Wojciechowski: Za dwa lata rekord świata

Na treningu Pawłowi Wojciechowskiemu wyślizgnęła się z rąk tyczka i złamała kość jarzmową. Mistrz świata z Daegu błyskawicznie doszedł do siebie po operacji i znów szykuje formę na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie w Londynie. - Zawsze byłem szalony - mówi Wojciechowski
Łukasz Jachimiak: 7 grudnia złamał pan kość twarzoczaszki i po przeprowadzonej dzień później operacji miał odpoczywać przez miesiąc. Tymczasem już przed świętami wznowił pan trening. Nie za szybko?

Paweł Wojciechowski: Na razie robię tylko przejazdy na sztywnym kiju, czyli wskakuję na tyczkę i nie wyginając jej, przejeżdżam na zeskok. Poprzeczki nawet nie ma, więc nie kusi mnie, żeby ją pokonywać. Takie ćwiczenia mają mnie przygotować do prawdziwego skakania, na które muszę jeszcze zaczekać. Na szczęście wygląda na to, że wszystko się szybko pozrastało, lekarze są zadowoleni. Jest OK, więc nie ma co tracić czasu, trzeba brać się do roboty.

Kiedy zacznie pan skakać?

- To zależy od trenera. Jak uzna, że mogę, to będę skakał. Mam nadzieję, że to nastąpi lada dzień, bo szczerze mówiąc już mnie nosi. Ta przerwa jest niekorzystna dla mojego samopoczucia. Ale co zrobić, zdrowie jest najważniejsze.

Ile dni spędził pan w szpitalu i ile szwów panu założono?

- Dni osiem, a szwów nawet nie wiem ile, bo były w buzi, nie były więc widoczne. Za to, jak się wybudziłem z narkozy i zobaczyłem, że z policzka wystaje mi drut, to się zdziwiłem. W sumie pękniętą kość trzymały aż trzy druty. Tworzyły rusztowanie dla szczęki. Trudno opowiedzieć, jak to wyglądało. W każdym razie ludzie przychodzili, żeby zobaczyć.

Dokarmić pewnie pana nie mogli?

- Niestety, byłem na diecie mielonej. Szedłem na obiad z myślą, że jest kurczak, a tam wszystko wyglądało jak zwykle - papka.

W świątecznym menu znalazły się zupy i kisiele?

- Już jem normalnie. Opuchlizna zeszła, a lekarze wyjęli druty. Mam jeszcze trochę odrętwiałą część twarzy, bo naruszony był nerw, ale z każdym dniem czucie wraca.

Leżąc w szpitalu, korzystał pan z pomocy psychologa?

- Dzwonił psycholog, ale go nie potrzebowałem. W trudnych sytuacjach radzę sobie. Od dziecka jestem nastawiany na to, że coś może mi się stać. Zresztą już sporo dziwnych historii za mną.

Kiedyś pękały pod panem tyczki.

- Była taka seria amerykańskich tyczek. Może były i ultralekkie, ale przede wszystkim ultraszybko się łamały. Lądowałem w różnych miejscach i na różne części ciała.

O wypadkach mówi pan z zadziwiającą beztroską. Kiedy tyczka pękła Annie Rogowskiej, nasza mistrzyni świata długo do siebie dochodziła.

- Na pewno po czymś takim siedzi strach. Ja mam lepiej, bo zawsze byłem szalony i się zahartowałem.

Ani trochę nie obawia się pan powrotu do skakania?

- Od początku wiem, jaki sport trenuję. Tu chwila nieuwagi drogo kosztuje. Ale nie ma się co użalać nad sobą. Trzeba się cieszyć, że kontuzja przyszła teraz, a nie przed sezonem letnim. Wtedy sprawiłaby mi większy problem, bo bardziej zakłóciłaby przygotowania do igrzysk.

Do Londynu pojedzie pan po medal?

- Marzę o nim, a już najbardziej o olimpijskim zwycięstwie. Ale teraz muszę myśleć tylko o treningu, o wykonaniu dużej pracy. Jak nie zrobimy z trenerem odpowiedniej pracy, to marzenia pozostaną tylko marzeniami.

Pracę może utrudniać sława. Niedawno spotkanie ze słynną aktorką Nastassją Kinski zburzyło pana kalendarz dnia.

- To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Już miałem cały dzień zaplanowany, a tu nagle dostałem telefon, że za godzinę mogę się spotkać z panią Nastassją, że jej bardzo zależy. Ubrałem się, wsiadłem w samochód i pojechałem.

O czym rozmawialiście?

- Opowiadałem o swojej karierze, o tym, co może dać ludziom sport. Możliwe, że pani Nastassja wykorzysta moje wypowiedzi w swoim filmie dokumentalnym, nad którym właśnie pracuje.

Co panu daje sport?

- Kształtuje charakter, uczy ciężkiej pracy, samodzielności, silnej woli. I pozwala spełniać marzenia.

Rok temu Polska nie wiedziała, kim jest Paweł Wojciechowski. Czy w tamte święta ktokolwiek życzył panu medalu mistrzostw świata?

- Sam nie sądziłem, że tak szybko osiągnę wielki sukces. Oczywiście życzenia tego typu składali mi najbliżsi - rodzice, dziadek, dziewczyna. Wyszło tak, że to były ich życzenia, które ja musiałem spełnić (śmiech). Ale z chęcią spełnię więcej takich życzeń!

W 2010 roku pański rekord życiowy wynosił 5,60 m, teraz to już 5,91 m. Wie pan, co by się stało, gdyby w przyszłym roku dołożył pan kolejne 30 cm?

- Pewnie mówiłby o mnie cały świat. Ale na razie do wyniku Siergieja Bubki [jego rekord świata to 6,15 m] jeszcze mi daleko. Może uda się go pobić za dwa-trzy lata.

Cel na 2012 rok to złamanie bariery sześciu metrów?

- Cel i kolejne marzenie. Mam ten komfort, że swoje już zrobiłem i mogę spokojnie pracować na kolejne osiągnięcia.

Zdarzyło się panu skoczyć sześć metrów na treningu?

- Na treningach rewelacyjnie nie skaczę. Jestem typem zawodnika, który lepiej spisuje się w konkursach. Trema mi pomaga.

Ma pan tremę przed balem mistrzów sportu?

- Trochę, bo na takiej imprezie jeszcze nie byłem. Na razie z moją dziewczyną mamy jednak inne rzeczy na głowie. Remontujemy mieszkanie, szykujemy się na święta, na sylwestra.

Jakiego miejsca spodziewa się pan w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" i TVP na 10 najlepszych sportowców Polski 2011 roku?

- Miejsce w czołowej dziesiątce byłoby dla mnie naprawdę dużym wyróżnieniem. O niczym więcej nie myślę, bo z taką Justyną Kowalczyk równać się nie mogę. Moim zdaniem wygra po raz kolejny.