Sopot 2014. Anna Rogowska: Jest mi przykro, że nie udało mi się zdobyć medalu u siebie w domu

Tyczkarka Anna Rogowska była jedną z największych polskich nadziei do zdobycia medalu Halowych Mistrzostw Świata. Jednak sopocianka start u siebie w domu zakończyła na 5. miejscu. - Dokładnie trzy miesiące temu, po wypadku na treningu, usłyszałam, że mogę już nie wrócić do sportu. Już mogę się więc czuć wygraną, chociaż bardzo mi żal, że nie udało się w moim mieście wywalczyć medalu - mówiła po zawodach Rogowska.
Rogowska w grudniu podczas ćwiczeń gimnastycznych na drążku spadła z dużej wysokości na głowę. Pierwsze diagnozy były dramatyczne, sopociance groził nawet koniec kariery. Na szczęście kolejne rokowania były już lepsze, a zawodniczka w styczniu wróciła do pełnego treningu. Mało tego, wypracowała na tyle wysoką formę, że do mistrzostw świata przystąpiła z najlepszym w tym roku wynikiem na świecie (4,76 m). Jednak w Sopocie skoczyła tylko 4,65 m i zajęła 5. miejsce. Złoto dawał wynik 4,70 m zaliczony w pierwszej próbie. Jako jedyna dokonała tego Kubanka Yarisley Silva.

- Bardzo żałuję tego konkursu, bo stać mnie było na przeskoczenie 4,70 m, a nawet wyżej. Nie ukrywam, że liczyłam na duży lepszy wynik niż 4,65 m. Przygotowałam się do tych zawodów najlepiej jak mogłam, włożyłam bardzo dużo pracy i jest mi przykro, że nie udało się zdobyć medalu. Tym bardziej że byłam niejako gospodynią tych zawodów - zaznaczyła Rogowska.

Do medalu zabrakło niewiele, do wysokości 4,65 m wszystkie próby Polki były udane (wcześniej 4,45 m i 4,55 m). Zacięła się na 4,70 m, chociaż...

- Drugi skok na tej wysokości był bardzo dobry, zabrakło naprawdę niewiele. Poprzeczka tańczyła na stojakach, ale w końcu spadła. Niestety, w skoku o tyczce wygrywa ta, która prześlizgnie się na drugą stronę, a mi się w decydujących momentach to nie udawało. Trudno, przede mną kolejne wyzwania, moim celem na najbliższe sezony będzie dobry występ w mistrzostwach Europy na otwartym stadionie, które w tym roku odbędą się w Zurychu - zakończyła Rogowska.