Lekkoatletyczne MŚ. Maurice Greene: Pobiłbym Usaina Bolta w dziesięciu wyścigach na dziesięć

:
-
Jeśli ktoś myśli, że Bolt wyznacza granice ludzkich możliwości, to jest to nieprawda. Ja łatwo sobie wyobrażam, że za dziesięć lat ktoś biegnie 9,4 s. - mówi Maurice Greene, były rekordzista świata na 100 m, dwukrotny złoty medalista olimpijski, wielokrotny mistrz świata.
Radosław Leniarski: Proszę zarekomendować pięć najbardziej emocjonujących konkurencji.

Maurice Greene, były rekordzista świata na 100 m, dwukrotny złoty medalista olimpijski, wielokrotny mistrz świata, komentator Eurosportu: 100 m. Moim faworytem jest Yohan Blake [wywiad przeprowadzony był także przed finałem setki], wcale nie jest nim Bolt.

Potem 110 m przez płotki. Pobiegną trzej sportowcy z wyrazistymi osobowościami, z ciekawymi historiami. I najszybsi w ostatnich latach, jest tu naprawdę równo. Numer 1 w tym roku David Oliver był szybszy od Liu Xianga w Eugene, Chińczyk pokonał Olivera w Diamentowej Lidze w Szanghaju. Rekordzista świata Dayron Robles w Paryżu wygrał z Oliverem mniej niż o włos. Ja stawiam na Kubańczyka, jest twardy, a ja lubię twardych gości.

100 m kobiet. 200 m kobiet i mężczyzn. To moje sporty.

Nie wspomniał pan o 400 m mężczyzn. Oscar Pistorius właśnie wszedł do półfinału. Uważa pan, że bieg sportowca bez nóg ma mniejszą wagę dla lekkoatletyki?

- Pytałeś o najbardziej ekscytujący, jeśli chodzi o wyrównaną rywalizację. Wyścig Pistoriusa jest bardzo ważny, bo pokazuje pewien kierunek myślenia. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy jego start jest pozytywnym zdarzeniem, bo z różnych stron można na nie spojrzeć. Na pewno jest wyjątkowym zdarzeniem - zdaje się, że podobna sytuacja się nie powtórzy. Mój kontuzjowany kolega Tyson Gay sądzi nawet, że Pistorius wygra. Założył się ze mną o pieniądze, wszystkie, jakie miał w kieszeni. Ja stawiam na LaShawna Merritta.

Bolt został zdyskwalifikowany, ale to nie zmienia faktu, że jest numerem 1.

- Jako były zawodnik, a nie dziennikarz, na osobę taką jak Bolt patrzę w każdym sezonie oddzielnie. Był dominujący, ale w tym roku nie wysadził wszystkich w powietrze. Ten facet ze względu na przeciążenia, charakterystyczną budowę anatomiczną jest bardziej narażony na kontuzje. Jest jeszcze młody, ma zaledwie 25 lat, więc na razie daje sobie radę. Nie wiadomo, co się stanie w przyszłości. Jeśli wróci do pełnej formy z 2008 i 2009 roku, w przyszłym sezonie może pobiec 9,5 s. Ale jeśli ktoś myśli, że Bolt wyznacza granice ludzkich możliwości, to jest to nieprawda. Ja łatwo sobie wyobrażam, że za dziesięć lat ktoś biegnie 9,4 s.

Kto? Chyba nie chce pan wrócić do biegania...

- Ha, musiałbym trochę schudnąć, i dlaczego nie?

Zawsze mówię, że najlepsi będą coraz szybsi, bo rywale są coraz szybsi, bo lepsze są metody treningu, lepsza jest technologia, fizjoterapia, wspomaganie, które docierają do krajów, gdzie są: głód sukcesu, ambitni ludzie i masa zdolnych dzieciaków.

Właśnie. Bolt, gdy nie popełnia takich błędów jak w finale, to absolutny monarcha, ale przecież pan pobiegł 54 razy poniżej 10 s [lepszy wynik pod tym względem ma tylko Jamajczyk Asafa Powell], pan pobił rekord świata o największy kęs - aż o 0,04 s. Jak porównać jego dominację z pańską?

- Żyjemy w innej erze, mówię serio. Teraz są sprinterzy młodsi, wyżsi, szczuplejsi. To zupełnie inne bieganie. Ja podchodziłem do biegu z większym namysłem, psychicznie byłem dzięki temu nie do złamania, a w sprintach to jest szalenie ważne. Zawsze miałem plan i szedłem ściśle według niego. On jest tylko znakomitym atletą.

Ale wygląda na to, że przyszłość należy do takich wysokich, szczupłych zawodników. Miałby pan szanse z Boltem, gdybyście obydwoje stanęli na bieżni w pełni formy?

- Wygrałbym z nim za każdym razem.

Dziesięć wyścigów na dziesięć?

- Za każdym razem.

To, że nie jestem zbudowany jak Bolt, nic nie znaczy. Tacy jak ja mają moc. Nawet moje buty były w związku z tym inne - chyba najcięższe wśród sprinterów, bo dostosowane do sił, jakie przenosiły. Takie jak Tysona Gaya [ważą zaledwie 99 gramów] nie wytrzymałyby trzech biegów.

Mój trener mawiał, że biegałem tak jak konkurencja. Konkurencja była szybka, byłem odrobinę szybszy. Zawsze trochę z przodu. Taka była moja metoda. Byłbym przed Boltem.

Dwie pierwsze konkurencje mistrzostw świata wygrały Kenijki. Jamajka dominuje w sprintach, jak Bolt wyleciał z finału, wygrał Blake, Europejczycy - w rzutach. Specjalizacja nie jest chyba zdrowa dla sportu?

- Ale nie sądzę, że go zabija.

Rzeczywiście, specjalizacja narodowa blokuje rozwój konkurencji. No bo sportowcy spoza Afryki wiedzą, że gdzie jak gdzie, ale na 10 000 m nie przebiją się przez mur. W pewnym momencie można dojść do ściany i nic nie pomoże. Sportowcy z Polski mogą mieć kłopoty z motywacją, jeśli wybierają konkurencję, w której z góry czują się przegrani na świecie.

Ale przecież Kenijczycy nie zawsze byli na szczycie. Na długich dystansach wygrywali Europejczycy. Jakiś czas temu nie było osoby, która by wątpiła w to, że Amerykanin wygra sprinty. W 2005 roku w biegu na 200 metrów pierwszych czterech zawodników to byli Amerykanie.

No ale chyba Amerykanie nie przestraszyli się Jamajczyków...

- Amerykanie mają kryzys, bo angażują się w sport ze złych motywów. Interesuje ich to, co przychodzi na końcu. Duże pieniądze, szybkie samochody. Chcą być LeBronem Jamesem [gdy miał 19 lat, James został wybrany jako pierwszy w drafcie NBA, i jeszcze zanim podpisał profesjonalną umowę z nowym klubem, otrzymał wielomilionowy kontrakt z firmą Nike]. Nie widzą roboty, którą trzeba włożyć, aby wygrać. Najpierw trzeba pracować. Ja sam nie trafiłem do sportu z powodu pieniędzy. Zarobiłem setki tysięcy, ale nie zacząłem z myślą o nich. Zrobiłem to dla sławy, z serca, bo kocham rywalizację i bycie pierwszym na mecie. I naprawdę miałem zabawę - bo byłem przygotowany do walki jak nikt.

Ale i poza sportem znakomicie się pan czuje w życiu, co nie zdarza się często. Pokazuje się pan w telewizji. Pamiętam historię na lotnisku...

- ...ach, tak. Wylądowaliśmy w Sewilli w drodze na mistrzostwa świata w 1999 roku. W pewnym momencie kolega z zespołu Larry Wade zauważył, że kieszonkowiec świsnął mu portfel. Zaczęliśmy krzyczeć, przybiegła policja i zrobiło się zamieszanie. My do policji: "Łapcie złodzieja, nie gadajcie z nami!" I w tym momencie zauważyłem uciekającego między ludźmi kieszonkowca. Wyrwałem się policji, złapałem go i oddałem władzy. Odzyskaliśmy portfel Larry'ego. Od chwili, gdy za nim ruszyłem, złodziej nie miał szans [w 1999 roku Maurice Greene zdobył trzy złote medale na 100, 200 i 4x100 m, a poza tym jest wciąż rekordzistą świata na 50 i 60 m].

Ciekawe, ale ja nie o tym. W książce pt. "Andy Roddick pobił mnie patelnią" autor pisze, że w zaaranżowanym wyścigu miał nad panem 30 m przewagi, biegł po ruchomym chodniku na lotnisku w Los Angeles. Twierdził też, że na pewno byłby trzeci w wyścigu ciężarnych kobiet, ale z panem wygrał.

- Co? Robiłem wiele dziwnych rzeczy w życiu, ale tego nie pamiętam.

W każdym razie życie po życiu wygląda dla pana dobrze. Ma pan tu swoją zawodniczkę Miki Barber, która, niestety, odpadła w eliminacjach. Chyba debiutuje pan na mistrzostwach świata jako trener.

- Jako trener muszę inaczej podchodzić do walki na bieżni. Ja mogę dać Miki tylko informację. Co ona z nią zrobi, to zależy od niej. Nie wyjdę za nią na bieżnię, choć bardzo chcę. Emocjonalnie jest to trudne do wytrzymania.

Ale to nie jest życie po życiu. Zawsze byłem trenerem - albo może bawiłem się w trenowanie. Na treningach w college'u w grupie sprinterów zawsze podglądałem, co robią inni, dopytywałem się o sens ćwiczeń, potem doradzałem. Jako profesjonalny trener jestem na mistrzostwach świata pierwszy raz. Mam też ośrodek w Los Angeles - The Factory - i tam trenują między innymi futboliści, którzy zmierzają do NFL. Pracuje z nami kilku z NFL - po dwóch lub trzech z Seattle Seahawks, z San Francisco 49ers, Miami Dolphins. Znam nawet Sebastiana Janikowskiego z Oakland Raiders, ale u nas nie trenuje, czego bardzo żałuję.