Euroliga. Prokom gonił, ale nie dogonił Żalgirisu

Koszykarze Asseco Prokomu Gdynia przegrywali w Kownie z Żalgirisem już 19 punktami i byli w poważnych tarapatach. Po przerwie zaczęli gonić, drugą połowę mieli o niebo lepszą od pierwszej, ale szaleńczy pościg się nie powiódł. Mimo tego koszykarze Prokomu awansowali do najlepszej ósemki

Mimo porażki z Żalgirisem koszykarze z Gdyni mogą świętować historyczny awans do ćwierćfinału Euroligi - Unicaja Malaga przegrała bowiem mecz z CSKA Moskwa.

Gdyby Prokom w Kownie wygrał, nie musiałby czekać na wynik z Hiszpanii, ale mistrz Polski miał kłopoty już od początku. Najpierw grę pod koszem zdominował Travis Watson, który w trzech pierwszych minutach rzucił pięć punktów i miał aż sześć zbiórek (choć Adam Hrycaniuk odpowiedział czterema punktami i trzema zbiórkami).

Potem Qyntel Woods zaczął łapać faul za faulem i już w 8. minucie miał trzy przewinienia. Skrzydłowy Prokomu usiadł na ławce (wrócił dopiero na początku trzeciej kwarty) i nikt nie potrafił go zastąpić.

Trzeci problem - najpoważniejszy - nazywał się Marcus Brown. Amerykanin ma już 35 lat, ale nie było tego widać. David Logan, który w tym sezonie wielokrotnie był chwalony za obronę, tym razem nie miał pojęcia, jak zatrzymać Browna (w pierwszym meczu z Prokomem rzucił tylko dwa punkty). Obrońca Żalgirisu umiejętnie korzystał z zasłon i tylko między 15. a 19. minutą rzucił aż 15 punktów!

A mistrz Polski się męczył. Nie było Woodsa, przestał trafiać Logan, nie wpadały nawet rzuty wolne - zespół z Gdyni miał duże kłopoty ze zdobywaniem punktów. Wypełniona po brzegi hala w Kownie niemal drżała, bo kibice Żalgirisu byli w euforii. Ich zespół szybko powiększał przewagę i w drugiej kwarcie ponad 50 fanów, którzy przyjechali z Polski, zaczęło myśleć nie o wygranej, ale o tym, żeby nie stracić zaliczki z pierwszego meczu (Prokom wygrał w Gdyni 89:65). Zwłaszcza, kiedy trzecia kwarta zaczęła się od trzypunktowej akcji Tadasa Klimaviciusa i Litwini wyszli na prowadzenie 53:34.

Zrobiło się naprawdę gorąco, ale na punkty Klimaviciusa szybko odpowiedzieli Ronnie Burrell i Logan, który trafił za trzy. Prokom się obudził, zaczął gonić, a w 26. minucie, po punktach Ratko Vardy (grał w Żalgirisie w zeszłym sezonie, ale wyjechał, bo nie dostawał pieniędzy), było już tylko 59:52.

Wydawało się, że mistrzowie Polski wrócili do gry, że mają szansę na zwycięstwo. Ale wtedy niesiony nieprawdopodobnym dopingiem Żalgiris znów przyspieszył. W Prokomie punkty zaczął w końcu zdobywać Woods (po raz pierwszy trafił dopiero w 28. minucie), ale gospodarze też trafiali. Właściwie każdy gracz, który pojawiał się na boisku, wnosił do gry dużo dobrego, a w trzeciej kwarcie rezerwowi Żalgirisu rzucili 14 pkt.

Emocje były ogromne, bo Prokom, mimo kilku przestojów, ciągle walczył. W drugiej połowie gracze mistrza Polski imponowali spokojem. Grali cierpliwie, rozważnie, o niego lepiej niż w dwóch pierwszych kwartach. I to dało efekt. Przez ponad cztery pierwsze minuty ostatniej kwarty gospodarze nie potrafili rzucić punktu, Prokom rzucił osiem i w 34. minucie był remis - 73:73.

Znów wydawało się, że rozpędzony zespół z Gdyni wyjdzie z wielkich opresji. Ale nie. Obudził się Brown, trafiali Dainius Salenga i Mantas Kalnietis, a Prokom popełniał proste błędy. Kiedy 58 s. przed końcem, po trzypunktowej akcji Browna było 89:81, stało się jasne, że jest po meczu. Litwinom ta wygrana nic nie dała, stracili szansę na awans do ósemki, ale po meczu cieszyli się tak, jakby właśnie do niej weszli.

Żalgiris Kowno - Asseco Prokom Gdynia 93:88. Kwarty: 22:18, 28:16, 23:29, 20:25. Żalgiris: Brown 23 (2), Salenga 11 (1), Kalnietis 11, Klimavicius 10 (1), Watson 9 oraz Begić 11, Pocius 10, Capin 3 (1), Milaknis 3 (1), Delas 2. Prokom: Logan 22 (3), Woods 17 (3), Ewing 11, Burrell 10 (1), Hrycaniuk 7 oraz Jagla 8 (2), Varda 13, Harrington 0, Zamojski 0, Seweryn 0, Szczotka 0.