Lekkoatletyka. Minima a sprawa ludzka

Wraz ze zbliżającymi się igrzyskami olimpijskimi w Londynie kolejny raz rozgorzeje zapewne dyskusja o potrzebie, zasadności i sensie uzyskiwania wyników zwanych minimami kwalifikacyjnymi.
Problem narasta, gdy nie wszystko jest jasne, gdy okazuje się, że nie wszystkich zawodników obowiązują te same zasady.

Lekkoatletyka jest jedną z niewielu dyscyplin olimpijskich, która nie ma tzw. kwalifikacji olimpijskich. Wystarczy tylko wynik i teoretycznie sprawa awansu na igrzyska jest przesądzona. Organem podejmującym decyzje o wysłaniu zawodników na imprezę jest więc Polski Komitet Olimpijski na podstawie wskazań właściwych związków sportowych.

Ale przejdźmy do meritum. Powodem, dla którego piszę ten felieton, jest sprawa utalentowanej maratonki Iwony Lewandowskiej, której zabrakło do minimum ustalonego przez PZLA tylko i aż 38 sekund. Czy w przypadku tak minimalnego braku wymaganego wyniku powinno się przymknąć oko i przedstawić zawodniczkę do akceptacji jako olimpijkę?

Moim zdaniem, niestety, nie.

Jestem za rygorystycznym podejściem do norm kwalifikacyjnych. Uważam, że minima powinny obowiązywać wszystkich równo, bez względu, czy zawodnik jest utytułowany, czy nie, czy jest to sprinter, miotacz, czy - jak w tym przypadku - maratonka.

Pamiętam rozmowę z dyrektorem sportowym PZLA przed mistrzostwami Europy w Barcelonie. Mówiliśmy o podwyższaniu w niektórych konkurencjach poprzeczki względem norm ustalonych przez władze światowe, czy w tamtym przypadku europejskie. Usłyszałem, że powodem takich decyzji jest wyeliminowanie w maksymalnym stopniu tak zwanych wyjazdów na wycieczkę. Wysyłanie na imprezy tylko takich sportowców, którzy mają realne szanse, by wystąpić w wąskich, czyli ośmioosobowych finałach.

Jestem za taką polityką związku i takim kryterium wysyłania zawodników na imprezy mistrzowskie, pod jednym warunkiem: że będzie to dotyczyło wszystkich bez wyjątku na takich samych zasadach. Nie może dochodzić do sytuacji, gdy np. w biegach sztafetowych występują zawodnicy, którym do osiągnięcia minimum brakuje sporo, a startują tylko dlatego, że tak ustala trener prowadzący lub działacze.

Minima są dla wszystkich równe i tylko traktowanie ich bez wyjątków pozwoli ustrzec się posądzeń o kumoterstwo czy kumplostwo. Niech przepustką na największe stadiony świata będzie wynik na stadionie, a nie ustalenia przy zielonych stolikach. Najlepszym przykładem jest tu reprezentacja USA. By wystąpić w jej barwach, konieczne jest zajęcie miejsca 1.-3. w mistrzostwach kraju. Nieważne jak utytułowanym zawodnikiem się jest, nieważne, że ma się niejednokrotnie najlepszy wynik na świecie bądź nawet rekord świata. Nie ma podium, nie ma wyjazdu. Kropka. To są jasno postawione zasady i nikt nie ma złudzeń, że może być inaczej.

Może polski sport to nie amerykański, ale zasady możemy mieć i się ich trzymać. Im mniej możliwości do naciągania przepisów, tym lepiej. Polak ma przecież w naturze, że nie zawsze czarne jest czarne, a białe jest białe.

* autor jest mistrzem olimpijskim z Sydney w rzucie młotem