje energii. Zanosiło się na wielką katastrofę. Podchodząc do boksów startowych, nie czułem się zbyt dobrze. Kiedy arbiter ogłosił: "Na miejsca, gotowi " i huknął strzał, wystartowałem jako ostatni, czując, że moim rękom brakuje mocy.

Trudno wyjaśnić, jak bardzo byłem spięty. Nie potrafię porównać tego do żadnego wyścigu, w którym wcześniej brałem udział. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, ale z każdym kolejnym metrem napięcie ze mnie uchodziło. Kiedy znajdowałem się na zakręcie, dopingujący tłum dodał mi ogromnej mocy. Przebiłem się przez środek grupy, wystrzeliłem do przodu i przekroczyłem linię mety cztery metry przed resztą biegaczy. Publiczność oszalała. Wtedy jeszcze nie wpadłem na pomysł gestu zwycięstwa z wystrzeloną w górę ręką, dlatego po prostu zasalutowałem w stronę tłumu, a ludzie odpowiedzieli mi tym samym. Później tego dnia żartowałem z siedzącymi na widowni, zachęcając ich, żeby wymyślili sposób, w jaki mogę świętować swoje zwycięstwa. Więź, jaką mam z fanami, daje mi naprawdę solidny zastrzyk energii, a publiczność jest ważną częścią widowiska pod tytułem: "Usain Bolt".

Zajęło mi sporą chwilę, zanim okrążyłem stadion i dotarłem do siedzących na trybunie rodziców. Za każdym razem, kiedy nie mogę ich dostrzec, wystarczy, że krzykną "VJ!", a od razu łapię ich wzrokiem. Wszystko dlatego, że pozostali ludzie wrzeszczą: "Usain". Podobnie było później na olimpiadzie. Rodzice byli ze mnie bardzo dumni. Wtedy dotarło do mnie, jak wiele dla mnie zrobili, więc ten dzień był zwycięstwem dla nas wszystkich. Musiałem także rozdać tysiące autografów, podczas gdy fani nieustannie skandowali moje imię. Po raz pierwszy poświęcono mi tyle miejsca w jamajskiej prasie - byłem na pierwszej i ostatniej stronie niemal każdej gazety. Teraz jest zupełnie inaczej, gdyż mam wrażenie, że moje nazwisko nie schodzi z czołówek, niezależnie od tego, czy właśnie wygrałem wyścig, czy nie.

Nagle każda wiadomość o mnie była warta zamieszczenia. Kiedy dostałem zapalenia spojówek (Jamajczycy mówią na to "różowe oko"), nawet taki news pojawił się w prasie, co rzeczywiście sprawiało, że człowiek szeroko otwierał oczy ze zdumienia. Rzecz jasna, o ile w danym momencie był w stanie to zrobić. Byłem cholernie dumny z tego, co właśnie udało mi się osiągnąć. Zdobycie indywidualnego medalu dla mojego kraju było dla mnie czymś naprawdę wielkim.