Sport.pl

Lekkoatletyka. Majewski i Cantwell nie lecą w kulki

W królewskim parku w Sztokholmie mistrz olimpijski pchnął blisko rekordu Polski, a już w sobotę będzie trenował w Warszawie. - Muszę, k... trenować. Samo nie poleci - stwierdził Majewski szykujący się do wielkiego pojedynku z Christianem Cantwellem o tytuł mistrza świata.
Najważniejsza walka sezonu w pchnięciu kulą odbędzie się za miesiąc na stadionie w koreańskim Daegu. Cantwell i Majewski są sobie przeznaczeni. Walczyli o tytuł mistrza olimpijskiego w Pekinie. Przegrał Amerykanin, choć był zdecydowanym faworytem razem ze swoimi dwoma rodakami Adamem Nelsonem i Reese Hoffą - najlepiej pchającym zawodnikiem na świecie.

Rok później - w mistrzostwach świata w Berlinie - przegrał pojedynek Majewski, choć to on był w fenomenalnej formie, kiedy tuż przed mistrzostwami pobił rekord Polski. Gdy Majewski przyszedł na konferencję prasową po konkursie w Berlinie, widać było, że tego łagodnego olbrzyma sekundy dzielą od wybuchu furii za przegrane złoto, na każde pytanie odpowiadał najpierw wściekłym prychnięciem, potem z trudem formułował zdania. Cantwell brylował, lekko kpiarskim spojrzeniem taksował Polaka.

Potem obaj przeszli podobną przygodę zdrowotną - obaj leczyli kontuzję barku po operacjach, staw dla kulomiotów kluczowy. Kontuzja Cantwella była chyba poważniejsza, zdarzyła się później, ale jej waga jest cięższa również dlatego, że u Amerykanina podstawą sukcesu jest tytaniczna praca na siłowni. Chris jest siłaczem, który w konkursie strongmanów podniósłby dwóch Pudzianowskich, a następnie pociągnąłby za sobą tira. - Taka kontuzja co innego znaczy dla zawodnika, który na treningu wyciska 285 kg - potwierdza Majewski, który ze względu na swoje gabaryty, długie dźwignie kostno-mięśniowe, używa techniki poślizgowej, a nie obrotowej jak Amerykanin.

Polak nie jest największym fanem siłowni, dźwiga ciężary, bo bez tego sukcesów w jego konkurencji nie ma, ale jednak bazuje na technice, którą warunkują jego gabaryty. - Gdy Cantwell usłyszał, że wyciskam na ławeczce 200 kg, uśmiał się. On tyle wykonuje w seriach. Raz wycisnął 200 kg 27 razy - stwierdził Majewski.

W mityngu Diamentowej Ligi, który w Sztokholmie dla miotaczy odbył się dzień wcześniej, czyli w czwartek w parku przy Kungsgatan, znów obaj walczyli o zwycięstwo. Wygrał Cantwell (21,70 m). - Widać, że się rozpędza, widać, że po operacji, jaką miał w lutym, nie ma śladu - mówi Majewski, który z mityngu na mityng też pcha dalej.

- Pewnie, że jestem zadowolony. Miałem dotąd jeden szczyt formy. Na mistrzostwach USA tylko mały błąd spowodował, że nie pchnąłem 22,70 m. Czekam na wielki strzał. Moja żona wciąż mówi: "Jesteś dobry, jesteś w formie". Ale mnie to frustruje, że inni pchają dalej. Wracam do domu i myślę wtedy: masz ważniejszy cel, masz przed sobą mistrzostwa świata - powiedział po zwycięstwie Cantwell.

Mimo że w Sztokholmie startowało wczoraj siedmioro Polaków, w tym przyjaciel Majewskiego dyskobol Piotr Małachowski, kulomiot już po południu trenował w Warszawie. - Muszę, k... trenować. Samo nie poleci - powiedział. Obaj z Cantwellem wiedzą, że w tym sezonie mają kilku przeciwników, którzy wciąż są przed nimi w rankingach. Kanadyjczyk Dylan Armstrong w czerwcu w Calgary osiągnął imponujące 22,21 m, ponad 22 m pchnął niezmordowany Adam Nelson. - Wyrównanych zawodników w czołówce jest pięciu, sześciu. Ale rozmawialiśmy z Christianem w Sztokholmie i doszliśmy do wniosku, że i tak skończy się na tym, że będziemy znów walczyć między sobą - powiedział Majewski.

Więcej o: