Sport.pl +

Sochan walczy o mistrzostwo i o dalszą karierę w NBA. Sądny czas dla Polaka

Fot. Wendell Cruz / IMAGN IMAGES via Reuters Connect

Jeremy Sochan przeżywa emocjonalny rollercoaster. Z jednej strony jego New York Knicks walczą o mistrzostwo NBA. Z drugiej - jego przyszłość w najlepszej lidze świata stoi pod wielkim znakiem zapytania. Zbliżają się kluczowe dla jego kariery tygodnie - bez względu na to, czy zdobędzie pierścień, czy nie - pisze Piotr Wesołowicz ze Sport.pl.

"Jeremy Sochan w finale NBA", "Polak już jest mistrzem!", "Tak Sochan przeszedł do historii polskiej koszykówki".

Dziesiątki nagłówków – mniej lub bardziej zgodnych z rzeczywistością. A do tego setki lub tysiące komentarzy – głównie deprecjonujących obecność Sochana na koszykarskim olimpie. Łączy je jedno pytanie: jak patrzeć na obecność Polaka w nadchodzących finałach NBA i na jego przyszłość w najlepszej lidze świata?

Na początek ustalmy najważniejsze: Sochan nie jest – jak pisała i pisze część mediów – mistrzem "z automatu".

Zgadza się, los sprawił, że w finale zagrają dwie drużyny, które w tym sezonie reprezentował – San Antonio Spurs, którzy wybrali go w drafcie 2022 r., ale w tym sezonie się go pozbyli, oraz New York Knicks, którzy w połowie lutego zatrudnili go jako wolnego gracza.

Sochan (jeszcze) nie jest mistrzem NBA

Ta koincydencja sprawiła, że wielu kibiców uznało, iż Sochan tak czy inaczej będzie mistrzem NBA. Jeśli finały wygrają Knicks, będzie to oczywiste. A jeśli Spurs, to jego była drużyna dopisze go do listy osób, które przyczyniły się do ich triumfu. Ale to nie do końca prawda.

Zobacz wideo Łukasz Piszczek ambasadorem Sport.pl+

Przepisy NBA mówią, że klub, który zdobywa mistrzostwo, ma prawo nagrodzić zawodników, którzy dołożyli do mistrzowskiego trofeum cegiełkę, ale odeszli w trakcie sezonu. Wtedy nagrodą jest mistrzowski pierścień. I to jedyne wyróżnienie, bo taki zawodnik nie będzie widniał jako oficjalny mistrz ligi.

Scenariuszy może być wiele, w historii zdarzało się przecież, że uprawnieni i wytypowani do otrzymania pierścienia gracze po zmianie klubu odmawiali jego przyjęcia. Ale oczywiście Sochan i Knicks zrobią wszystko, by żadnych wątpliwości nie było. I będą chcieli zdobyć pierwszy od 57 lat mistrzowski tytuł – zwłaszcza że mają za sobą miasto, które na punkcie obecnej drużyny zwariowało.

W teorii ewentualny mistrzowski pierścień powinien rozwiać wątpliwości, czy Polak wybrał dobrze, podpisując w lutym umowę z Knicks. Wątpliwości jednak są. Głównie dlatego, że Sochan w rotacji zespołu z Nowego Jorku zsunął się na sam koniec ławki, a jego wkład w potencjalny tytuł będzie marginalny.

W tegorocznym play-off 23-latek zagrał w ledwie dwóch meczach. W rozstrzygniętych końcówkach dostał nieco ponad 10 minut, zdobył 14 punktów, miał jedną zbiórkę i przechwyt i… to by było na tyle. Trener Mike Brown ma ustaloną hierarchię, w której Sochan ma miejsce na samiutkim końcu.

Nawet w ostatnim meczu finału Konferencji Wschodniej, w którym Knicks zmiażdżyli Cavaliers 130:93, Sochan nie pojawił się na boisku. W tzw. garbage time, czyli w czasie, gdy wynik jest już rozstrzygnięty, na parkiecie pojawili się praktycznie wszyscy gracze, nawet z odmętów ławki. Tylko nie Sochan.

To pokazuje, że mimo początkowego entuzjazmu Knicks dzisiaj mu nie ufają. Nie budują. Nie rozwijają. Wiele – niemal wszystko – wskazuje na to, że w lecie jego przygoda w Nowym Jorku, w Madison Square Garden dobiegnie końca.

Czy więc wybór z początku roku był słuszny? Przede wszystkim był przemyślany. Według wiedzy Sport.pl Sochan chciał trafić do drużyny dojrzałej, w której mógłby chłonąć wiedzę od nastawionych na zwyciężanie koszykarzy.

W Spurs było inaczej. Sochan trafił do Teksasu w 2022 r., w środku przebudowy, której miał być częścią. I choć za trenera miał długi czas wielkiego Gregga Popovicha, a wsparcie mentorskie dawały klubowe legendy jak Tim Duncan, to jednak na parkiecie Sochana otaczali rówieśnicy albo zawodnicy młodsi.

A przede wszystkim Ostrogi były zespołem, który przegrywał. Momentami celowo, aby w 2024 r. wyciągnąć z loterii draftu karteczkę z numerem jeden i sięgnąć po epokowy talent, czyli Victora Wembanyamę. Już dziś wiemy, że klubowi działacze wiedzieli, co robią.

Dlaczego Sochan postawił na Nowy Jork?

Wiedzieli też, co robią, rezygnując w trakcie rozgrywek z Sochana. Polak nie rozwijał się tak, jak zakładano, imponujące postępy robili za to inni gracze z San Antonio. Można powiedzieć, że Spurs urośli dużo szybciej niż Sochan i potrzebowali pewnych zawodników tu i teraz. Polak tym pewniakiem nie był, odstawiono go bez żalu. Reprezentant Polski mimo wielu ofert – a według naszych informacji było ich całkiem sporo – postawił na Nowy Jork.

"Szkoda, że wybrał Knicks, gdzie indziej grałby więcej" – takie głosy także można dziś usłyszeć. Choć przecież z drugiej strony – gdyby związał się z outsiderem ligi, w barwach którego miałby szansę na więcej minut, być może grałby więcej, ale… krócej, bo takie drużyny sezon kończą już w kwietniu.

Być może więc przygoda z Knicks – choć krótka – będzie dla Sochana owocna. Sam, tuż po awansie do finałów NBA, napisałem w serwisie X, aby Sochan walczył o swoje, delektował się chwilą i kolekcjonował wspomnienia. Wszak gra o tytuł przeciwko swoim przyjaciołom z Teksasu w barwach legendarnych Knicks.

Czego chcieć więcej? Sam Polak mówi zresztą: – Finały NBA to marzenie każdego koszykarza. Dla mnie to pierwsze play-offy, mnóstwo nauki i pracy, tym bardziej że jestem jednym z najmłodszych zawodników w zespole. Widzę od środka, jak wygląda walka o mistrzostwo, i uczę się każdego dnia! – twierdzi.

Sochan zaznacza, że w tym momencie najważniejsze są gotowość i pełne podporządkowanie się potrzebom drużyny. – Zawsze stawiałem drużynę na pierwszym miejscu. Chodzi o to, żeby robić wszystko, czego potrzebują ode mnie koledzy z zespołu i trenerzy, aby pomóc nam zdobyć mistrzostwo. Niezależnie od tego, czy jest to trening, mecz, czy analiza wideo, wnoszę pozytywną energię i dokładam swoją cegiełkę w taki sposób, by pomóc drużynie – zaznacza Jeremy w wypowiedzi dla swojego biura prasowego.

Ale tuż po finałach trzeba myśleć o przyszłości. I tu pojawiają się pierwsze znaki zapytania. I to poważne. Jak już wspomnieliśmy, Sochan w play-off – ale też w sezonie zasadniczym – pojawiał się w grze incydentalnie. I dyskretnie – bez spektakularnych akcji, sukcesów. Czegoś, co zapamiętać by mogli działacze pozostałych ekip.

Dlatego – jak słyszymy wśród fachowców – jego wartość na rynku NBA drastycznie spadła. Do śladowych ilości.

Wyliczankę argumentów "za" oraz "przeciw" pozostaniu Sochana w NBA zacznijmy od pozytywów. Polak wciąż jest bardzo młody – właśnie skończył 23 lata. Fachowcy podkreślają, że ma znakomite warunki fizyczne, jest atletycznie zbudowany. Ma idealne ciało, aby w NBA móc robić wiele rzeczy – kozłować, bronić wysokich rywali, bronić niskich…

Minusem jest jednak jego rzut. To wielki deficyt. Niepewny, słaby technicznie, nieskuteczny. W tym sezonie Polak trafiał tylko 20 proc. rzutów za trzy punkty oraz – paradoksalnie rekordowe w karierze – 56 proc. rzutów z gry. Tyle że większość tych rzutów była wsadami bądź próbami spod kosza. Polak niemal zrezygnował z rzucania z dystansu i półdystansu. A w dzisiejszej NBA to niemal niemożliwe, aby utrzymać się w lidze bez przynajmniej przyzwoitego rzutu.

Na niekorzyść Polaka działa też trend obecnej NBA, która stawia na graczy doświadczonych. Liczy się możliwość wniesienia wartości do zespołu tu i teraz. Okienko na możliwość rozwoju brutalnie się skraca.

Czy Polak zostanie w NBA?

To dlatego utalentowani gracze, którzy nie wykorzystali pierwszej i drugiej szansy, wylatują z ligi. Jak przed kilku laty Talen Horton-Tucker, o którym Los Angeles Lakers mówili, że jest nietykalny, a dziś gra dla Fenerbahce Stambuł. Albo 24-letni Brandon Boston czy o rok młodszy Maxwell Lewis, którzy dziś grają - odpowiednio - dla tureckiego Fenerbahce oraz litewskiego Juventusu Utena.

Z drugiej jednak strony w NBA brakować może jednak młodego narybku. Wielu rozpoczynających kariery graczy woli zostać w lidze akademickiej NCAA, gdzie po zmianie przepisów będą mogli zarabiać krocie. Z wyjątkiem tych, którzy wybierani są wysoko w drafcie - więcej niż na początku kariery w NBA. To otwiera Sochanowi okno na załapanie się do składu jednego z zespołów.

Realia są jednak takie, że w lecie Polak nie będzie jednak priorytetem żadnej z drużyn na rynku. Będzie musiał czekać na ofertę. To też zapewne przeszkodzi mu w grze w lipcowych meczach reprezentacji Polski – wszak czekając na propozycję, nie będzie chciał narazić się na uraz, który definitywnie może mu zamknąć drogę powrotu na najlepsze koszykarskie parkiety. Prawda jest jednak taka, że gwarancji na to, że amerykański sen Sochana wciąż będzie trwał, nie ma żadnych.

Na koniec: wracając do komentarzy, których w sieci pojawiło się ostatnio mnóstwo. I których większość uderza w Polaka. Te dowcipy o tym, że jest graczem z końca ławki, że nikt go w Nowym Jorku nie poważa i na dobrą sprawę jego obecność w finałach NBA to powód do kpin, a nie do chwały…

Owszem, Sochan siedzi na ławce. Nawet na jej szarym końcu. Ale ta ławka ustawiona jest na szczycie sportowego olimpu, o którym marzą tysiące, o ile nie miliony dzieciaków na całym świecie. Nie ma tam wiele miejsca, a mimo to reprezentant Polski siedzi na niej właśnie teraz, w najważniejszym momencie. I to trzeba szanować, z tego warto się cieszyć. Nawet jeśli będzie to tylko chwila.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...